Życie to wszystko co mam :
sobota, 14 lipca 2018

W soboty rano mój komputer aktualizuje wszystko po kolei. Trwa to 43 minuty, więc w tym czasie wychodzę na zakupy.

Na przystanku było kilka osób. Stanęłam pod mini daszkiem. Zagadnęła mnie pani, która siedziała na mini ławce. Zapytała czy mi nie zimno, bo ona kiedyś wyszła lekko ubrana, a potem miała katar.

Miałam bluzkę bez rękawów, ale nie było mi zimno. Zabawne, że ludzie tak się troszczą o nieznajomych. To był pretekst.

Pani powiedziała, że jedzie na bałucki rynek po żwirek, czy karmę dla kota, bo tam jest taniej o 1 zł. Wiadomo, że tam jest najtaniej w mieście, ale jazda tramwajem trwa ponad godzinę. Potem mi jeszcze powiedziała, że ostatnio wyszła ze śmieciami i nie zamknęła drzwi. W tym czasie została okradziona. Poszła więc do opieki, niech ją wspomogą. Dostała 150,-. W tym samym czasie widziała jak menele dostają po 700,- za to, że piją. Takie jest prawo ustalone przez mądrych inaczej urzędników. Zapomogi są na alkohol, a nie na jedzenie. W ciągu 3 minut dowiedziałam się tyle o tej pani. Pomyślałam, że dałabym jej złotówkę, albo więcej, ale wiem, że nie wzięłaby. Już to przerabiałam. Potem kombinowałam, żeby udawać, że jej upadła złotówka, ale to trochę naciągane i pani by się obraziła. Nic nie zrobiłam. Wsiadłyśmy do tramwaju, bo przyjechał. Nawet jej nie powiedziałam, że mogłaby jechać w tygodniu, bo dzisiaj tłok na wszystkich rynkach w mieście. Co by to dało. Starsi ludzie 75+ muszą mieć jakieś zajęcie. Gdybym jej dała pieniądze to co ona by robiła cały dzień? Ludzie w tym wieku nie mają zainteresowań, bo najpierw była wojna, potem komuna, ciężka praca i dom. Prości ludzie nie mieli czasu na hobby, przynajmniej większość. Dzieci, wnuki też mają swoje sprawy. Żeby zaoszczędzić złotówkę trzeba jechać na drugi koniec miasta. Takie ludzie mają problemy.

Nastąpiła zmiana. Kiedyś obcy ludzie opowiadali mi o swoich chorobach. Teraz opowiadają o trudach życia.

 

W tym tygodniu Forbes podał, że plastikowa celebrytka może stać się najmłodszą miliarderką.

dwudziestolatka-ktora-w-trzy-lata-zbudowala-firme

Do miliarda brakuje jej 100 mln. Wieczorem na Pudelku przeczytałam, że „fani” zbierają w internecie kasę dla niej. Takie ludzie mają problemy. Przepraszam nie ludzie, a produkty, przedmioty na sprzedaż. Wystarczy robić miny i strzelać focie. Zupełnie mnie nie rusza, jak jakiś przedmiot się zepsuje, czyli zachoruje, a potem umrze. Selekcja naturalna. Wyrzucić na śmietnik historii.

1 złoty czy 1 miliard dolarów – nie ma różnicy.



 

23:32, bajka107
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lipca 2018

Rozmawiałam przez telefon i podeszłam do okna. Na szybie przysiadła ćma. W biały dzień.

Na pewno nie motyl. Była godzina 14. Skończyłam rozmowę, żeby zrobić fotkę.

Wieczorem na podłodze w kuchni leżała kolejna ćma. Też można było zobaczyć jej spód.

Musiałam ją palnąć, bo leżała do góry nogami, nieżywa. Będzie leżała do jutra. Wtedy wciągnę ją odkurzaczem, bo jak inaczej.

Kupiłam dzisiaj pierwszy raz śliwki. Owoców zatrzęsienie, nie wiadomo co jeść.


Na pół kilograma odkryłam przy myciu dwie pary. Ludzie boją się gmo, a nie wiedzą co jedzą już teraz. Po cichu.

Wczoraj były jakby moje urodziny. Majańskie.

10 lipca 2018 to wg majańskiej długiej rachuby 13.0.5.11.7 dzień.

Dzień, w którym się urodziliśmy ma największy wpływ na to, jak kształtuje się nasze życie. Trzeba wiedzieć co oznacza. Łatwiej się żyje.

Wczorajszy dzień sponsorowany był przez 3 KEJ – jeleń i pomocna dłoń. To cała ja. Niebieski kolor i bezinteresowne pomaganie. Nie zawodowe, a ludzkie. A wczorajszego dnia to mnie pomogła pewna dziewczyna. Zawodowo. Zaoszczędziłam 3 godziny. Nie musiała, ale była uprzejma. I zrobiła coś za mnie. Nie musiała. A dziś był dzień zbierania owoców swej pracy. Więc odwdzięczyłam się jej kupując pudełko ferrero. Nie jestem pamiętliwa, więc muszę natychmiast płacić swoje „długi”. Taką mam karmę i się tego pilnuję. Nie mam żadnych długów, ani finansowych, ani uczynkowych. A jak jakieś zrobię, jak wczoraj, to natychmiast je spłacam. Znam kilka osób, które pamiętają co ja im powiedziałam 15 czy 10 lat temu. Że miałam rację. I co z tego. Ile to pochłania energii, którą można spożytkować na ciekawsze rzeczy.

Wszystko jest do pary. Raz ja robię komuś dobrze, raz ktoś mi. Równowaga jest zachowana, energia 3. I tak płynie życie.

Sprawdź sam co ma wpływ na twoje życie. Zabaw się. Nie musisz w nic wierzyć.

http://www.kalendarzmajow.pl/tzolkin-online/

23:23, bajka107
Link Komentarze (1) »
piątek, 06 lipca 2018

Rano zaznaczyłam 3 albumy w galerii zdjęć w telefonie i usunęłam. Pomyliło mi się i zamiast usunąć wybrane zdjęcia usunęłam albumy, czyli dużo więcej zdjęć. Wszystko przepadło, choć wcisnęłam anuluj. Nie mam pojęcia dlaczego akurat wtedy zdecydowałam się na coś takiego.

Zainstalowałam specjalny program, pokazuje ponad 20 tys. fotek, przy czym wszystkie są w kilku egz. Ciężka sprawa, żeby to wszystko sprawdzić i czasochłonna. Dlaczego w telefonie nie ma kosza, z którego można wyciągnąć niby śmieci? Jak w komputerze. Nic to, świat się od tego nie zawali.

Gdy tak zaczął się dzień to co jeszcze mnie czeka.

Potem dostałam nowy tv. 17 cali większy niż mam.

Dwa dni temu dostałam fotkę tv w sklepie z zapytaniem czy mi się podoba. Oczywiście:)

Tej fotki nie mam, bo nieświadomie usunęłam.

A dzisiaj telewizor z fotki zmaterializował się w moim domu. Zniknęło zdjęcie telewizora, a telewizor pojawił się w moim domu. Dostałam jeszcze stelaż do montażu na ścianę, ale na razie tv stoi na szafce. Całkowicie za darmo. Bo to prezent. Podziękowałam, ale nurtowało mnie za co go dostałam. Po wielu pytaniach dostałam odpowiedź, że wcześniej robiłam różne przysługi i to w ramach odwdzięczenia się. Trochę to naciągane. Ale jak ktoś daje prezent to dziękuję i biorę. Ja nie z tych co się krygują: och ale po co, nie trzeba było itp. Ktoś uznał, że mi się to należy. Ja to akceptuję.

Jak ktoś uważa, że na wszystko trzeba zapracować to prezenty będzie dostawał rzadziej. Ja uważam, że dostaję to co potrzebuję, i tak mam. Niektórzy uważają, że nie ma nic za darmo, że pieniądze to energia i trzeba za wszystko płacić. Nie słuchaj ich. Oni chcą cię oskubać i wmówią ci wszystko. Dobrych ludzi jest więcej.

Świat zawsze dąży do równowagi. Jak robisz coś za darmo, bo lubisz jak ludzie mają się dobrze, to świat ci za to zapłaci. Nie daj sobie wmówić, że za wszystko musisz płacić, ale nie kradnij. Wszystko płynie. Zapłata zawsze przyjdzie.

Pora przyzwyczaić się do większych postaci mówiących z ekranu. A może trzeba powiększyć pokój, albo mieszkanie ;)))

A to wszystko dzięki dłoniom. O tym napiszę niebawem.



23:26, bajka107
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 lipca 2018

Od kilkunastu dni nie jem pieczywa. Z obrzydzenia. A lubię.

Kupiłam coś co udawało żulika. Wygląd podobny, ale smak zupełnie inny. To pieczywo z hipermarketu. Lista składników to jak lista grzechów.


Antypieczywo mi nie zaszkodziło, ale dostałam czerwone plamy na twarzy. Wiem, że mi szkodzi olej palmowy i kokosowy. To chyba od tego. Antypieczywo było zrobione z ciasta głęboko mrożonego. Przecież o tym wiem, ale się skusiłam. Nigdy więcej.

Potem kupiłam w sobotę chleb, który kiedyś mi smakował. Malutki, dziecinny.



Niby prywatna piekarnia, a piecze antypieczywo. Niestety, pamiętałam ten chleb dużo większy, a dostałam 0,5 kg. Oczywiście cena była jak za bochenek duży, kupiony kiedyś w środku tygodnia. Nazwa też śmieszna. Pokrzywy było 0,1%, a ziarna tylko na wierzchu.

Metka też sprytnie zaklejona, żeby nic z niej nie można wyczytać. Nie wiadomo jaka waga, ani nic.

Tu też emulgatory, przeciwutleniacze, lecytyna i inne barachło. Zjesz 1 kromkę to ci nie zaszkodzi. A co zresztą? Mam wyrzucić, bo na drugi dzień to antypieczywo się do niczego nie nadaje.

Nigdy tam nie wejdę po nic.

Dzisiaj obrzydzenie mi trochę przeszło. Więc kupiłam zwykły chleb w warzywniaku. Producent mały.



Skład jest ciekawy. Tylko mąka, woda i sól. To skąd tłuszcz?

Ale smak dobry, przy krojeniu nie robią się rulony, nie kruszy się, nie ma dziur. Ma wytrzymać do poniedziałku. 4 dni i ma być dobry? Może specjalnie poczekam. Zapakowany wzorowo, wszystko czytelne i wiadomo ile waży. Może kupię jeszcze razowy z tamtej piekarni.

Plamy na twarzy mi zeszły, więc i obrzydzenie zbladło.

Dlaczego piekarze źle wykonują swoją pracę. Jak można dodawać tyle świństw, które nie zabijają, ale szkodzą.

Nie będę piekła chleba w domu. Nie mam do tego smykałki. Piekę ciastka i ciasta, bo kontroluję wtedy ilość cukru. I nie ma tam olejów.

Kocham artystów, bo uprzyjemniają życie.

Kocham inżynierów, bo ułatwiają życie.

Wymyśliłam, że chleb będzie się sam piekł, w nocy. Do tego potrzebny jest automat. I taki dostanę w prezencie, we wrześniu.







 

23:13, bajka107
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2018

Jak to się świat zmienił. Kiedyś ludzie jadali w swoich domach lub w gościach. Teraz chadza się do restauracji. W domach je się zwykłe jedzenie, w restauracjach chodzi się na spektakle kulinarne. To jedyna możliwość spróbowania czegoś wyjątkowego przygotowanego przez specjalistę. Wyznacznikiem dobrego jedzenia stały się oponiarskie gwiazdki. Większość szefów pragnie je zdobyć, bo za tym idzie popularność, zwiększona frekwencja i kasa. A potem jeszcze większy stres, który trzeba rozładować, żeby nie zabił. Nie wszyscy wytrzymują presję. I umierają, przedwcześnie. Gwiazdki daje się i odbiera. Wystarczy 1 błąd, gorszy dzień i gwiazdka odleciała. Szef jest na dnie.

 

W poniedziałek 24 lutego 2003 roku zmarł w wieku 52 lat Bernard Loiseau.

 

Francuski szef kuchni urodził się 13.01.1951= 3/9/6/3

Zaczynał w wieku 16 lat. Dostał wiele branżowych nagród. Dostał też 3 gwiazdki. Miał talent i charyzmę (3), wyrafinowany gust i styl kulinarny. Szybko piął się po szczeblach kariery. Wprowadził lekkość i świeżość do francuskiej kuchni. Gdy miał 24 lata został szefem kuchni, a 40 lat gdy dostał 3 gwiazdki. Napisał wiele książek, miał 3 restauracje, butik, linię mrożonek. Jego firma była notowana na giełdzie. W kuchni potrafił wszystko, wyznaczał trendy (3).

Po latach pracy zmienił się. Osiągnął co chciał, ale utrzymać 3 gwiazdki to stres. Był zadłużony, a konkurencja nie śpi. Podobno bał się utraty gwiazdki i wpadł w panikę. Wyniszczał się psychicznie.

Trójka z drogi życia i w duszy – za dużo – nadwrażliwiec, łatwo ją zranić. Lubi być chwalona, a jemu groziła utrata punktów lub gwiazdki. Wulkan wybuchł znienacka.

Znaleziono go w domu z postrzałem w głowę, po pracy w niedzielę. Uznano to za samobójstwo. Listu nie napisał. Jego restaurację prowadzi teraz wdowa.

 

W środę 8 lipca 2015 roku zmarł Philippe Rochat w wieku 61 lat i 8 miesięcy.

 

Był szwajcarskim szefem kuchni i właścicielem restauracji de L'Hôtel de Ville w Crissier w Szwajcarii. Urodził się 29.11.1953 = 4/3/9/3

Zaczął pracę jako 14 latek. Gdy miał 27 lat zaczął pracę w Crissier, a 36 lat gdy został jej szefem.

Był zdolny, utalentowany i miły. Restauracja miała 3 gwiazdki nieprzerwanie od 1998 roku i była zawsze wśród 50 najlepszych restauracji świata (16 miejsce). Pracuś – 4 – dokładny, zdyscyplinowany. 3 – trzeba kiedyś powiedzieć koniec. 9 – osobowość – robił wrażenie na innych.

Jaki inny zawód jest w stanie połączyć ziemię i gwiazdy?

W kwietniu 2012 przekazał restaurację następcy B.Violierowi, który pracował tam od 1996 roku.

Był zapalonym rowerzystą i poświęcał się tej pasji na emeryturze. 8 lipca 2015 r. podczas jazdy doznał lekkiego ataku, stracił przytomność i zmarł na miejscu wypadku. Szok dla wszystkich.

 

W niedzielę 31 stycznia 2016 roku zmarł Benoit Violier w wieku 44 lat i 5 miesięcy.

Był trzecim szefem kuchni restauracji de L'Hôtel de Ville w Crissier (3 gwiazdki), uznano go za najlepszego kucharza na świecie. Był perfekcjonistą.

Urodził się 22.08.1971 = 3/2/7/4

Był bardzo zdolnym kucharzem (3 – urok osobisty). Zaczął w wieku 16 lat, w 2013 miał 3 gwiazdki. Umiał wszystko. 2 – popadanie w skrajności, problemy same się rozwiążą.

Gwiazdki były dla niego ważne (4), musi być nagroda za ciężką pracę. Ogarniał go smutek, najpierw umarł jego ojciec, potem mistrz Philippe Rochat. Nie wytrzymał. Został znaleziony w swoim domu w Szwajcarii. Zamiast lecieć na uroczystość przyznania gwiazdek wziął broń i się zastrzelił. Podobno. A wychodząc z pracy powiedział do wtorku. Nie planował się zabić. Nic nie wiadomo czy zostawił list.

 

W piątek 21 kwietnia 2017 roku zmarł Paulie Giganti.

Ur. 31.08.1980 = 3/5/4/1

Kolejna Trójka – zabawny. Miał swoją restaurację w Filadelfii. Wschodząca gwiazda.

Był kucharzem, najbardziej znanym z uczestnictwa w Hell's Kitchen (4 miejsce uzyskał). Poszedł do konkursu, żeby się pokazać, podobno nie umiał gotować za dobrze. Pracowitością mógł się wszystkiego nauczyć (4). 5 (ekspresja) kazała mu próbować wszystkiego. Ale żył złudzeniami. Chciałby być prekursorem i np. wymyślić nowe danie (1). Nie zdążył niczego zrealizować. Wziął za dużą dawkę narkotyków i się nie obudził. Nie wie, że umarł.

 

W piątek 8 czerwca 2018 r. odszedł Anthony Bourdain 17 dni przed 62 urodzinami.

Jego śmierć jest powodem tego wpisu.

W pokoju hotelowym w małym miasteczku (2 restauracje z gwiazdkami) we Francji jego przyjaciel Eric Ripert znalazł go bez oznak życia. Potem policja stwierdziła, że powiesił się na pasku od szlafroka w łazience.

Nie wiedział, że umarł. Nie ma listu i nie miał powodu by się zabić. Bez kamery.

Anthony Michael Bourdain  ur. 25.06.1956 = 7/7/11/5

Siódemka buduje i niszczy. Nie ma w życiu równowagi. Nie miał kasy, ale był żonaty. Potem przyszła kasa i rozwód. Gdy został ojcem to był kolejnym rozwodnikiem.

Jako Anthony Bourdain = 7/1/11/8

Jako Tony Bourdain = 7/5/7/7 – kolejne siódemki - liczne kontakty towarzyskie (5), morze alkoholu (7 i 25 z dnia). Zwykły człowiek byłby alkoholikiem hulaką, on był hedonistą smakującym życie. Wszystko wypisane na twarzy, a wyglądał na starszego niż był.

Przestałam oglądać Bez rezerwacji gdy zjadł jakieś zwierzę pod ochroną na zamkniętym przyjęciu. Następny krok to kanibalizm, pomyślałam i nie chciałam go więcej oglądać.

Został kucharzem po lekturze książki Julii Child i pobycie we Francji. Stwierdził, że można się tego nauczyć. Pracował w wielu restauracjach. Był mało znanym szefem kuchni francuskiej restauracji Brasserie Les Halles na Manhattanie. Palił 3 paczki papierosów dziennie, pił. Nie podjął żadnej decyzji bez narkotyków, a brał ich b. dużo (konopie indyjskie, metakwalon, kokaina, LSD, grzyby halucynogenne namoczone w miodzie i wykorzystywane do słodzenia herbaty, secobarbital, amfetamina, kodeina a najwięcej heroiny). Żył dzięki wódce i narkotykom. Nie znał innego świata poza kuchnią. Mówił, że jest wyleczony.

Miał 43 lata i obudził się. Nie miał nic oprócz długów, został zwolniony z pracy. Napisał artykuł do New Yorkera „Nie jedz przed czytaniem” i zdradził wszystkie sekrety z pracy w kuchni. Dostał propozycję napisania książki i wydał ją w 2000 roku. To był przełom w jego życiu. Stał się sławny w jednej chwili. Dostał za to 50 tys.$, oszałamiająca kwota wtedy. A potem było coraz lepiej. Kolejne książki, programy tv, wywiady. Został dziennikarzem kulinarnym CNN i podróżował po świecie (5).

W książkach, programach tv dał upust swoim frustracjom w dowcipny sposób. Niektórych szefów kuchni i celebrytki kulinarne ośmieszał, wytykał, że się sprzedawali. Jako szef kuchni nie był znany, więc stawianie na piedestale innych szefów mu się nie podobało. O krytykach też miał złe zdanie, określał ich za skorumpowanych, żądających bezpłatnych wakacji dla siebie i rodziny. Teraz mamy blogerów, którzy „polecają” produkty od sponsorów.

W 1999 r. porównał wegetarian do terrorystów, to wrogowie wszystkiego, co jest dobre i przyzwoite w ludzkim duchu. W 2010 r. mówił, że ich podziwia, że nie chcą jeść nic poza warzywami. Ale podziwia też tych, którzy podróżują i swoje preferencje odkładają na bok i jedzą lokalne potrawy. Zmieniał się, a właściwie dostosowywał się.

Uważał, że ciało to nie świątynia, a park rozrywki i bawił się. Jadł wszystko i z każdym. Przy tym umiał dowcipnie rozmawiać, był dobrym kompanem.

Ożenił się ponownie 20.04.2007, w tym związku zaczął dbać o siebie, ćwiczyć. 9.04.2007 roku urodziła mu się córka, miał 51 lat, inni mają w tym wieku wnuki. Wyrzucił rockendrolowe ciuchy, bo były niegodne ojca. Przestał palić. "Odkąd przestałem, moje życie nie uległo poprawie w żaden konkretny sposób". Ojciec dawał jej wolność w rozwijaniu pasji i zainteresowań, rozbudzał sferę artystyczną, postrzegała go jako mądrego, filozofa, a nie wymagającego i surowego.

Jak można być dobrym mężem i ojcem będąc 250 dni w roku w podróży. Kolejny rozwód.

Nieustannie powtarzał, że ma najlepszą pracę na świecie: może robić co chce, gdzie tylko chce, z kim chce. Życie jest dobre. (5 w duszy – wolność zrealizowana). Ale była też presja, żeby każdy odcinek serii był inny. Byli też inni, producenci, kamerzyści, którym dawał pracę.

Ciągle to powtarzał i czuć było, że mając to wszystko powinien się czuć szczęśliwy. A on codziennie pił, czasem piwo, czasem wino, ale nie mógł się powstrzymać, nawet podczas ostatniego wywiadu. Człowiek pusty w środku, nie wypełni jej alkoholem. Im więcej pije, tym wątroba gorzej pracuje. Dochodzi stres, zmiana klimatu, wątpliwości i trzeba się znowu napić. Koło zamknięte.

Siódemka ma filozoficzne spojrzenie na świat. On widział, że świat wszędzie jest taki sam. Mówił, że spotkał b. miłych ludzi, którzy robili b. złe rzeczy. (Ja też). Wszędzie ludzie pracują, jedzą, zmagają się z rzeczywistością, dbają lub nie o rodzinę. Stal się zgorzkniałym człowiekiem.

Albo się izolują (depresja), albo szukają przyjaciół. Miał bogate życie wewnętrzne, nieudawane.

I miał przyjaciela, z którym był sobą, bez oceniania.

Nie miał skłonności samobójczych, a gdyby to zrobił to na widoku w kamerze.

 

Eric Frak Ripert, francuski szef kuchni, specjalizujący się w owocach morza. Młodszy od Bourdaina o 9 lat. Mają tą samą karmę (65), której AB (56) nie zrealizował.


Wyjątkowy szef ur. się 2.03.1965 = 8/22/11/11

Mistrz nad mistrzami. Pasją do gotowania zaraziła go matka, która gotowała posiłki z kilku dań w pięknej zastawie. Uczył się w szkole kulinarnej, a w wieku 17 lat przeniósł się do Paryża. Jako 24 latek przeprowadził się do Stanów, potem do NY. Ósemki (dzieci Jowisza) zawsze dostają to co chcą.

Ma jedną restaurację w NY Le Bernardin. Jej szefem kuchni został w wieku 29 lat, a potem właścicielem. Jako młody szef był arogancki i nie zawsze dobrze traktował ludzi (Ósemka lubi władać). To już przeszłość, gdy zainteresował się buddyzmem. Dba o równowagę w życiu. Nie gania za pieniędzmi, nie lata samolotami z jednej firmy do kolejnej. Codziennie spędza czas z rodziną. Udziela się charytatywnie, zbiera żywność, żeby się nie zmarnowała i rozdaje biednym.

Szczęście daje mu równowaga w życiu. I to chyba przyciągało Anthone'go.

Nie pochwalał krzyków Gordona, ale uważał go za dobrego człowieka. Szczęście nie rodzi się z gniewu.

22 z ekspresji – ma misję – pomaganie, 11 z osobowości – wszystko robi z pasją, 11 w duszy – uwielbia robić dobrze dla społeczności.

Idealnie realizuje karmę (65=11) – pieniądze i dom z kawałkiem ziemi. Swój czas dzieli między pracę, rodzinę i działalność społeczną.

Nie ma skłonności depresyjnych i samobójczych.

 

Thomas Keller – wybitny kucharz, znający pracę w restauracji od zmywaka. W 2005 roku dostał 3 gwiazdki dla Per Se w NY. Jedyny amerykański szef kuchni, który dostał 3 gwiazdki za 2 różne restauracje. Teraz ma 7 gwiazdek.


Nic dziwnego, że osiągnął sukces – ur. 14.10.1955 = 8/4/5/8 – ma wszystko – porządek i dyscyplina (4), otwarty na nowości (5), 8 w duszy i w drodze życia – spójność – dostaje to na czym mu zależy.

Nie ma depresji i myśli samobójczych.

 

Marco Pierre White


11.12.1961 = 22/6/11/4

Zaczynał w wieku 16 lat pod okiem słynnych Roux w restauracji La Gavroche. Gdy miał 24 lata został szefem. Są filmy na YT z tamtego okresu. Ma charyzmę, pewność siebie. Jest wymagający i bezkompromisowy.

Miał 33 lata i był najmłodszym szefem kuchni, który dostał 3 gwiazdki oponiarskie. Po kilku latach je oddał, bo uważał, że oceniający inspektorzy wiedzą mniej od niego. Już mu nie zależało, osiągnął co chciał. Gotował jakby każde danie było godne 3 gwiazdek.

Jego motto: ”Doskonałość to wiele małych rzeczy zrobionych dobrze.” (4 w duszy – sprawiedliwość). Wszystko co robisz rób jak najlepiej. To też moje motto.

Był nauczycielem Hestona i Gordona. Na YT są filmy jak młody Gordon uczy się u niego zawodu. Nie jest już szefem, podróżuje, naucza, ludzie go szanują (osobowość 11).

Człowiek spełniony, nie ma myśli samobójczych.

 

Michel Roux, jr


Szef kuchni francuskiej La Gavroche w Londynie (pierwsza restauracja w UK, która zdobyła gwiazdkę, działa od 51 lat), biega w maratonach. Teraz ma 2 gwiazdki.

Ur. 23.05.1960 = 8/6/4/11

Oglądałam filmy o jego rodzinie. Podobało mi się jak jeżdżą do rolników w poszukiwaniu dobrych produktów, jak pracują nad menu i nowymi daniami. A potem okazało się, że finanse są nie takie, płacił mało swoim pracownikom.

Jest jurorem w wielu programach kulinarnych. Pisze książki. Kumpluje się z Gordonem Ramsayem, obaj lubią alkohol.

 

Heston Marc Blumenthal

Ur. 27.05.1966 = 9/9/7/2

Jedzeniem zainteresował się czytając książki kulinarne. Ciekawiło go jak można przyrządzić jedzenie inaczej. Znany jest z kuchni molekularnej i z eksperymentowania. Dziewiątka z drogi i z ekspresji – przeznaczenie i charakter – musi kochać to co robi. Naukowiec. Dziewiątka z dnia ur.

Dwójka w duszy – duża emocjonalność, wyczucie i inteligencja. Dziewiątka to Pluton, planeta śmierci i transformacji. Jest kreatywny, realizuje swoją pasję. Rozwiódł się w ubiegłym roku. Kolejna gwiazda kulinarna.

 

Gordon James Ramsay

Ur. 8.11.1966 = 5/9/7/2

Jako Gordon Ramsay (firma) = 5/6/1/5

Piątkę nosi, lubi zmiany, ma ciągle nowe pomysły, ale też jest przekonany o swojej nieomylności. Ma do tego podstawy. Dziewiątka z ekspresji określa też słabości – nie popadać w samouwielbienie. Wtedy włącza się 7 z osobowości – trzeba się upić i odreagować. Na szczęście jest tylko jedna 7. Po kolejnym odwyku jest jak nowy.

Znakomity kucharz, zna pracę w kuchni na każdym stanowisku. Pomysłowy, prowadzi popularne programy tv, prowadzi konkursy kulinarne. Przestałam je oglądać gdy źle usmażone jajka wyrzucał do śmieci razem z talerzami. Brak szacunku do produktów tanich.

Nie ma osobowości depresyjnej. Jedynka – osobowość z firmy – daje mu siłę do podnoszenia się i oświetlania wszystkiego słoneczkiem. Czego się dotknie to sukces. Kuchnia restauracyjna to piekło na ziemi. Wykorzystał tą prawdę.

 

Na koniec jako ciekawostka wystąpi Jamie Trevor Oliver – celebryta kulinarny.

27.05.1975 = 9/1/9/1 – mędrzec przekonany o własnej wyjątkowości, niepopartej wiedzą i wykształceniem. Chciał być kimś, pionierem czegoś.

Jako Jamie Oliver (firma) = 9/11/3/8 – jest najmądrzejszy, postrzegany jako wyjątkowy, robi wrażenie na innych (3), ale w duszy uwielbia gromadzić pieniądze i mieć władzę (8).

Pan parówka do 30tki nie przeczytał żadnej książki, więc zaczął pisać własne. Jego książki są świątecznymi bestselerami, ludzie go uwielbiają. Ledwo skończył szkołę, więc ma najwięcej do powiedzenia jak ją ulepszyć. Nie jest wykształconym kucharzem. Nie praktykował u nikogo. A jednak jest największym znawcą jedzenia na świecie. Ma własne restauracje (25 w UK i 28 za granicami), a tam jest szefem, nieobecnym. Szef kuchni z przypadku. Na początku tego roku okazało się, że w jego restauracjach do potraw używano zepsutego, przeterminowanego mięsa. Potem stwierdzono ogromne zadłużenie, ponad 71 mln funtów. Nie płaci dostawcom i pracownikom, zalega z podatkami i czynszami. Sam ma 150 mln majątku. Nie martwi się o przyszłość. Martwią się pracownicy zamykanych restauracji. Wkrótce zamkniętych zostanie 12 restauracji Jamie's Italiani i zwolnionych 450 pracowników.

Znajomość swoich mocnych i słabych stron pomaga w życiu. Gdyby Bourdain wiedział, że nie wolno mu pić przestałby? Nie sądzę. Każdy jest najmądrzejszy. Nie słucha innych, bo sam jest kowalem swego losu. Czasem znajomości przynoszą pecha. Jego ostatnia dziewczyna była dziwna z dziwnej rodziny. Gdyby jej nie poznał byłoby inaczej.

Nie ma jednej recepty na sukces. Trzeba odnaleźć w sobie boską cząsteczkę i się tego trzymać. Człowiek pusty w środku nie zapełni tej przestrzeni alkoholem, nie znieczuli się narkotykami.

Mamy jedno życie. Warto go nie marnować i realizować przeznaczenie, które można modyfikować i wydłużać lub skracać czas życia.

 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dobrze jest zmienić klimat. Z miastowego na leśny. Niedaleko. Była okazja. Imieniny i dzień ojca. Nie powinno się odmawiać jak zapraszają. Nawet jak się ma mało czasu i wiele spraw do załatwienia. Pojechałam. Zimno i wilgotno.

Naprawdę nie ma co robić w lesie miastowemu człowiekowi. Nie będę czytała i nie będę robiła nic. Stanęłam przy kwiatach. Sprawdzałam zoom w aparacie z nudów.

Przyleciała mała pszczółka.


No to zrobiłam fotkę. Potem przyleciała kolejna.


I kolejna. Wszystkie kręciły się na jednym kwiatku, choć wkoło miały inne. Jakby chciały mieć fotkę, żeby dzieciom pokazywać.


Ciekawe, że się nie boją. Chyba usłyszały moje myśli, bo po chwili kolejno odleciały.

Potem chciałam uchwycić krople deszczu spływające z igiełek. Wyszło słońce i przyleciał kolejny owad. Do zdjęcia. :)


Ciekawe czy słyszą moje myśli. Nie jestem ich kumpelką.

Komarów nie było, nie zostałam pogryziona. Jakbym nie wyjeżdżała.

Wyspałam się i zostałam odkarmiona. Można wracać.

Uprzedziłam klientów, że mnie w weekend nie będzie i nie będę odbierać telefonu i czytać mejli. Gdy wróciłam odczytałam 12 mejli, niecierpiących zwłoki. Nic nie było ważne. Odpowiedziałam dzisiaj. Nic się nie zawaliło.

 

23:13, bajka107
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 czerwca 2018

Obejrzałam wczoraj kolejny odcinek Sukcesji. To nowy serial HBO. Bardzo dobrze się go ogląda. Tureckich seriali nie jestem w stanie strawić, bo są o niczym, mdłe, aktorsko żenujące.

Serial Sukcesja opowiada o walce o władzę w firmie rodzinnej. Senior, twórca firmy medialnej świętuje 80-tkę i dostaje wylewu. Czworo dzieci walczy o stołki w jego firmie. Samo życie. Bardzo dobra obsada (nareszcie mniej znani aktorzy), bardzo dobry scenariusz i dialogi, zobaczymy co będzie dalej. Zabawne jest obserwowanie co ludzie są gotowi zrobić dla władzy i pieniędzy.

Z upodobaniem zbierałam kiedyś linki do informacji o tym, jak to dzieci niszczą firmy swoich rodziców, przepuszczają na bzdety rodzinną krwawicę. Komentarze zwykle były takie: jak oni mogą! A mogą. Bo rodzice, a często tatusiowie w pogoni za zyskiem więcej czasu poświęcali na biznes niż na swoje dzieci. Dzieci wychowywane były przez nianie (świetne) czy matki, ale tatusia nie widzieli często. Gdy dorosną to biorą sobie odwet. Nikt ich nie nauczył szacunku do ludzi i pieniędzy.

Ostatnio głośno było (w biznesie) o tym jak to synowie Kamprada chcieli pozbawić tatusia wpływów w jego firmie. Jaka jest granica wieku ma przejście na emeryturę? 80-90 lat. Wtedy dzieci mają już własne wnuki, a nie mogą się wykazać w rodzinnej firmie.


Wszyscy się śmieją z Ikei, a to miliardowy biznes. Każdy ma coś od niego.Jego życiorys jest trochę ubarwiony. Zapłacił. To on przekonał ludzi, żeby wyrzucali swoje solidne, wiekowe i spadkowe meble i kupowali paździerzowe ze sklejki. I ludzie to robili. To się nazywa ekologia w wykonaniu bogaczy. Charytatywność też jest wyrachowana. Można płacić za przychylność. Najważniejszy jest PR.

Zbierał kasę, ale jej nie wydawał. kamprad-to-najwiekszy-skapiec-na-swiecie Ciekawa jest jego historia, nie do końca prawdziwa. Nic dziwnego, że dzieci miały dość. Kamprad zmarł w styczniu 2018 roku, w marcu miałby 92 lata. Pora odejść.

Firmy rodzinne to problem dla sukcesorów. Większość wolałaby kasę, a nie prowadzenie rodzinnego biznesu. Organizuje się nawet szkolenia w ochronie majątków rodzinnych i finansuje badania. Wdzięczny temat, akurat na serial ;)

Często jest tak, że dorosłe dzieci mimo zagranicznego wykształcenia, nie mają smykałki do biznesu. Bo trzeba mieć do tego zdolności, których nie można się nauczyć i znajomości. Przykład Kulczyków. Przedziwna śmierć i rozbawiona rodzinka na pogrzebie. Pojawiły się plotki, że senior nie umarł, bo przecież śmierć to zawsze smutek. Tak, dla zwykłych ludzi. Pierwsze posunięcia rodzeństwa i kilka milionów strat. Brak talentu, znajomości, układów wypracowanych przez tatusia. Niech skonsumują, albo niech sprzedadzą.

Miałam kiedyś przypadek mojego klienta. Miał 2 synów i zastanawiał się komu przekazać firmę. Z ciekawości sprawdziłam ich numerologicznie i z próbki pisma, nie znałam ich osobiście. Jeden nadawał się idealnie, ale ojciec przekazał firmę młodszemu, który był zabawowy, lubiany, ale do interesów nie miał serca. Tej firmy już nie ma, ojciec zmarł ze zgryzoty patrząc na swój zły wybór. Unieszczęśliwił wszystkich. Ciekawe, że tacy seniorzy nie chcą porad, jakby sami wiedzieli lepiej. Tylko, że oni nie mają dystansu i patrzą sercem. W biznesie trzeba być twardym, a nie sercowym.

Dzieci mają prawo wybrać własną drogę i nie interesują się spadkiem rodzinnym. firmy rodzinne przestają być rodzinne. Czasem zostaje nazwa, ale zarząd już jest obcy.

Najlepsze są odziedziczone pieniądze. Łatwo można spełniać swoje zachcianki.

Kilka lat temu w mojej rodzinie też była taka sytuacja. Mąż siostry mojej mamy miał firmę odziedziczoną po swoim ojcu. Mogła mieć ponad 50 lat. Wujek miał 3 córki, a branża raczej nie dla kobiet. Do prowadzenia biznesu, moim zdaniem nie nadawał się nikt, ani one ani ich mężowie. Ale cóż, właściciel wie lepiej. Wybrał środkowa córkę, posłał ja do zawodowej szkoły w tej branży. Pokazywał wszystko, uczył wszystkiego. A potem wujek zmarł nagle. Rodzina wykonała jego wolę, ustną, i firmę dostała jedna córka. W ciągu 2 lat zrujnowała i zadłużyła firmę. A właściwie to jej mąż. Brał zaliczki, a nie wykonywał pracy, ludzie odeszli, zabrakło twardej ręki. Z najbogatszych ludzi stali się klientami opieki społecznej. Rodzina oburzona, że majątek został roztrwoniony, a wujek się w grobie przewraca. Jego już nic nie obchodzi, ma spokój.

Teraz modne jest wśród celebrytów ogłaszanie, że dzieciom nie dadzą pieniędzy. Przegięcie. Najpierw rodzice opuszczają dzieci, żeby zarobić, a potem nawet nie chcą dzieciom wynagrodzić nieobecności.

Tacy ludzie myślą, że dzieciom zależy na pieniądzach. Później oczywiście tak, po długich latach dojrzewania bez zainteresowania rodziców.

Współczuję. Bogaci myślą tylko o kasie. Nie umieją przekazać żadnych wartości, niczego dzieci nie uczą, a wymagają. Dzieci potrzebują uwagi, poświęcania czasu i zainteresowania. Kasa jest na końcu.



Ciekawe kto wygra wyścig o tron ;)

23:23, bajka107
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 czerwca 2018

Rano robiłam sobie kawę. Wyjęłam filiżankę, odwróciłam się, wzięłam tygielek. O mały włos zalałabym owad, który nagle znalazł się w naczyniu.



Wzięłam inną filiżankę, wlałam kawę i poszłam do kompa sprawdzić co to za owad. Nie mam żadnej książki z biologii, jak to dobrze, że cała wiedza jest w internecie. Przyjęłam, że to trzmiel, choć kolory się nie zgadzały. Mój był trochę za czarny. Z opisu wynikało, że jest łagodny i atakuje tylko w razie zagrożenia. To dobrze. Ja mu nie zagrażam.

Po godzinie weszłam do kuchni a "niby trzmiel" sobie spokojnie siedział. Tak być nie może. Wzięłam filiżankę i postawiłam na parapecie. Przechyliłam ją, że owad mógł łatwiej wyjść. Zamknęłam okno i po chwili sprawdziłam. Wyleciał. Bez problemu.

Do ptaków, które rozbijają się o szyby już się przyzwyczaiłam. Zostawiają ślady na szybie na dowód, że też chciały do mnie wejść. Ostatnio walnął w szybę wróbelek. Odbił się, stanął na parapecie, spojrzał na mnie i odleciał.

Musiałam oderwać się od pracy, a moje myśli zmieniły kierunek. Każdemu potrzebna jest przerwa. Nawet taka ;)

 

23:13, bajka107
Link Komentarze (4) »
środa, 06 czerwca 2018

Długo nie pisałam o snach. Bo nic mi się nie śniło. Tylko asie śniło mi się 2 razy, ale ich nie zapamiętałam.

Dzisiejszy sen trwał od 5:10 do 7:10.

Wybrałam się z siostrą do innego miasta na zakupy. To był inny czas nic obecny. Byłyśmy młodsze i żyłyśmy w innym świecie. Był on po prostu inaczej urządzony. Chyba gorszy.

Towary były cenne i niedostępne. Trzeba było je zdobywać w wymyślny sposób. Więc wstałyśmy w nocy, wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy na południe. Dojechałyśmy do jakiegoś miasta, celu podróży. Wszystko było zaplanowane, ale ja nie byłam z tamtego świata. Weszłam tylko w moje ciało w tamtym czasie, więc o wszystkim nie wiedziałam.

Wysiadłyśmy z samochodu i miałyśmy wejść do wielkiego murowanego budynki. Skierowałyśmy się do drzwi obitych blachą. Nie było klamki. Nie wiem jaki był sposób na otwarcie tych drzwi. Jakieś dziewczyny przed nami coś zrobiły, albo powiedziały jakieś hasło, i drzwi się otworzyły. Gdy powoli się zamykały my wślizgnęłyśmy się do tego miejsca. Okazało się, że to jakaś wyższa uczelnia. Miała swoją aulę, sale wykładowe. Wszystko po prawej stronie korytarzy. Po lewej za grubą ścianą były sklepy, ale rozmieszczone chaotycznie. Uczelnia na tym zarabiała, ale udawała, że nic o tym nie wie. Wszędzie był półmrok, czasami widniej, w zależności od branży sklepu. W pewnej chwili zobaczyłam przez okno, że w auli jest jakaś uroczystość. W tej ścianie oddzielającej dwie strefy były co jakiś czas okna. W całym budynku nie było światła słonecznego, tylko sztuczne, albo wcale. I my szłyśmy korytarzami, przechodziłyśmy przez wszystkie sklepy. Bo inaczej nie można. We współczesnej galerii idziesz korytarzem i wchodzisz gdzie chcesz. We śnie trzeba było iść w jedną stronę i przejść cały szlak setki sklepów. Mało interesowały mnie zakupy, ale siostra co jakiś czas się zatrzymywała, coś tam przymierzała, kupowała. Ja po prostu szłam. W pewnej chwili zostawiłam ją i szłam dalej. Zawróciłam, ale siostry nie było. Musiałyśmy się minąć. Szłam dalej do wyjścia. Spotkałam jakąś dziewczynę i 2 facetów. Rozmawialiśmy, byli mili, pomocni, weseli. Tacy fajni. Za fajni. Szliśmy przez jakiś czas razem. Zorientowałam się, że nie mam przy sobie portfela z pieniędzmi, ani telefonu, ani karty. Przypomniało mi się, że zostawiłam torebkę przy wejściu. Byliśmy już przy wyjściu. Oni otworzyli drzwi i zobaczyłam, że naprzeciwko są drzwi wejściowe.

Wystarczyło wyjść, i podjechać łukiem do tamtych drzwi. Znajomi powiedzieli, że mają samochód i mogą mnie podwieźć. Oni już byli na zewnątrz, a ja stałam jeszcze w środku i się zastanawiałam co zrobić. Podziękowałam tym ludziom i powiedziałam, że zawrócę po torebkę. Oni się zdziwili, bo ta droga trwała kilka godzin. Trochę na mnie naciskali, ale uprzejmie. Zwykle jestem niezdecydowana i łatwo mnie na coś namówić. We śnie zrobiłam jak postanowiłam. Drzwi wyjściowe się zamknęły. W drodze powrotnej pomyślałam, że to dziwne, że zakumplowałam się tak szybko z tymi ludźmi. Wzięli się znikąd, a siostra zniknęła. To wybitnie podejrzane. Chyba uratowałam życie. Droga powrotna była szybsza. Dotarłam do drzwi wejściowych, znalazłam swoją torebkę ze wszystkim w środku. Czyżby nikt jej nie widział i nie ukradł? Wyszłam przez drzwi wejściowe, bo od wewnątrz była klamka. Potem pomyślałam, że gdybym wyszła drzwiami wyjściowymi, to nie mogłabym wejść nie znając hasła. Musiałabym czekać godzinami aż ktoś się pojawi. Poczułam, że moja decyzja była dobra, a właściwie najlepsza. Poszłam do miejsca gdzie zaparkowałyśmy samochód, ale tam go nie było. Chyba siostra odjechała sama. Zaczęłam się zastanawiać co robić. I się obudziłam.


Cale szczęście :) Nie miałam pomysłu co dalej.

Nie będę się zastanawiała nad znaczeniem snu, bo przecież „sny nic nie znaczą”. ;)

Droga przez labirynt sklepów, to zwykła droga przez życie. Spotykamy dobrych i złych ludzi, pomocników i przeszkadzajki. Podejmujemy decyzje. Czasem sami, a czasem pod wpływem innych. Nie ma złych decyzji. Każda decyzja prowadzi w inną stronę i są tego konsekwencji. Jest po prostu inaczej, ani źle ani dobrze. Właściwie. Takie jest życie.

Jedyne co mnie zastanowiło w tym śnie to kształt tego budynku. Wyglądał jak ogromne oko, podłużny, zaokrąglony na końcach. Jak to możliwe, że wejście jest naprzeciwko wyjścia? Nie spotkałam w naszym świecie takiego kształtu budynku. Mój świat jest lepszy od tamtego we śnie. Jest widniej ;)

Dzisiaj zrobiłam dżem truskawkowy.

W wolnej chwili, 2 godziny. Wczoraj kupiłam 2 kg truskawek, część została wyrzucona, bo była uszkodzona, część została zjedzona. Resztę zasypałam cukrem, a gdy sok puścił trochę podgrzałam aż cukier się roztopił. Dzisiaj podgrzewałam ok. 2 godzin, ciągle mieszając. Lubi się przypalać. Więc w międzyczasie ugotowałam botwinkę, żeby mi się nie nudziło stać i mieszać. Z 1 kg owoców i kg cukru wyszły mi 3 słoiczki po 0,3 l. Ciekawe jak będzie smakował, bo z takiej odmiany (rumba) jeszcze nie jadłam. Kupnych nie da się jeść.

Dzisiaj środa, a ja tyle zrobiłam jakby była już sobota.

 

23:21, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2018

Dzisiejszy dzień był pełen wrażeń. (Właściwie wczorajszy. Nie zdążyłam szybko napisać i opublikować w poniedziałek.)

Źle wyliczyłam czas i spóźniłam się na spotkanie. I usłyszałam, że nie zostałam rozpoznana, bo założyłam spodnie ;) Zwykle chodzę w sukienkach. Wyglądałam inaczej.

Potem w innym miejscu odpierałam dokumenty. Przejrzałam na miejscu i nie było wydruku. Prosiłam, żeby przekazać to kierownikowi. Dziewczyna powiedziała, że spróbuje i machnęła mi wydruk w minutę. Zwykle są z tym problemy, bo często dostaję nie ten miesiąc, nie ten rok, albo wydruk skrócony. Pracownica powiedziała, że ma dzisiaj szczęście, a w ogóle to jest drugi dzień w pracy. A mówią, że dzisiejsza młodzież jest głupia. Nie wszyscy.

Potem na poczcie pan dał mi fakturę, ale zapomniał dać znaczków. Zauważyłam, jak odeszłam i zaczęłam składać fakturę. Po co mi faktura, jak nic nie kupiłam? Ależ kupiłam, ale nic nie dostałam. Miałam szczęście, że nie poszłam daleko, nie straciłam czasu.

Potem pakowałam zakupy w kasie. Za mną była pani z córką. Kasjerka zobaczyła co kupują i stwierdziła, że to coś ciekawego. Jakieś pudełko z maleńkimi figurkami. Pani powiedziała, że ładne, ale drogie, 25 zł. Ja pomyślałam: No nie. Gdy kasjerka przejechała przez czytnik powiedziała, że ta zabawka kosztuje 19,99. To już ujdzie. Pani zachwyciła się i powiedziała, że kasjerka przyniosła jej szczęście. Ciekawe :)

Gdy sprawdziłam mój paragon, to zauważyłam, że nie odliczyła się promocja. Poszłam do BOK. A tam miły pan zobaczył w czym rzecz i powiedział, że to co kupiłam to na to nie ma promocji. Drugi pan powiedział, że może mi przynieść ten w promocji, ale stwierdziłam, że nic nie będę z tym robić. Panowie stwierdzili, że na otarcie łez (nie płakałam) dostanę flagę Polski. Bo podobno teraz każdy jest kibicem. Zaskoczona wzięłam.

Nie jestem kibicem, w ogóle mnie sport nie interesuje, bo patrzę na to co wyprawiają ci ludzie zupełnie inaczej. Szkoda mi na to czasu. Wolę sama poćwiczyć, a nie patrzeć jak ktoś się wysila, choć mu płacą więcej niż mnie ;) I co ja mam z nią zrobić? Chyba ją komuś dam, za nic. Komuś komu się przyda i komuś kto będzie z niej zadowolony.

W domu przeczytałam dokładnie paragon i zauważyłam, że limonki powinny kosztować 1,69 za sztukę, a kosztowały 1,49. Zysk, nieoczekiwany. Zawsze kupuję to co mi jest potrzebne i cena mi pasuje. Tutaj była niewielka różnica, ale miło. :)

Nie segreguję plastików, bo ich nie kupuję. Sama robię napoje w domu. Inspiruje się przepisami ze strony wody smakowe Polecam, najlepsze są własne wyroby, bez sztucznych witamin i konserwantów i bez plastiku.

Mój nastrój jest nieustannie pozytywny. Wiem, że to nudne, więc mało piszę ostatnio.

Ogarnął mnie już jakiś czas temu nastrój szczęścia. Ale nie takiego górnolotnego, euforii, zachwytu, głupawki itp. To raczej stan równowagi i poczucia szczęścia niezasłużonego i niekupionego. Dobrostan. Myślałam, że tylko ja tak mam, ale nie pomyślałam, żeby pójść do lekarza.

Jak szukasz odpowiedzi to ją znajdziesz. I ja znalazłam wytłumaczenie mojego stanu „przypadkowo” na stronie Laitmana, post z 23 kwietnia czym-jest-szczescie

To jest kiedy na człowieka schodzi, spływa wyższe światło, to napełnia go wiedzą, zrozumieniem i odczuciem nieprzemijającego, doskonałego, absolutnie jasnego istnienia. To jest właśnie szczęście.

A więc spłynęło coś na mnie, bez żadnej pracy, bez ćwiczeń i zaklęć, niezasłużenie, samo przez się. Może losowo.

Zrozumiałam jak działa ten świat i co ja mogę zrobić i jakie jest moje miejsce w nim. Pozornie nic się nie zmieniło. Sytuacje zdarzają się różne codziennie, spotykam różnych ludzi, ale nie oceniam, bo wiem, że to nie ma sensu. Czuję się taka czysta od naleciałości. Pełna akceptacja.

Czy takie uczucie niezasłużonego szczęścia może być zaraźliwe? Dzisiejszy dzień świadczy o tym, że tak. Spotykam ludzi, którzy patrzą tak samo, a przynajmniej zauważają drobne, dobre rzeczy i cieszą się z nich. Żeby świat wyglądał lepiej. Bo „ludzi dobrej woli jest więcej” (poeta Niemen).

Wieczorem włączyłam tv, a tam o efekcie Wertera. Nie słyszałam o czymś takim, choć Cierpienia młodego Wertera czytałam.

Ten efekt dotyczy samobójstw. Gdy media będą nagłaśniać samobójstwo jakiejś znanej osoby, to spowoduje wzrost liczby samobójstw lub wypadków w odstępie kilku dni od podania takiej informacji. Przypisuje się ten efekt świadomemu lub nieświadomemu utożsamianiu się z osobą, która odebrała sobie życie. Efekt fali nazywany jest efektem Wertera, ponieważ pierwsza odnotowana fala miała miejsce po wydaniu „Cierpień młodego Wertera” Goethego. A dotyczyło to, jak każdy wie, bohatera wymyślonego, fikcyjnego. Czy można ten efekt przełożyć na dobre rzeczy? Może wystarczy sama obecność osoby, na którą spłynęło światło. To światło może przenieść się na innych ludzi, jak zaraza. I wszyscy będą czuć to samo. Depresja jest dołująca, a szczęście budujące. Co wybierasz?

A dąb rośnie i ma się dobrze. Bratki również.

Właśnie dostałam mejla, że jestem boska :) A ja tylko szybko robię to co mi każą. Taka praca. Nic wielkiego, ani boskiego.

Nie ma to jak dobrze rozpocząć tydzień. :) Będzie pracowity. I dobrze.

00:16, bajka107
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 czerwca 2018

Ludzie, których spotykamy na swej drodze zmieniają nas i nasz los. Oglądałam wywiad Aldena Ehrenreicha, czyli młodego Hana Solo z filmu, który wszedł ostatnio do kin. I on powiedział, że jego życie zmienił Spielberg. Młody aktor szukał pracy na castingach. Przeszedł ich ponad sto i nic. Aż Spielberg obejrzał jego amatorski filmik, spodobał mu się, podesłał mu agenta. A potem Alden został zauważony przez innych i zaczął dostawać role. Jednak to nie wystarczy, trzeba oprócz talentu mieć też interesującą osobowość i charyzmę. Gdy tego nie ma żaden Spielberg nie pomoże.

Gdyby Jackson Pollock nie spotkał Lee Krasner, nie byłby znanym abstrakcjonistą, bo by zapił się na śmierć. Oboje stworzyli markę, cenną do dziś.

Numerologia działa, choć ludzie nie zdają sobie z tego sprawy.

Obrazów Jacksona Pollocka mało kto rozumie, ale jego obrazy są często dobrą lokatą kapitału.

Jest on popularny w pop kulturze. Chyba dlatego, że dziwny i coś jest w tych obrazach. Nie można go z nikim pomylić.

W 2000 roku Ed Harris wyreżyserował, współprodukował i zagrał tytułową rolę w filmie Pollock

Dobrze pokazał jego charakter i zachowanie. Ciekawe, że często wielcy ludzie w życiu prywatnym są nudni i nie ma o czym z nimi rozmawiać. Często po śmierci dopisuje się im do biografii „ciekawe fakty z życia”. Marcia Gay Harden, która grała Lee Krasner dostała Oscara za rolę drugoplanową.

W filmie Księgowy w sypialni głównego bohatera na suficie wisi obraz podobny do namalowanego przez artystę. Jest też na ścianie.

Oczywiście został kupiony jako lokata kapitału. Ceny Pollocka są tak wysokie, a chętnych wielu, że oryginały są tak samo dobre jak złoto i nieruchomości.

Film zapowiadał się ciekawie, gdy dziecko układało puzzle nie widząc obrazu. Ben Affleck zupełnie mnie nie przekonał do swojego autyzmu. Fabuła interesująca, ale aktorstwo mierne. Nie było castingu? A może był na imprezie i zatrudniono go z przyjaźni.

 

W serii Iron Man też była wzmianka o Pollocku. Bohaterem serii jest facet, który dorobił się na śmierci produkując broń. Krwawe pieniądze. Jako człowiek jest dupkiem, ale bogatym. Nudzi się, ma wszystko. Główny bohater zleca kupno jakiegoś Pollocka. Nie ważne co, byle było nazwisko. To znowu lokata, albo raczej każdy bogacz musi go mieć.

Jest wiele filmów, w których Pollock jest cytowany, bo jego popularność nie maleje.

Na początku poprzedniej notki pisałam o obrazach JP na moich tapetach. Na pulpicie komputera pojawił się obraz Jump in – Wskoczyć. Na początku wydawał mi się optymistyczny, ze względu na kolory. Przykuwał uwagę, ale nie było widać ikon na pulpicie. Ktokolwiek widział tę tapetę na ekranie dziwił się, że mogę na to patrzeć. Jaskrawy obraz zaczął mi psuć komputer. Działy się różne rzeczy, coś znikało, komp się sam niespodziewanie wyłączał w trakcie pracy. Ciągle musiałam kopiować pliki, żeby mi wszystko nie zniknęło. Wirusów nie było, ale zmieniłam antywirusa na E.


Na tapecie smartfonu pojawił się obraz moon-woman-cuts-the-circle, podobny kolorystycznie do Moby Dicka. Namalowany ewidentnie pod wpływem Picassa. Popsuło się wejście do ładowarki. Nowy program antywirusowy wykrył 10 trojanów ściągniętych w 2012 r. Wcześniejszy N tego nie widział. Zniknęły wszystkie moje kontakty. Gdy ktoś do mnie dzwonił to po rozmowie wprowadzałam imię i nazwisko. Większości nie odzyskałam.

Usunęłam te tapety. Energia zaklęta w obrazach mi ewidentnie szkodzi. Wszystko wróciło do normy.

Niektóre obrazy Pollocka są interesujące. Podoba mi się the-flame z 1938 r., bo jest taki realistyczny. Każdy kiedyś wpatrywał się w płomień ogniska i widział różne rzeczy, a Pollock je tylko uchwycił.

Bazując na doświadczeniu z komputerami nie zamierzam oglądać, ani kupować (nawet jakby było mnie na nie stać ;))) jego obrazów. Tkwi w nich coś co na mnie źle działa.

W sztuce chodzi o to, żeby się podobała, a nie szokowała. Czasem patrzę co wystawia MoMA i jest mi niedobrze. Nie wszystko co tam jest można nazwać sztuką, nawet nowoczesną. Nie każde beztalencie jest artystą.

Ja również wykorzystywałam jedną z jego technik. ;) Gdy po studiach nie miałam w czym iść na imprezę to sobie szyłam ubrania. Miałam maszynę i dostęp do ciekawych materiałów. Potem gdy moja mam lub siostra chciały, żebym coś dla nich uszyła, to rozkładałam materiał na podłodze w pokoju i pół dnia chodziłam po nim. Trema. Kiedyś mama dała mi piwo, wypiłam, a potem szybko uszyłam. I tak już zostało. Musiałam wypić zanim nożyczkami pokroiłam materiał. Mnie wystarczało 1 piwo, Pollockowi nie.

Teraz na tapetach mam klasykę. Słoneczniki i Venus.


I nic się nie dzieje. Czyżby energia zaklęta w obrazach już się wyczerpała? A przecież nieustannie zachwycają. Gdy tylko zmieniłam tapety trafiłam na odniesienia do wybranych przez siebie arcydzieł. Odnośnie Venus Boticelli rządy już zaczęły myśleć o sztuce jako dobrym źródle zarabiania. Odnośnie Słoneczników jest pomysł przenoszenia arcydzieł na nośniki elektroniczne, miejmy nadzieję po to, żeby więcej ludzi się z nimi zapoznało. Recreating_lost_masterpieces

Nie trzeba wiedzieć co artysta chciał przekazać w swoim dziele. Trzeba patrzeć i poczuć.

Sztuka może być lokatą kapitału dziś, a jutro może nie być chętnych.


00:30, bajka107
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 maja 2018

Jestem leniwa i zdaję sobie z tego sprawę. Scarlet z Przeminęło z wiatrem odkładała wszystko „na jutro”, a ja na rok ;) Choć nie zawsze ;)

Ten wpis powinien pojawić się rok temu, bo wtedy przeczytałam wiadomość. Otóż Orlando Bloom został przyrównany do Pollocka. Pollock kojarzy się z obrazami popryskanymi farbą w sposób przypadkowy. Ludzie lubią porównania do innych sławnych ludzi, często „wkładają” w ich usta słowa, których nigdy nie wypowiedzieli.

Wtedy postanowiłam przyjrzeć się postaci artysty i zaczęłam go rozpisywać, ale potem inne ważne rzeczy odwróciły moją uwagę. W tym roku sprawa powróciła gdy mimowolnie jego dwa obrazy pojawiły się na moich tapetach w komputerze i smartfonie. To co się potem działo zmusiło mnie do powrotu do tego tematu.

Twórczość Pollocka to nie pryskanie farbą po płótnie. Tej techniki nie wymyślił, ale zrobił z niej swój znak rozpoznawczy. Obrazy malował na ziemi, a nie na sztalugach. To go chyba najbardziej wyróżniało. Zanim sięgnął po farbę musiał się napić, potem wpadał w trans, a obraz był gotowy jak skończył. Gdy ktoś go obserwował to widział, że Pollock nie był świadomy co robił, a jednak niszczył niektóre swoje dzieła, bo mu nie pasowały, albo nie były takie jak powinny.

Bo artysta wie co chce namalować. To tak jak rzeźbiarz, który z bloku gliny czy skały usuwa niepotrzebne rzeczy, żeby nadać kształt tego co ma w głowie.

Temat Pollocka jest nośny, bo jego obrazy osiągają wysokie ceny i „coś” w nich jest (demon?). W 2006 r. obraz No 5 został sprzedany za 140 mln $. Podobno, nie znam kupca.

Paul Jackson Pollock urodził się jako najmłodszy z 5 synów 106 lat temu w małym miasteczku Cody w stanie Wyoming.

28.01.1912 = 10+1+10=21+12=33

Liczba 21, która się pojawiła informuje o skłonnościach do alkoholu (3x7), ale też o wrodzonej intuicji i kontakcie z podświadomością i pracowitości. Wiadomo czego powinien się wystrzegać.

Jako 33 to wyjątkowa osobowość. Ma wiedzę z innych światów i byłby dobrym nauczycielem. Może też być głupim i ograniczonym, opętanym seksem, żadnym sławy i rozgłosu człowiekiem. Człowiek zawsze ma wybór. 33 zawsze musi być w centrum uwagi, inni się liczą jeśli podziwiają Mistrza. 33 to Uran i Uran, albo 11 Uranów, trudno okiełznać słabej osobie energię wulkanów. Wybucha z byle powodu, a zakrapiany alkoholem – bez powodu. 33 ma posłannictwo do spełnienia

Ojciec był rolnikiem, a potem geologiem, geodetą, nazywał się LeRoy McCoy. Jego rodzice umarli w ciągu jednego roku i adoptowali go sąsiedzi. Przyjął ich nazwisko Pollock.

Matka Stella May jako nastolatka szyła i sprzedawała sukienki. Przy gromadce synów nie miała dla nich wszystkich czasu, skupiona na sobie. Całe życie Jackson starał się matce udowodnić, że jest coś wart. Rodzice nie mieli już córki.

Nie używał pierwszego imienia, ale ono zawsze ma wpływ na człowieka.

Paul Jackson Pollock  6/9/4/5

Jackson Pollock        6/4/3/1

Prawda, jaka różnica. Z wiecznie poszukującej 5 stał się pionierem. Potrzebował być wyjątkowy i najlepszy, pierwszy. I taki był w najlepszym swoim okresie twórczości. Uważał się za takiego, z pogardą mówił o innych artystach tamtych czasów. Tak działa Jedynka w duszy.

Gdy Jackson miał 10 miesięcy rodzina wyjechała do San Diego, a potem do Kalifornii.

Wydalono go z liceum w 1928, a potem w 1930 w LA. Był kozakiem, lubił się popisywać, był gwałtowny i skryty. Podczas podróży geodezyjnych z ojcem obserwował kulturę rdzennych Amerykanów. Nasiąkał wrażliwością i zbierał doświadczenia. Jako 18 latek wyjechał do NY i ze starszym bratem studiował sztukę. W 1936 r. zetknął się z techniką meksykańskiego muralisty Davida Alfaro Siqueirosa, który stosował płynną farbę. Taka farba była tańsza od profesjonalnej.

Był biedny, nie miał pieniędzy i nie pojechał na pogrzeb ojca, który zmarł w marcu 1933 r. Okazjonalnie kradł żywność. Było ciężko. Przez jedno lato Pollock pracował jako drwal w Big Pines w Kalifornii. Ludzie często mu stawiali drinki, żeby zobaczyć jego dziwaczne wybryki gdy upijał się do nieprzytomności. Pracował też jako dozorca w szkole, w której nauczycielem był najstarszy brat,

W 1938 roku przeszedł załamanie nerwowe i przez kilka miesięcy pozostawiał go w oddziale psychiatrycznym.

W 1941 próbował leczyć się z alkoholizmu i poddał się psychoterapii jungowskiej.

W 1942 spotkał Lee Krasner i to odmieniło jego życie, uratowała go. To była pokrewna dusza, malarka. Od razu dostrzegła w nim coś. Nie mogła pozwolić by talent się zmarnował.

Lee Krasner urodziła się jako Lena Krassner, szósta z 7 dzieci.

 27.10.1908=28=1

Jako 13 latka ustaliła swój cel życiowy – profesjonalna artystka. Potem szukała odpowiedniego imienia. Nie chciała być Leną, była Lenore, a potem Lee, żeby ukryć swoją płeć (gender było już dawno). Wyrzuciła s z nazwiska.

Lena Krassner     1/11/8/3

Lenore Krassner  1/8/8/9

Lee Krasner        1/9/11/7

Od razu widać, że dobrze wybrała.

Przeznaczenie – 1 – silna osobowość, odważna i ambitna, przebojowa i niezależna.

Charakter – 11 – wrażliwa z urodzenia, 8 – byłaby interesowna, realizowała się jako – 9 – mądra.

Osobowość – 8 – władza nad innymi – to ona nosi spodnie w związku, zmieniła na 11 czyli wrażliwą, ale nie bezbronną osobę. Kochanka myślała, że może sobie zabrać jej męża. Niemożliwe.

Liczba duszy – 3 – artyzm i piękno, zmieniła, a właściwie dodała 7 – filozof, bogate życie wewnętrzne, co sprzyja zawodowi jaki wykonywała. Była malarką, która najlepsze obrazy namalowała jako wdowa.

Gdy miała 26 lat zatrudniono ją do malowania murali, potem pracowała jako modelka, kelnerka (wielki kryzys). Cały czas malowała, znała wszystkich artystów w NY. Wiedziała z kim rozmawiać i komu pokazać prace Jacksona. W lipcu 1943 poznała go ze sponsorką Peggy Guggenheim (6 – bardzo ciekawa postać) i namalował dla niej ogromny obraz.

Lee dla Jacksona była wyrocznią, uczyła go o sztuce współczesnej, kształtowała jego styl. A właściwie umiejętnie go prowadziła. Ufał tylko jej. Ona malowała mniej, bardziej skupiała się na mężu. John Bernard Myers, znany handlarz dziełami sztuki, kiedyś powiedział, że "nigdy nie byłoby Jacksona Pollocka bez Lee Pollock". Niektórzy mówili, że Pollock był jej Frankensteinem.

Ale ona takie miała przeznaczenie i postępowała zgodnie ze swoją numerologią. Czuła, że Jackson jest wielkim artystą. I Jackson dobrze na tym wyszedł. Oboje mieli intuicję i podświadomie czuli, że są dla siebie stworzeni.

Pobrali się w październiku 1945, Jackson miał wtedy 33 lata, a Lee 37.

Październik – 1 – wiadomo kto rządzi w tym związku. Jedynka Lee.

Związek 6 z 1, czyli Wenus ze Słońcem – Szóstka wnosi do związku piękno i miłość, a Jedynka cieszy się, że ma dla kogo pracować, opiekuje się wrażliwą Szóstką. To dobry układ. Wenus ogrzewa się w Słońcu.

W związku powinna rządzić liczba mistrzowska, ale Jackson się do tego nie nadawał. On nie tworzył związku. On tylko umiał malować. Pragnął uznania, podziwu i wyłącznej uwagi. Trochę męczący.

W listopadzie 1945 przeprowadzili się na wieś do Springs. Lee miała nadzieję, że nie będzie pił, bo koledzy zostali w NY. Za pożyczkę od Peggy kupili dom ze stodołą, w której urządzili studio.

Wtedy zaczął malować na płótnie rozciągniętym na ziemi, bo farba nie spływała, to dobry pomysł. Mógł po nim chodzić, malować z różnych stron, stosować wszystkie techniki, jakie mu przyszły na myśl (albo demonowi), być w obrazie.

Katalog przedstawiający jego pierwszą wystawę opisał talent Pollocka jako "... wulkaniczny, ma ogień, jest nieprzewidywalny, niezdyscyplinowany, rozlewa się z siebie w mineralnej niemocy, jeszcze nie skrystalizowanej.” Nie ma lepszego opisu jego twórczości, zapisanej w numerologii.

Najlepszy okres w twórczości to lata 1947-1950. Nie dziwi mnie, że wtedy właśnie namalował obraz Lucyfer :) przesiąkał go alkohol i demon.

Do malowania używał twardych pędzli, patyków, noży, strzykawek, często wylewał farbę prosto z puszek, piasku, szkła. To takie malarstwo akcji. Obraz przestał być fotografią, a stał się wydarzeniem. Żadne tam postaci, czy martwe natury. Nie ma horyzontu, pierwszego czy drugiego planu, nie wiadomo gdzie góra gdzie dół. Wzorował się na pracach ukraińskiej artystki Janet Sobel, które widział w 1946 r. Inspirował go każdy artysta, nawet Picasso, którego próbował naśladować (XI 1939 Guernica). Gdy wypracował swój własny styl, to inni artyści do niego przyjeżdżali jak np. polski artysta Edward Dwurnik.

Każdy artysta szuka inspiracji, a potem maluje na swój sposób. I to widać w ich pracach.

Magazyn Life 8 sierpnia 1949 r. uznał Pollocka za największego żyjącego malarza w USA. Potem wywiady, sesje zdjęciowe, uznanie świata. Był w centrum uwagi. I o to mu chodziło. Ego nakarmione.

Potem Pollock zaczął zmieniać styl (5 w duszy z urodzenia) i zaczął robić czarne wylewy (nieładne). Żadnego nie sprzedał. Potem zmienił galerię na bardziej komercyjną, malował znowu kolorowe obrazy i sprzedawał. Było bardzo duże zapotrzebowanie. To nie pierwszy artysta, który malował to co chce klient. Presja była ogromna, więc pił coraz więcej. Artysta, żeby żyć musi malować co chcą inni.

Malował tak dużo, że zaczął oznaczać obrazy numerami, a nie tytułami. Uważał, że liczby są neutralne i każdy może sam poczuć co widzi i jak to odczuwa, bez nazw.

Artysta maluje co mu w duszy gra, nie powinien nazywać obrazów. Jednak jakoś trzeba je odróżniać od siebie. Beksiński też nie nazywał swoich obrazów, ani nie numerował.

W roku 1954 Pollock stracił wenę. Pił na umór i nie miał już pomysłów na obrazy, demon wziął go całego i prowadził do nieuchronnej śmierci. Miał 42 lata i osiągnął szczyt swoich możliwości (cykl 33+9=42), spotkał się Saturn z Księżycem, osiągnął wszystko o czym marzył. Powinien wyznaczyć sobie nowy cel. Zamiast tego pił codziennie, pogrążał się w otchłani.

Robił jakieś kompozycje z drutu, gipsu i gazy, ale w 1955 r. niczego nie namalował.

W 1954 r. złamał kostkę gdy wracał do domu z de Kooningiem i wpadli do rowu. Pił. Potem w lutym 1955 r. znowu złamał nogę. Dostał wtedy samochód, ciemnozielonego Oldblossa z 1950 r. za 2 „czarne” obrazy.

Nadszedł 1956 r. Pollock skończył 44 lata.

Pojawiła się nowa kochanka Ruth Kligman. Czy 48-letnia żona mogła konkurować z 26-latką, wyglądającą jak Elizabeth Taylor czy Rita Hayworth. On od 2 lat nic nie namalował, żył napędzany alkoholem, a tu pojawiła się piękna kobieta zapatrzona w niego jak w obrazek. Ruth była zdeterminowana wziąć sobie Pollocka.

To zdjęcie wykonano podobno w dniu śmierci artysty.

Artystka Audrey Flack wspominała, że w 1956 zaprzyjaźniła się z nią. Kligman spytała jakich zna najlepszych artystów, których ona powinna poznać. I ona odpowiedziała: 1.Jackson Pollock, 2.Bill de Kooning i 3.Franz Kline. Potem jeszcze powiedziała gdzie się spotykają, jak wygląda Pollock i gdzie lubi siedzieć przy barze. Narysowała nawet mapę. Tej nocy Ruth poszła do baru i usidliła Pollocka. Wszystko było zaplanowane, choć ona mówiła (w swojej książce z 1974 r.), że spotkanie było przypadkowe. Żyją jeszcze ludzie, którzy wiedzą jak było.

Data ur. 25.01.1930 = 21=3   3/8/4/4

Jako Trójka interesowała się sztuką, którą studiowała. Była wygadana i żywiołowa. Miała intuicję (21), wiedziała jak dotrzeć do artysty.

Liczba ekspresji – 8 – cechą główną jej charakteru było zdobycie władzy i pieniędzy. Pollock był sławny i odnosił sukcesy, a ona widziała siebie jako jego żona.

Liczba osobowości – 4 – na innych robiła wrażenie osoby wiedzącej czego chce i to osiągającej.

I mieli rację, bo w jej duszy – 4 – gdy tylko zrodził się plan, ona umiejętnie go realizowała, punkt po punkcie. Czwórka to budowanie struktur.

Latem Lee miała dość tego trójkąta i wyjechała do Europy. Podobno tego dnia gdy wsiadała na pokład transatlantyckiego oceanicznego liniowca kochanka wprowadziła się do ich domu, a w jej szafie zawiesiła swoje ubrania. Uzasadniała to potem tym, że bardzo pragnęła, żeby Pollock zaczął znowu malować, a ona będzie sławna, że to dzięki niej. Ciekawe co by zrobiła gdyby Lee wróciła.

Pollock pił już bez trzeźwienia. Bez żony marniał.

11 sierpnia 1956 r. Pollock cały dzień popijał dżin. Wieczorem wsiadł do zielonego kabrioletu. Wraz z Ruth Kligman i Edith Metzger pojechali na koncert. Gdy wracali Pollock stracił panowanie na zakręcie i się rozbili, kilometr od domu. Była 22:15.

Kierowca i koleżanka zginęli na miejscu. Ruth przeżyła, ale nie zamierzała usunąć się w cień, gdy kochanek zginął. Pozwała wdowę o odszkodowanie za wypadek. Dostała 10 tys.$.

Rok wcześniej w podobny sposób zginął słynny aktor James Dean. Opinia publiczna połączyła oba wypadki, tworząc wokół malarza tragiczną legendę samobójcy. Nazwano go nawet Jamesem Deanem amerykańskiego malarstwa.

W 1957 roku Kligman związała się na 4 lata z artystą nr 2 Willemem de Kooning, który akurat był w separacji (oboje dużo pili). Przez resztę życia sypiała ze wszystkimi znanymi artystami, całowała się nawet z Andy Warholem (sławna puszka zupy). I walczyła o uznanie obrazu, który Pollock miał niby namalować. Opowiadała, że przed śmiercią przyniosła artyście płótno rozpięte na desce i on namalował dla niej obraz. Na łące. I byli tacy szczęśliwi. Bajki. Szczęśliwi ludzie nie piją i nie rozbijają się na drzewie. Nikt tego obrazu, który został pokazany w latach 80, nie uznał za jego dzieło. Miał się niby znajdować w mieszkaniu artysty nr 3, Franza Kline'a, kolejnego kochanka. Na nikim obraz nie zrobił wrażenia i nie został uznany za oryginał. Lee Krasner jawnie gardziła byłą kochanką męża, która na tej śmierci chciała zarobić.

Poeta Frank O'Hara nadał jej przydomek “death-car girl”, który prześladował ją do końca życia.

Ruth Kligman zmarła w 2010 r., miała 80 lat.

Chyba jednak wszystkie ważne obrazy namalował po pijaku.

Po śmierci Pollocka wdowa została jedynym spadkobiercą spuścizny. Już 4 miesiące po pogrzebie Lee zorganizowała wystawę retrospektywną w MoMie. Umiała po mistrzowsku zarządzać majątkiem. W 1985 r. powstała fundacja Pollock-Krasner, która zajmowała się katalogowaniem prac, uwierzytelniała obrazy i rysunki, które były w rękach innych. Przez 28 lat Lee dbała o wizerunek męża, przyczyniła się do wzrostu cen jego obrazów i wzrastającej popularności abstrakcjonizmu.

Lee Krasner zmarła w 1984 r., miała 76 lat.

To dzięki żonie Jackson Pollock jest znany do dziś. Stworzył nowy styl, ekspresjonizm abstrakcyjny. W jego obrazach coś jest. Wykonywano komputerową analizę fraktalną, żeby odróżniać oryginały od podróbek. Udowadniano, że nie ma przypadkowości w niby przypadkowych liniach. Wpatrując się w jego obrazy można dostrzec co się chce.

I jemu właśnie o to chodziło.

Miał szczęście, bo za życia był już sławny. Przeszedł do historii.

Wiedział o tym, a raczej przeczuwał to.

 

Tagi: 33
23:37, bajka107 , numerologia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 maja 2018

Znowu byłam świadkiem publicznego upokarzania. Czyżby normą było upadlanie syna przez ojca? Obaj są dorośli. Usiłowałam kilka razy zażartować, żeby ojciec się opamiętał. Nic z tego, nie zrozumiał aluzji. Nie zrozumiałby nawet uwagi wprost. Bo tacy tatusiowie są upośledzeni umysłowo. Czegoś im braku. I nie jest to brak empatii czy uczuć wyższych. Oni są zamknięci na miłość do swojego dziecka. Realizują jakiś swój plan i nie mają wyrzutów sumienia. Dlaczego rodzice nie kochają swoich dzieci? Ojcu sprawia przyjemność poniżanie syna przy innych ludziach. Każde słowo zostawia ranę. Źle mi z tym.

Na początku dbają o dzieci, a potem musztrują. A gdy napotykają opór, to upokarzają, żeby było jak oni chcą. Czy słowa: jesteś głupi, czy nie umiesz niczego zrobić porządnie, tyle razy ci mówiłem, nic nie umiesz dobrze zrobić … mają zmienić syna? Raczej spowodują, że ojciec nie ma autorytetu. I jakoś trzeba sobie radzić. Wszyscy obecni tego słuchali i nikt się nie ujął za młodym człowiekiem. Nic nie można zrobić. Nie szanuję takich ludzi, staram się ich omijać, ale są takie spotkania, że trzeba być.

Mało zabawne. Dziecko to człowiek, a nie zabawka.

Niedawno umarł taki ojciec. Na różnych spotkaniach, wakacjach, słyszałam tresowanie jedynaka. Codziennie były wyzwiska, ty głąbie, ty głupku, niczego nie potrafisz, nic z ciebie nie będzie. Chłopak dorósł, ale nie umiał stworzyć związku z dziewczynami. Kiedyś powiedział, że nie będzie mieć dzieci, bo mógłby im zrobić to co zrobił jemu ojciec. W końcu zamieszkał z kobietą z dzieckiem, ale nie jest dla niego ojcem. Jego życie jest zniszczone. Słabo radzi sobie w pracy, nawet nie wie co chciałby robić. Jest po 40-ce i stoi w miejscu. Zmarła mu matka, która chorowała na Alzheimera. Ojciec umierał sam, syn czasem go odwiedzał, ale nie umiał opiekować się swym oprawcą. Gdy wyzionął ducha, to nic się nie zmieniło. Słowa w głowie zostały i hamują. Ma zmarnowane życie.

Ciekawe, że obaj sadyści byli starymi rodzicami, bo synowie urodzili się gdy skończyli 40. Starzy rodzice są zbyt mądrzy. Dziecko traktują jako swoją własność i mogą kształtować drugiego człowieka na swój obraz, przenoszą na nich swoje niespełnione marzenia, nie umieją się cieszyć z osiągnięć, zawsze są niezadowoleni.

Nie można pomóc takim skrzywdzonym ludziom. Najbliższa osoba zniszczyła im życie. Można tylko jakoś żyć. Przetrwać.

Właśnie teraz „przypadkiem” obejrzałam film Płoty (Fences). Trochę za długi, jak na film pokazywany w tv. Wcześniej ten temat grany był na Brodwayu przez Denzela i Violę. Dostali Tony.

Nakręcenie filmu było łatwe, bo role mieli obcykane. Czekałam na jakąś receptę, na jakieś sensowne rozwiązanie, ale się nie doczekałam. Denzel gra takiego tatuśka, który niszczy swego syna i żonę. Sam niczego nie osiągnął i nie może dopuścić, żeby synowi udała się kariera sportowa. Wyrzuca go z domu, a ten zaciąga się (ucieka) do wojska. Denzel dobrze gra takiego prostaka. Przenosi sytuacje z boiska na realne życie. Powtarza, że każdy jest panem swego losu, ale rodzinie nie pozwala na realizowanie siebie. On jest panem rodziny. Warto ten film obejrzeć choćby ze względu na scenę, w której informuje żonę, że ją zdradza i będzie ojcem. To chyba za tą scenę Viola dostała Oscara. Jest świetna. Ja postąpiłabym inaczej, ale żyję w XXI wieku, a ona w latach 50-tych ubiegłego. Troy, ten potwór, nie ma wyrzutów sumienia, że zniszczył wszystkim życie. Wszyscy tańczą do tego jak on zagra. Bo tacy ludzie nie mają sumienia, więc nie ma wyrzutów. Ich śmierć niczego nie rozwiązuje.

Pomijam inne wątki, bo mnie mało interesowały. Gdy Troy mówi do syna – ty czarnuchu! – to śmiać się chce. Bohaterowie są czarni. Wskazanie na kolor skóry jest oczywiste, nie może być obelgą. A jest. Dlaczego nie powiedział – ty białasie, albo ty żółtku. Nie ma to wydźwięku obelgi. Trochę to naciągane. Kto tu miał uprzedzenia rasowe.

Troy buduje płot wokół rodziny. Sam go przekracza kiedy chce. Ogrodzenie nie zapewnia nikomu bezpieczeństwa, przed niczym nie chroni.

Koniec filmu jest mało optymistyczny - każdy idzie do nieba, bez względu na to jakim był człowiekiem. Ciężko w to uwierzyć, chyba, że wiemy, że odgrywamy tylko pewne role. To jak sobie z tym poradzimy to nasze. Śmierć zabiera złego człowieka, a zostaje skrzywdzony, który nie umie sobie z tym poradzić. Dużo czasu upłynie zanim rany na duszy przestaną boleć. A mogło być pięknie.

Dzieci kochają bezgranicznie swoich rodziców, często bez wzajemności.

Temat ponadczasowy, bo ciągle rodzą się tatuśkowie, którzy nie kochają swoich dzieci i psychicznie je molestują. Nic nie można na to poradzić, bo oni o sobie mają wysokie mniemanie.

Ten film będzie w HBO 24 i 25 maja. Jest też do obejrzenia w cda.

Ile to już filmów nakręcono o patologiach w rodzinach. Nikt niczego się nie uczy.

Dzieci nie są własnością rodziców. Rola rodzica jest ochrona przed niebezpieczeństwami i umożliwienie samorealizacji.



23:32, bajka107
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2018

Lubię znajdywać jedno słowo, które dobrze określi człowieka lub rzecz. Gdy myślę w jakim świecie żyję to powiedziałabym, że świat mi się kłania.

Na pewno zachodzi interakcja, która jest dla mnie dobra.

Pisałam kiedyś, że mój bank otworzył oddział specjalnie dla mnie, obok miejsca mojej pracy. Pracowałam tam kilka lat, a gdy zaczęło mi przeszkadzać jeżdżenie po mieście z kasą, to o rzut beretem pojawił się wpłatomat. Wydawało mi się to zabawne, ale przecież banki otwierają swoje oddziały gdzie chcą, wcale nie musi to być „dla mnie”. Na początku grudnia zmieniłam miejsce pracy, a 17 stycznia bank zamknął swój oddział. Mnie nie był już potrzebny ;)

Świat ułatwia mi życie. Zawsze mam zieloną falę gdy potrzebuję przejść przez jezdnię. Kilka razy nawet popsuła się sygnalizacja. Jechałam tramwajem i widziałam, że piesi już mają zielone. Więc gdy ja dojadę będzie czerwone. Nic to poczekam. Jednak gdy wysiadłam to zielone ciągle było, nawet niektórzy kierowcy zaczęli się denerwować, bo coś im było za długo. Nie wiedzieli, że to dla mnie. Nieustannie mnie to bawi i oczywiście dziękuję światu, że tak o mnie dba.

Wspomnę tylko, że szukałam etui do mojego tableta. Ma 9,6 cala, a nie 10. Wszyscy mają etui na telefony, a do tabletów nie. Kupiłam w punkcie, w którym pan naprawił mi smartfon. Idealny dla mnie, cena niższa niż w necie. Jakby czekał specjalnie dla mnie. Jako stały (2 wizyta) klient dostałam upust. Tak się tworzą relacje. Szukam teraz elektryka, zniknął mi numer z listy i już mi kogoś polecono, oczywiście z upustem, bo po znajomości.

Od 2 tygodni kupuję prezenty. Oczywiście mam listę. Jedne produkty przychodzą ok. 23 godzin, a inne kilka dni. Wkurza mnie jak tacy leniwi sprzedawcy żądają opinii. Nie reaguję, bo musiałabym napisać prawdę. Jak uzasadnić 3 dni patrzenia na konto bankowe, na którym już jest zapłata. A zapakować i iść na pocztę to się nie chce.

Ostatni prezent zamówiłam w poniedziałek. Musiałam zadzwonić do BOK, bo w opisie był termin 4-8 dni. Ja wiem, że firmy tak się zabezpieczają, ale co mają zrobić spóźnialscy, którym zależy na czasie. Jeszcze nigdy nie szłam na imprezę bez prezentu, a byłam świadkiem, że prezent innych przychodził po kilku dniach. Nie wiadomo wtedy co dać. Dowiedziałam się, że najlepiej zamówić nie do paczkomatu, jak zwykle to robię, a za pobraniem. W środę dostałam sms, że paczka już jest u kuriera i podano mi widełki w jakim czasie mam się go spodziewać. Wszystko zaplanowałam wcześniej, a potem dzwoni ktoś i mówi, że będą wcześniej. Ale mnie nie będzie. I wtedy dowiedziałam się, że blisko mnie (6 minut pieszo) jest punkt firmy transportowej i mogę odebrać kiedy chcę, do 18tej.

Lepiej być nie może.

Zdążyłam jeszcze w międzyczasie kupić kosmetyki. Odkąd używam naturalnych nie mogę komuś kupić czego innego. Organicznie nie znoszę organicznych, ale tylko ze względu na ich cenę. Można w normalnej cenie kupić kosmetyki naturalne, bez chemicznych konserwantów. Przy okazji kupiłam też sobie. Umęczyłam się tym chodzeniem ;)

 

Nie polecam kosmetyków, bo każdy ma inną skórę i lubi inne zapachy. Ja lubię owocowe. Polecam naturalne, nie szkodzą skórze i środowisku.

Jak mi ekspedientka dała do powąchania to urzekł mnie ten zapach. Uwielbiam jagody, borówki na surowo, w dżemie, w cieście, w soku (drogie). Nie wpadłam na pomysł, żeby się smarować jagodami. Więc mam mus. A co :)

Kupowałam dzisiaj też farbę do włosów, chemiczną, ale bez amoniaku. Co jakiś czas jest promocja i jest tańsza o 7 zł. Nie kupuję po cenie półkowej. W jednym sklepie nie było mojego numeru, a kolejnym też nie. Zajrzałam do 3, też nie było, ale widziałam, że część pudełek jest odwrócona. Ekspedientka usiłowała mi wmówić, że numery się zmieniają, więc może kupię inną. Nie, chcę moją. Włożyłam rękę głęboko między pudełka i wyciągnęłam właśnie mój numer. Czyżby mój kolor był chodliwy? Inne stały i czekały, ale nie na mnie.

Wszystko co mnie ostatnio spotkało wprawiło mnie w dobry nastrój więc zajrzałam, po drodze do domu, do greenpointa, bez szczególnego celu. Pomyślałam o lawendzie. W zeszłym roku miałam, ale nie udało mi się ją wybudzić. Teraz z 15 doniczek wybrałam jedną, choć wszystkie były prawie jednakowe. Sprzedawczyni, a właściwie znawczyni roślin, powiedziała, że mam dąb i pokazała coś między łodygami. Nie wiedziałam o co jej chodzi, a ona pytała czy to usunąć.

Myślałam, że to ślimak, więc go nie wezmę do domu. A ona mówi, że to ziarno dębu i że mogę wsadzić do ziemi to mi wyrośnie dąb. No nieźle. Okazało się, że ziarno już się zakorzeniło, więc zdjęłam skorupkę i czekam co będzie dalej. Jak podrośnie to jednak przesadzę. Za tą wartość dodaną nie musiałam dopłacać. Jakie jest prawdopodobieństwo znalezienia żołędzia w lawendzie, jak wokół nie ma drzew?

Moje wszystkie storczyki (3) uczciły lato kwitnąc na potęgę.


W jednej doniczce mam 27, w drugiej 14, a w ostatniej 6 kwiatów. One lubią być podziwiane i nie marnieją od „złego oka”. Więc podziwiam co cieszy oko.

Tylko człowiek może docenić piękno przyrody, zwierzęta i AI tego nie potrafi.

O pogodzie nie będę pisała, bo zawsze jest taka jak chcę. Wczoraj wokół grzmiało i nic. Ale w nocy może padać, widocznie już się wypadało gdzie indziej. Może pogoda chce mi sprawiać przyjemność, codziennie.

Ustawiam sobie pogodę, bo mogę. Sprawdziłam to. Podobnie jak rekin finansjery Gordon Gekko z filmu Wall Street. On też mówił, że niszczy ludzi dla kasy, bo może. Dziwne, że po takim filmie ludzie jeszcze topią swoje pieniądze na giełdach. On krzywdził ludzi, bo mógł, ja ułatwiam sobie życie, bo mogę. On niczego nie tworzył, on posiadał, ja tworzę przyjazną przestrzeń wokół siebie. A świat jest z tego zadowolony, bo mi się kłania, codziennie.

Gdybym nie musiała jeździć do centrum do pracy to w promieniu 1 km mam wszystko czego mi trzeba. Nawet rodziców ;) Koleżanki i przyjaciółki niestety trochę dalej, a niektórzy za granicą. Ale od czego mamy technologię.

Nie jestem optymistką. Raczej realistką. Po co się martwić na zapas. Trzeba dobrze wykonywać swoją pracę i tyle. Inni też przecież to mogą robić.

Sposób myślenia przyciąga sytuacje. Jak Dr WHO – zawsze zakładał, że będzie górą. Wie, że zawsze jest jakiś sposób, żeby przetrwać, trzeba tylko to odkryć. On ma też ogromną wiedzę, która jest przede mną zakryta, jeszcze. Im więcej wiesz tym łatwiej sobie radzić w życiu.

Świat wokół jest fizyczny, ale nie martwy. Dawno temu czytałam Solaris. Chyba za wcześnie się zabrałam za Lema, bo jego książki mnie przerażały. Teraz już nikt nie czyta takiej literatury. W powieści pada takie zdanie (chyba), że planeta wie, że jest obserwowana. Oczywiście człowiek zapytał: a czego ona chce? A dlaczego miałaby czegoś chcieć! Lem był mądrym człowiekiem. Kwintesencja tego co chciałam tutaj przekazać. Ja napisałam 2 strony, a Lem 2 zdania. Na tym polega geniusz.

Polecam przeczytać, ale jak nie dasz rady, bo za długie, bo nie masz książki (są wszystkie w antykwariatach, różne wydania) to zobacz chociaż film z 2002 roku. Jak się zna książkę to trudno się to ogląda, ale przekazuje treść. Zachwyciłam się Violą Davis. Zanim została znana jako brawurowa prawniczka z serialu (Sposób na morderstwo), to grała w wielu filmach, różne role, 2 i 3 planowe. Ale zawsze mnie urzekała, bo się wyróżnia na tle innych, jaki ona ma warsztat! Lubię takich ludzi – wykonują dobrze swoją pracę. Dobry też był znany z Lost Jeremy Davis (w Cudownych latach miał 23 lata). Clooney nijaki, nazwisko to nie wszystko.

A więc moja planeta też mnie obserwuje, niczego ode mnie nie chce i kłania mi się codziennie. Niech tak będzie.

A w sobotę impreza i pyszne jedzonko w dobrym towarzystwie :)))

 

 

22:33, bajka107
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 maja 2018

Dostałam dzisiaj od klienta prezent z podróży na Bliski Wschód.


Nie odgadłam co to. Poczułam się jak dziecko, które myśli, że mleko jest z supermarketu, a pieniądze ze ściany. Jemy różne rzeczy, a nie wiemy jak dokładnie rosną.

Wygląda jak ogórek po przejściach. Pachniał jak śliwka, więc to chyba owoc. Musiałam zacząć to jeść, żeby odgadnąć resztę.

No i wszystko jasne. To owoc migdałowca, a nasiono zwane jest migdałem. Mój owoc był miękki, bez zdecydowanego smaku, nie słodki, a nasionko nie smakowało jak migdał ze sklepu. To owoc z innego świata.

Syryjczycy jedzą je zrywając owoce prosto z drzewa. Cały owoc zawiera witaminę C, o czym wszyscy tam wiedzą. Wystarczy tylko to wiedzieć, żeby być zdrowym.  Ludzie się tam nie przeziębiają, taki mają klimat. Migdałowce są teraz bardziej popularne w uprawach niż kapryśne oliwki.

Można zrównać rakietami ziemię, zniszczyć wszystko, a rośliny i tak przetrwają. Wystarczy, że jeden owoc spadnie na ziemię i w niej przetrwa.

Migdałowiec zwiastuje wiosnę, kwitnie już w lutym, często w ciągu 1 nocy obsypuje się różowymi kwiatkami. Jak na obrazie Van Gogha namalowanym dla bratanka. W lutym 1890 roku malarz przebywał w Saint-Rémy, kiedy zaczęły kwitnąć drzewa migdałowe. No to je namalował. Bratanek dostał imię po słynnym wuju. Malarz namalował w sumie 3 obrazy z tym motywem. wojciechkarpinski.com/van-gogh-migdalowiec

Akurat na tapecie mojego smartfonu mam Sunflowers Van Gogha. Dobrze mnie nastraja. Wszystko jest ze sobą połączone.

Mała rzecz, a cieszy. Uśmiechałam się przez cały dzień. Że też komuś się chciało zerwać kilka owoców i mi je przywieźć, 4 tys. km. Inni wolą coś kupić na lotnisku. Ja to mam szczęście.

To był dobry dzień :)

 

Przy okazji: nie polecam 2 sezonu Westworld. Spodziewałam się zamiany ról, a dostałam strzelankę. Chyba scenariusz pisali gimnazjaliści. Dolores była interesująca, a jest żenująca. Szkoda czasu.

 

22:33, bajka107
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2018

Zostałam poproszona o zajrzenie w mądre książki i znalezienie co oznaczają choroby skóry. Gdy lekarze nie mają pojęcia jak leczyć, co może być przyczyną różnych wyprysków, chory dalej szuka pomocy i przyczyny choroby. Albo nie szuka i zdaje się na maście, sterydy, diety cud, czy co tam jeszcze. Wizyta u lekarza musiałaby trwać godzinę, żeby można było w wywiadzie dobrać odpowiednią kurację.

Przemywanie skóry, stosowanie naturalnych maści, makijaż z toną pudru, może pomóc przetrwać dzień wśród ludzi. Ale choroba jest i nie znika.

Ja uważam, że choroba zaczyna się w głowie i dojrzewa w polu otaczającym człowieka (astralu). Niektórzy mogą zobaczyć tam jakieś anomalie, ale nie powinni tego naprawiać. Bo choroba wróci w innym miejscu i trudno będzie znaleźć pierwotną przyczynę. Kiedyś mówiono, że 70% chorób ma podłoże psychosomatyczne, a teraz, że ponad 95%. Nie można za wszystko obwiniać stres.

 

Hipokrates był mądry i zauważył, że:

Jeżeli ktoś pragnie zdrowia,

najpierw należy go zapytać,

czy jest gotowy pozbyć się

przyczyn własnej choroby.

Jedynie wówczas można mu pomóc.

Bo niektórzy naprawdę lubią chorować i udają, że chcą wyzdrowieć. Ja w czasach szkolnych mdlałam ;)

Najlepiej to widać u chorych na raka. Przestałam współczuć osobom, które „walczą” z chorobą”, bo są jeszcze młode, mają małe dzieci, które je potrzebują, mają plany na przyszłość itp. bzdety. To nie są powody do wyzdrowienia, a ego. Żeby wyzdrowieć trzeba dotrzeć do źródła problemu i go zaakceptować, a potem zmienić swoje przekonania. Ja wiem, że nie każdy to potrafi, ale spróbować może każdy, kto naprawdę chce. Użalanie się nad sobą (dlaczego mnie to spotkało) hamuje proces zdrowienia. Nie wspieram w żaden sposób takich osób.

O skórze pisałam już 3 miesiące temu Skora-i-wiosna Nie będę się powtarzać.

Oto wyciąg z 4 książek (podawałam kiedyś jakie mam) na temat wybranych chorób skóry, hasłowo.

Za każdą chorobą kryje się problem.

Skóra ma związek z poczuciem własnej wartości. To osłona ciała, reprezentująca obraz nas samych o sobie. Wszystkie problemy skórne wiążą się z poczuciem wstydu. Osoba taka przywiązuje zbyt dużą wagę do tego co powiedzą o niej inni. Nie pozwala sobie na bycie sobą i łatwo siebie odrzuca. Jest wrażliwa na to co dzieje się na zewnątrz, bardzo łatwo ją dotknąć, a jej samej trudno pokochać siebie taką jaka jest.

Problem skórny jest świetną metodą, aby oddalić od siebie innych. Skóra pomaga nawiązać kontakt z innymi, ale może też go zerwać. Osoba może tak bardzo wstydzić się tego, kim jest lub mogłaby być, że odmawia sobie przywiązania do kogokolwiek i wykorzystuje problemy skórne jako usprawiedliwienie. W ten sposób staje się kimś, kogo nie można dotknąć. W takiej sytuacji chciałaby również zmienić skórę.

Im bardziej problem skórny jest widoczny i przeszkadza co, tym ważniejsza jest wiadomość, że przeszkadzają ci twoje przekonania oraz sposób myślenia o sobie i najwyższy czas byś to dostrzegł. Aby zmienić obraz samego siebie poświęć trochę czasu na zanotowanie wszystkich zalet, jakie posiadasz, każdego dnia dopisując do listy kolejną.

Pozwól sobie być człowiekiem obdarzonym zarówno zaletami jak i wadami, słabościami, ograniczeniami oraz lękami, bez przekonania, że nic nie jesteś wart. Masz prawo do podejmowania decyzji, aby ratować swoją skórę, nie oskarżając się nawet wówczas, gdy decyzje te nie odpowiadają tym których kochasz. Twoja wartość zależy od zalet serca, twojej wyjątkowości, a nie od tego, co dzieje się w świecie fizycznym.

Egzema – chory żyje w lęku o siebie i swoją przyszłość. Z braku zaufania do siebie często popada w rozpacz, bojąc się, co przyniesie jutro. Osoba ta powinna nauczyć się wyrażania własnych uczuć.

Alergia to wrażliwość organizmu na obcą substancję. Alergik bardzo często czuje niechęć do kogoś z zewnątrz i ma trudności z zaakceptowaniem jakiejś osoby lub sytuacji. Łatwo ulega wpływom innych, zwłaszcza tych, na których sam chciałby mieć wpływ.

Osoba z alergią przeżywa wewnętrzną sprzeczność: jedna jej połowa czegoś pragnie, druga jej tego zabrania. W stosunkach z ludźmi: uzależnia się od kogoś, jednak coś jej podpowiada, że powinna uwolnić się od tej zależności. Chory chce też zwrócić na siebie uwagę, zwłaszcza jeśli alergia prowadzi do ataków duszności, w których niezbędna jest natychmiastowa pomoc. U dzieci alergia związana jest ze sprzecznymi oczekiwaniami każdego rodzica, którzy różnią się w ocenie dziecka, czy mają inne poglądy na jego wychowanie. Dziecko nie umie wybrać i ucieka w alergię.

Jeżeli cierpisz z powodu alergii, jak najszybciej znajdź osobę (sytuację), wobec której czujesz niechęć, równocześnie pragnąc jej akceptacji. Myślisz, że jeżeli będziesz zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami tej osoby, będziesz kochany. Musisz jak najszybciej przestać wierzyć, że aby być kochanym, trzeba być uległym.

Jeżeli jesteś uczulony na jakiś produkt spożywczy, być może nie potrafisz pozwolić sobie na czerpanie przyjemności z życia. Zwykle jesteś uczulony na to co bardzo lubisz. Choroba to nie jedyny sposób, aby być ważnym.

Jeśli masz atak alergii, to sprawdź co się wydarzyło w ciągu ostatnich 24 godzin. Kim jest osoba, która wydaje ci się nie do zniesienia. Patrz sercem.

Choroby skóry – niepokój, lęk, stare, pogrzebane rany, zagrożenie – przeszłość nie jest wybaczona i zapomniana.

Wysypka jest oznaką, że coś poruszyło cię wewnętrznie, wyszło na powierzchnię i stało się widzialne. Jeśli swędzi to zmusza cię do zajęcia się sobą.

Świąd pojawia się u osoby, która ma na coś wielką ochotę, jednak nie pozwala sobie na to, gdyż czuje się przez kogoś lub przez jakąś sytuację zablokowana. Powstrzymuje się, co wywołuje rosnącą niecierpliwość i rozgoryczenie. Sprawdź czy to czego chcesz jest realne i czy nie jest to po prostu zwykły kaprys. Pozwól sobie odłożyć go na później, ustąp i przestań chcieć wszystko regulować według własnego widzimisię. Jeżeli pragnienie to jest realne, miej odwagę na konfrontację ze swoimi obawami i przejdź do działania.

Zaczerwienienie skóry w formie plam, które nie bolą i nie swędzą, wskazują, że osoba kontroluje się, aby nie pokazać swego prawdziwego oblicza i odgrywać przyjętą rolę. Bardzo się stara, gdyż czuje lęk i wstyd przed tym, że mogłaby nie sprostać ideałowi, który sama stworzyła. Jednak w pewnym momencie wszystko i tak wychodzi na jaw. Osoby, które łatwo się czerwienią (twarz, szyja) kryją w sobie jakiś dawno przeżyty lęk, że nie uda im się stanąć na wysokości zadania, czyli nie mają pożądanej osobowości. Ogromną trudność sprawia im zaakceptowanie siebie takimi, jakie są. Uświadom sobie, że stworzyłeś ideał trudny do osiągnięcia i że inni z pewnością nie mają wobec siebie tylu oczekiwań.

Jeśli są nawroty choroby, tzn. że problem został potraktowany prowizorycznie. Jeśli poważnie nad tym popracujesz to choroba nigdy nie wróci.

Tą samą chorobę każdy przeżywa inaczej, bo ludzie różnią się między sobą. Leki na jednym działają na innych nie.

 

Wybrałam tylko to co dotyczy osób dorosłych i niektórych tylko symptomów, bo akurat zainteresowana osoba taka jest. Nie ma też tu przyczyn raka skóry.

Teraz trzeba to przeczytać, potem jeszcze raz i zastanowić się co do mnie pasuje, czy ja rzeczywiście taka jestem. Siebie nie da się oszukać, niestety. Prawda uzdrawia.

Moim zdaniem osoba powinna uporać się z rozstaniami, zaakceptować, że ludzie do siebie nie pasują, na dłuższą metę mają inne priorytety, czego innego chcą od siebie i świata. Można udawać, ale na dłuższą metę jest to męczące i popełnia się błędy, a choroba ma okresy lepsze i gorsze.

Oczywiście, oprócz pracy mentalnej należy o siebie dbać, nie jeść ostrych przypraw, obierać wszystko ze skórki, przemywać, suszyć zainfekowane miejsca. Z mojego doświadczenia takie zdrowienie trwa do 10 dni, pod warunkiem, że szybko wpadniesz co ci jest i to naprawisz, czyli zmienisz sposób myślenia o sobie i zadowalania innych. I myślisz nad tym codziennie w każdej wolnej chwili z determinacją. A wolnych chwil mamy naprawdę dużo, zwłaszcza jak nie mamy czasu na nic. Na YT jest dużo filmów jak maskować problemy skórne, czyli udawać, że nic się nie dzieje. Graj w tę grę jak chcesz, albo idź za głosem Hipokratesa.

Internet w pracy nad sobą nie pomaga, bo tam każdy chce być Ironmenem, albo superlaską. A wieczorem trzeba zmyć maskę i spojrzeć w lustro kim tak naprawdę jesteśmy i na czym nam zależy.

Można żyć krótko i szybko. Twój wybór.

Ciekawe, jak się to dalej potoczy.

 

niedziela, 29 kwietnia 2018

Co roku na lato kupuję inne kwiaty. W tym roku postanowiłam mieć w skrzynkach na balkonie tylko bratki. Kiedyś wydawały mi się za małe i za delikatne i ich nie kupowałam. A w tym roku będą tylko one, w 5 skrzynkach. Tak to jest w mieście, że trzeba kupić ziemię, żeby mieć na balkonie namiastkę natury. Kwiatki są niepozorne, niskie, ale wieczorem pachną nieziemsko. Gdy spotkam inne wzory bratków, to dokupię ;)

Mam szczęście, bo 5 minut spacerkiem od mojego domu jest zielony punkt, w którym roślinki i ziemia są najtańsze i najlepsze.

Ostatnio przyjaciółka kupiła dla mnie małą książeczkę. Zawsze jak jest w mieście, to wchodzi do antykwariatu i szpera. Za grosze można kupić coś fajnego. I właśnie dostałam malutką, ładną książeczkę, wydaną w 2009 r. Spodobała mi się.

Krótkie opowieści o kwiatach w formie życzeń. Np. krokusy – życzę ci odwagi, fiołki – spokoju, tulipany – zdolności uwalniania się od rzeczy, margerytki – zdecydowania, goździk – nabierz dystansu.

Oczywiście najpierw przeczytałam życzenia od bratka. W końcu nie bez powodu postanowiłam mieć bratkowe lato. Udzielił mi odpowiedzi na nurtujące mnie ostatnio pytania. Trafione w 10.

Prawdziwa siła człowieka tkwi w jedności. Dlatego nie rozdzielaj siebie na trzy odrębne istoty - cielesną, intelektualną i duchową. Nie skupiaj się na przeszłości tylko ją zaakceptuj. To doświadczenia nas budują. Jestem wdzięczna za wszystko co mnie spotkało w życiu, nie odróżniam czy złe czy dobre. Dzisiaj ocena jest inna, wszystko jest dobre, bo mnie ukształtowało. Co było minęło, a będzie tylko lepiej.

Kwiaty

One są świeże i czyste – są jak piękno,

które nie musi być użyteczne,

jak dobro, które nie oczekuje zapłaty.

Życzę Ci, by takie było Twoje życie.

To słowa autora tej książeczki.

Skoro mamy lato to pora na tęczę. Mówisz – masz.

O godz. 19:09 zrobiłam tę fotkę.

Niebo się zachmurzyło, daleko gdzieś grzmiało, ale nie padało. Świeciło słoneczko i w powietrzu była wilgoć. To wystarczyło.

Jeszcze nigdy tak nie było, że tęcza pojawiła się bez deszczu. Padało gdzieś daleko, a tęcza była u mnie, na zamówienie ;)

Pierwsza mała tęcza w tym roku, a taka dziwna.

 

23:22, bajka107
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2018

Zadzwoniła kobieta z firmy windykacyjnej. Nazwa nieważna, bo wszystkie działają tak samo. Poinformowała mnie, że mam jakieś niezapłacone faktury z TP z 2003 roku, razem to ponad 990 zł. To ciekawe. Poprosiłam, żeby mi przysłała na mejla scany tych zaległych faktur. Okazało się, że oni tego nie mają, ale mają numery i daty. Dostałam wykaz. Teoretycznie faktury sprzed 10 lat powinny być przedawnione. Sprawdziłam, bo mam wyciągi bankowe od początku firmy. Nie płaciłam z konta. Jakimś dziwnym trafem znalazłam faktury z TP z 2003 roku. Dlaczego ich nie wyrzuciłam to nie wiem. I płatne były na poczcie, mam pieczątki. Zeskanowałm i wysłałam pisząc, że chyba im się coś pomyliło. Moja umowa z TP miała inny numer, faktury też były na inną kwotę (oni żądali 77 zł a moje faktury były na 154 zł). W TP można było mieć kilka numerów telefonu, ale zawsze była jedna faktura za dany okres. Zadłużenie miał ktoś inny, a przypisano mnie. Pani już się nie odezwała. Ciekawe, że żądają zwrotu długu od przypadkowych osób. Nacięli się, bo ja mam wszystkie potwierdzenia zapłaty, a „przypadkiem” mam też stare faktury. Tak na wszelki wypadek, który właśnie nadszedł, jakby czekały na ten czas. Gdy państwo mówi, że po 3 latach możesz wyrzucić stare faktury, to nie wierz. Oszustwo jest tak skonstruowane, że musisz wszystko mieć, żeby się bronić. Wszystkie moje koleżanki tak mają. Bo my niewierzące.

Pomysł na wzbogacenie się bez pracy jest prosty. Wystarczy zadzwonić do kogokolwiek i żądać zwrotu wyimagowanego długu doliczając swoje opłaty i prowizje. Zwykli ludzie nie pamiętają, jedni płacą inni odkładają słuchawkę. Dlatego proceder kwitnie.

Można też spreparować kolejne oszustwo pisząc listy do dłużnika, ale celowo myląc się w numerze domu lub mieszkania. Listy nie dochodzą, oszuści mają 2 awiza. Potem kierują fikcyjne roszczenie do sądu, a sąd klepie nakaz zapłaty z klauzulą wykonalności i już można zablokować konto i zabrać co się chce. Organy państwa współdziałają w tym procederze, nikt nie sprawdza, czy długi rzeczywiście są uzasadnione.

Ja miałam szczęście, że odebrałam telefon i wszystko sprawdziłam. Dług był mało prawdopodobny, bo ja nawet nie mam żadnego kredytu, a rachunki płacę na bieżąco. Do września mam zaplanowane płatności z konta. Źle trafili.

Oszustwo jest perfidne, bo nie każdy może udowodnić, że zapłacił. Ja mam wszystkie umowy w osobnym segregatorze z napisem dom. Jakoś nie wyrzucam, bo wszystko się tam mieści i mi nie przeszkadza.

Jak mogą działać firmy, które domagają się przedawnionych zobowiązań? Za przyzwoleniem państwa. Nikt nie chroni zwykłego człowieka, nikt ci nie pomoże. Musisz zadbać o siebie sam. Gdy ci mówią, że możesz coś wyrzucić to nie wierz. Musisz mieć alibi, nawet jak nic nie zrobiłeś. Gdy do twojego komputera zagląda ktoś oprócz ciebie, to używaj hasła. Wprowadź też rejestry logowania, żeby potem nie okazało się, że masz niedozwolone treści na kompie, których ty nie ściągałeś. Łatwo można kogoś wrobić. To ty musisz udowodnić swoją niewinność. Pamiętaj o tym.

Oszuści byli zawsze. Ludzie niczego nie wytwarzają, nie świadczą żadnych usług, a chcą mieć kasę. Najlepiej wydoić naiwniaków.

Jest taka aktorka Jane Fonda. Moja mama starała się ją naśladować, bo to była propagatorka aerobiku – cudownej metody na idealną sylwetkę. Mama szybko się zniechęciła i przestała ćwiczyć. Po 30 latach Fonda przyznała się, że miała operacje plastyczne i to one zapewniły jej idealną figurę. Ale była twarzą oszustwa pod nazwą aerobik. Dla kasy oszukała wiele kobiet.


Pani Fonda ma 80 lat i dobrą figurę, którą zawdzięcza skalpelowi. Można żyć w dobrobycie, chociaż oszukało się wiele kobiet. Niektóre wpadły w depresję, bo ćwiczenia nie zrobiły z nich modelek. Karma nie działa. Chociaż niedawno miała raka wargi i chodziła z plastrem, na ustach.

Biznes przepowiadaczy pogody kwitnie. Niczego nie umieją przewidzieć, a pogodynki zarabiają krocie. Wczoraj dzwoniły koleżanki, że u nich słonecznie, a miał być porywisty wiatr, ulewy i gradobicie. Popadało o 20 kilka minut, nawet ziemia nie nasiąkła kropelkami deszczu. Dzisiaj to samo, wiatr bez deszczu. Taniej by wyszło kupić szklaną kulę za 100 zł, zatrudnić informatyka do kolorowych plansz. Efekt będzie taki sam.

Czy jeśli ktoś źle wykonuje swoją pracę to jest oszustem? A może to celowe. Proszę zauważyć jakie są prognozy na długie weekendy i kto na tym zyskuje.

Jasnowidze to prawdziwi oszuści. Wczoraj minął kolejny koniec świata i nic się nie stało. Nie umieją zobaczyć niczego i mają niewielką moc sprawczą. Zaklinają rzeczywistość, ale im nie wychodzi. Nie umieją transerfować ;)

Gdyby mieli wgląd w przyszłość, to by zobaczyli, że koniec świata nigdy nie nastąpi. Nigdy. Są na świecie siły, które tego pilnują. Ludzie są tylko gośćmi na tej planecie, to nie jest ich własność.

Ogromna grupa oszustów promuje „zdrowe” odżywianie. To wielki przekręt, który zbiera żniwo. Przestałam odczuwać współczucie, gdy chorują i umierają osoby, które „zdrowo” się odżywiały, były fit itd. Wszystkie jadalne rośliny zostały zmodyfikowane, nie zawierają niczego dobrego. Upatrywanie w tym zdrowia jest oszustwem. Nie można zjeść zdrowia i nabyć go. Jabłko dla jednego jest korzystne, dla innego zabójcze. Zdrowy jest umiar, jedzenie nie różnorodne, a takie, którego potrzebujemy.

Niebawem bardziej rozwinę ten temat, bo ludzie zaczęli padać jak muchy i są zdziwienie, że „zdrowo” się odżywiali i zachorowali. Wystarczy przejrzeć na oczy.

Oszustwem są też normy, a zwłaszcza obniżanie poziomu cholesterolu. Dzięki temu chorych przybywa. Jest biznes. Wszyscy już wiedzą, że leki na obniżenie cholesterolu, czynią spustoszenie w organizmie. Znany jest przypadek naukowca, który zachorował na Alzheimera. Gdy przestał brać statyny jego organizm wrócił do równowagi i przestał chorować. Nakręcono film dokumentalny na ten temat, a jednak ciągle ludzie się na to łapią i sobie szkodzą. Na oszustwie można nieźle zarobić.

Oszustwem jest RODO. Państwo udaje, że chce nas chronić. Mam nowy tablet bez numeru, jedynie z kartą na internet. Nie mogę z niego dzwonić, ale rejestruję połączenia z Radomia, Katowic, Częstochowy, Łomży i Przemyśla. Ja nie znam swojego numeru, ale chwilę po włożeniu karty ktoś już wiedział, że jestem aktywna. Dostałam takie smsy:

  • proszę o kontakt w sprawie przesyłki 608949600,

  • brak kontaktu i ustalen w sprawie zadluzenia może już dziś spowodowac wszczecie dalszego postepowania windykacyjnego. Nie czekaj zadzwon i podejmij z nami wspolprace zanim Twoj dlug wzrosnie 717583760.

  • Stara Cyganka nigdy nie klamie! Masz przy sobie bardzo zla osobe! Jest zrodlem problemow i trosk! Podam imię to zaboli! Chcesz?

  • Informujemy, ze nie odnotowalismy wplaty za ubezpieczenie za miesiac 04.2018. Prosimy o sprawdzenie platnosci lu kontakt z infolinia 801404999.

To wiadomości z kilku dni zanim zrobiłam czarną listę i założyłam blokadę. Jakim cudem mój numer został udostępniony takim ludziom? Gdzie RODO, jak chroni nas przed nękaniem. Na nic nie wyrażałam zgody.

Naliczanie vatu też jest dziwne. Gdy kupujesz coś za 5 zł, to netto masz 4,06 i doliczają ci 0,94 vat. Weź kalkulator i sprawdź. 4,06 razy 23% to 0,93, czyli razem powinno być 4,99, a nie 5 zł. Kradną ci 1 grosz. Fałszuje się vat, żeby pasowało do brutto. Kiedyś ludzie byli mądrzejsi i zbudowali piramidy, nie oszukiwali. Teraz drogowcy nie umieją zbudować prostej i równej drogi. A, zapomniałam, że piramidy zbudowało ufo. Kolejne oszustwo, żeby ludzie nie zadawali pytań. Jesteśmy coraz głupsi i dajemy się oszukiwać.

Każde oszustwo opiera się na kłamstwie? Ciekawie o kłamstwie mówił Steiner Tu 112 lat temu.

Wg niego, na płaszczyźnie fizycznej kłamstwo jest kłamstwem, natomiast na płaszczyźnie astralnej jest to morderstwo.

W relacjach z drugim człowiekiem produkujesz pewną myśl. Ta myśl wypromieniowuje formę myślową. Jeśli twoja forma myślowa koresponduje i zgadza się z tym, to obie formy łączą się na płaszczyźnie astralnej i wzmacniają się nawzajem. W ten sposób wzmacniasz życie istoty, o której czy do której mówisz. Ale w przypadku nieprawdy, forma myślowa płynąca z twoich słów nie odpowiada temu, co wychodzi z samej rzeczy; formy zderzają się i niszczą nawzajem. Kłamstwo, nieprawda, ma więc niszczący życie, zabójczy wpływ na nich.

To teraz już wiadomo, dlaczego oszukiwani żyją krócej niż oszuści. Są po prostu mordowani na płaszczyźnie astralnej. Ma to bardzo duże znaczenie, bo wydarzenia na planie fizycznym mają swój początek w światach duchowych. Tam jest przyczyna skutków w naszym świecie.

Jeśli ktoś ci mówi, że jesteś bezpieczny, to wzmóż czujność. Możesz dać się oszukać, ale nie popełniaj ciągle tych samych błędów. Zawsze przychodzi otrzeźwienie i często można błędy naprawić. Nie daj się oszustom. Oni zabijają.

Oszustwo jest morderstwem, więc jest przestępstwem.

 

23:48, bajka107
Link Komentarze (3) »
niedziela, 22 kwietnia 2018

To był tydzień dziwnych wiadomości.

Pan w programie śniadaniowym powiedział, że trzeba walczyć z przesileniem wiosennym. I on właśnie napisał o tym książkę i ją poleca. Proponuję wyjść na spacer i sprawdzić, że wiosna już sobie poszła i nadeszło lato.

Bo latem chodzi się z gołymi nogami, w letnich sukienkach i w krótkich spodniach. Tak było dzisiaj. Nie czuję żadnego przesilenia. Jest ciepło, słonecznie, czyste niebo. Ludzie uśmiechnięci, weseli.

Zaklinać rzeczywistość trzeba umieć.

 

To jedno z ostatnich drzew w centrum miasta. Kamienica za nim jest ruiną, prawie się rozpada. Ale miasto będzie ją remontować z moich pieniędzy. Potem będzie stała i niszczała kilka lat, a potem znajdą się prywatni właściciele i ją sobie wezmą. Współczuję przyszłym mieszkańcom, bo nie da się wyremontować stęchłych murów, zaszczanych piwnic – wilgoć jest tylko zamaskowana, a ludzie będą chorować.

Zamiast remontować ledwo trzymające się mury, należałoby to wszystko wyburzyć. A najpierw zrobić fotki. Było minęło.

Dzisiejszy spacer dobrze mi zrobił. Za dużo pracy mam ostatnio. Trzeba go znaleźć, żeby pogadać z przyjaciółką o ważnych prywatnych sprawach. I wypić zimne piwo.

 



23:22, bajka107
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 kwietnia 2018

Obudziłam się dzisiaj o 3:38. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale 2-3 noce temu też obudziłam się dokładnie o tej samej godzinie. To się pamięta.

 

Zadziwiające. Czyżbym była zaprogramowana.

Nie ma reguły. Raz przesypiam całą noc, a niekiedy budzę się o różnych porach, w zależności od godziny położenia się. Obok łóżka mam szklankę z wodą. Czasem piję w nocy, czasem rano. Gdy o tym zapomnę to na pewno obudzę się w nocy spragniona. Powietrze w domu jest suche i nie pomaga wietrzenie.

Oczywiście 3:38 to nie pora na wstawanie, więc zasnęłam. Ciekawe, że od jakiegoś czasu nic mi się nie śni.

To chyba wpływ serialu Westworld. Tam padło takie zdanie, że sny nic nie znaczą. Ulegam wpływom. Skoro sny nie są ważne to po co śnić. Ciekawa jest koncepcja tego serialu. Są tam sztuczni ludzie, zw. hostami. Hosty są zaprogramowani, czasem się je poprawia. Potem to wcześniejsze programowanie się „odzywa” w formie przebłysków pamięci. Hosty przeżywają codziennie to samo, żyją w zaprogramowanej pętli. Czyż ludzie tak nie żyją? Dzień podobny do dnia, a czas upływa. Człowiek budzi się gdy jest już stary i patrzy wstecz na to co osiągnął.

W tym serialu przekazywane są interesujące treści. Jak choćby to, że można poświęcać pionka dla wyższych celów. Zawsze powtarzam, że dobro człowieka jest ważne tylko dla niego. Nikomu nie zależy na zwykłych ludziach, oni nic nie znaczą.

Osobowość hostów jest zaprogramowana i można ją modyfikować jak się chce. Człowiek też może sam siebie programować. Im więcej o sobie wie tym mu łatwiej panować nad sobą i kształtować swój los. Ja np. jestem leniwa, a mam taką pracę, że muszę pilnować terminów. Więc się sprężam na ostatnią chwilę.

Ostatnio moim celem jest nie dać się zeszmacić. Jeśli postępujesz właściwie to nikt cię nie będzie szantażował, bo nie ma czym. W serialu jest to fajnie pokazane.

Wszystko jest ustalone, zaplanowane, ale jeśli wiesz, że możesz to zmienić, to zrób to. Mówisz – masz - w czasie rzeczywistym.

Serial ostrzega: uważaj na miłych ludzi, bo mogą cię zaskoczyć. 80-letni A.Hopkins jak zwykle gra miłego potwora, a Ed Harris czaruje niskim głosem. Jak to dobrze, że u nas nie jest modny dubbing. Dolores też była miła, do czasu.

To co odróżnia ludzi od hostów to świadomość. Bez niej ludzie byliby szczęśliwsi, nie pamiętaliby złych chwil, nie mieliby poczucia winy.

Czy to nie opis naszego świata? Czasem mam wrażenie, że prawdziwych ludzi jest mało, większość to hosty, z którymi można zrobić cokolwiek.

Afera z FB nic nie zmienia. Klon szefa z pustymi oczami mówi, że zarabia na ludziach miliardy i nikt mu nic nie zrobi. A użytkownicy twarzoksiążki nadal biorą w tym udział. 2 miliardy marionetek dających się dymać.

Mało jest teraz ciekawych filmów. Przeraźliwie nudny La la land zdobywa Oscary, a Spielberg nie tworzy nic ciekawego, a wszyscy się zachwycają.

Bardzo ten serial wniknął do mojej świadomości skoro budzę się o tej samej godzinie. Może ja jestem hostem i nic o tym nie wiem ;)


Dodam jeszcze, że zmarł Milos Forman. Miał 86 lat. Dziękuję mu za film Hair, na którym zawsze płaczę i za film Lot nad kukułczym gniazdem, za pomysłowość i humor.

 

13.05.2018 r.

Po imprezie byłam mało czujna i obudziłam się o 3:38. Od razu mnie to otrzeźwiło.

O co chodzi z ta godziną?

 


23:30, bajka107
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 kwietnia 2018

Musiałam iść dzisiaj do klienta po rachunki. W ciągu 10 minut przechadzki dostrzegłam piękno świata wokół. Dzień był piękny, ciepły, słoneczny, letni.

Po co się śpieszyć. Warto rozejrzeć się dookoła i podziwiać naturę.

Zdecydowanie bliżej mi do królestwa roślin niż zwierząt. Boję się psów, a koty boją się mnie. Tego świata nie rozumiem.

Nie zauważyłam lecącego ptaka. Wepchnął się w kadr.

Już usiadł na gałęzi. Można poszukać na tej fotce, która miała pokazać majestatyczne szyszki.

Z roślinami umiem się porozumieć. I tak pozowały ;)

To nie zima :)

Zostałam poczęstowana ciastem, które wyglądało jak piernik lub murzynek. Było ohydne, bez smaku. Poszłam do łazienki i wyplułam. Po co się truć.

Okazało się, że to ciasto było bez ciasta. Bez jajek, bez mąki i bez czegoś tam jeszcze. Podobno karobowe. Nawet nie wiem co to znaczy. Nie polecam, chyba, że ktoś stracił zmysł smaku. Nawet teraz mam niesmak w ustach. Może odkazić się alkoholem ;)

To jakaś głupia moda, jedzenie bez glutenu, masło bez laktozy, owoce bez słońca, mleko bez mleka, bo czym jest mleko kokosowe przez 3 lata zamknięte w aluminiowej puszce.

Kiedyś spróbowałam smalcu wegańskiego. Nie smakował jak smalec, tylko jak papka bez smaku czegokolwiek. Lepiej nic nie jeść niż robić namiastki. Oj, może to się skończyć myśleniem bez mózgu.

Piękny dzień, zakończony deszczem. Bez tęczy ;)



23:08, bajka107
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 kwietnia 2018

Wzrok to ważny zmysł człowieka. Ostatnio przestałam widzieć skład różnych kosmetyków. Biorę produkt w sklepie i za nic nie mogę dostrzec maczkiem wypisanych składników. Robiłam fotki i powiększałam. Ale to męczące. Czy osoby z dobrym wzrokiem widzą ten maczek? Wszyscy noszą okulary i nie chcą sobie zawracać głowy takimi bzdetami.

Oni nawet zdjęć w smartfonie nie widzą bez okularów.

Poszłam do okulisty. Czekałam miesiąc, zleciało szybko. Oczywiście okulista był z polecenia. To ta kobieta, która za nic nie mogła znaleźć symptomów jaskry u mojej mamy. Poprzednia okulistka przez kilka lat wypisywała mamie krople do oczu. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Nawet wzrok się jej nie pogorszył. Nowa okulistka wysłała ojca natychmiast na operację zaćmy, choć poprzednia okulistka zaćmy nie widziała. Przecież to urządzenia badają, wystarczy tylko to zobaczyć.

Wzrok to ważny zmysł człowieka, więc warto iść do dobrego lekarza.

Byłam w wielki piątek, w poradni 1 osoba. Nie czekałam ani minuty weszłam.

Były tam 3 urządzenia. Usiadłam i odpowiadałam na pytania i po co tam poszłam.

Chciałam się przebadać i sprawdzić jaką mam wadę i po okulary do czytania. Od zawsze moje lewe oko widzi wszystko nieostre. Chodziła do okulistów w podstawówce, ale nie umiałam nosić okularów, bo i tak nie widziałam lepiej. Gdy jeden z lekarzy powiedział, że zezuję to pożegnałam się z nimi na zawsze, a okulary wyrzuciłam. Były ohydne, przyciemniane, źle dopasowane, kłuły mnie w nos i ściskały głowę.

Badanie na pierwszym urządzeniu – mam prawidłowe ciśnienie w oczach.

Badanie na drugim urządzeniu – mam astygmatyzm w lewym oku.

Badanie na trzecim urządzeniu to chyba na ostrość widzenia, obserwowałam domek w różnych ostrościach. Potem jeszcze tablica Snella na podświetlanym ekranie. Prawe oko widziało wszystko, lewe nic. Potem jeszcze dobór soczewek na każde oko, czytanie z tablicy w rękach. Na lewe oko musiałam wybrać takie szkło, które choć trochę polepszało mi widzenie. Zapytałam jeszcze o krople do oczu. Biorę czasami jak jestem zmęczona i mam popękane żyłki. Okazało się, że wybrałam najgorsze z możliwych. Dostałam receptę na krople bez konserwantów, łagodne, idealne dla mnie. Wyszłam po 10 minutach. Wiedziałam wszystko, pełen profesjonalizm.

Za to badanie lekarz, czy przychodnia dostało 58,50 z NFZ. 10 minut pracy specjalisty, amortyzacja 3 b.drogich urządzeń, czynsz i inne.

Skąd to wiem? Jest taka strona, na której rejestrowane są wszystkie wizyty u lekarzy – ZIP

Zarejestrowałam się tam w 2009 roku. Są tam moje wizyty w szpitalu, jak złamałam nadgarstek, potem rehabilitacja, są też wizyty po skierowania na badania krwi. U mnie to 4 strony wizyt na kwotę 554,49. W tym czasie wpłaciłam 30 tys. składek zdrowotnych. Czyli skonsumowałam 1,85% tego co wpłaciłam. Reszta poszła nie wiadomo gdzie.

Pieniędzy w systemie jest ogromnie dużo, ale idzie nie wiadomo gdzie. Łatwo policzyć, bo wiadomo ile osób pracuje, jaka jest ich średnia płaca, potem jeszcze liczba emerytów i też 9% do puli wpłacają. Nikt się z tego nie rozlicza, tylko rzuca hasło, że mało. To nieprawda.

Potem jeszcze wizyta w sklepie. Okropne przeżycie. Okularów jest pełno, ale nie dla mnie. Chciałam jak najmniejsze i najlżejsze i nie druciane. Moje ciotki miały druciane, więc nie chciałam wyglądać jak one. Pokazano mi chyba z 15 rodzajów, już chciałam uciekać i zrezygnować, ale w końcu znalazły się jedyne w sklepie. Nie mogłam wybrzydzać co do koloru, bo nie było wyboru. Okulary są lekkie, oprawki plastikowe, wąziutkie zauszniki i zdecydowanie tylko do czytania. Zrobione w 3 dni.



Nikt nie będzie mnie w nich oglądał, bo to tylko do czytania. Chyba, że w sklepie.

Będzie mi się trudno przyzwyczaić, bo po kilku minutach noszenia miałam zawroty głowy. Nie mogłam machać głową w różne strony, bp dostawałam oczopląsu.

Jak można lubić chodzić w szkłach?

Całe życie patrzyłam jednym okiem. Mam doskonałą akomodację, widzenie w ciemności, widzenie daleko i blisko, ale nie za blisko. Na pełnych obrotach pracuje tylko jedno oko. Dbałam o nie, ale niewystarczająco, skoro nie moge przeczytać drobnego maczku.

To dzięki ćwiczeniom dra Bates'a. Często robię palming i ćwiczenia gałek. Trzeba patrzeć w górę i w dół, w prawo i w lewo, potem po przekątnych i krążenia raz w jedną raz w drugą stronę, a potem to samo przy zamkniętych powiekach. To pomaga, czego jestem dobrym przykładem. Teraz wezmę się za astygmatyzm. Dobrze, że wiem co mi jest, to będzie łatwiej.

O palmingu też już pisałam w 2013 roku tu Dobry-wzrok To jest doskonałe ćwiczenie.

Astygmatyzm to krzywe oko, źle ogniskuje, dlatego nie ma ostrości widzenia. Od rodziców dowiedziałam się kiedy mi się wzrok popsuł. Miała 2 miesiące i rodzice poszli do ciotki z wizytą. Mnie zawiniętą w poduszce położyli na łóżku w innym pokoju. Po jakimś czasie weszli do pokoju, a ja byłam na podłodze. Czy 2 miesięczne dziecko się rusza? Musiała mnie ciotka zrzucić. Być może wtedy uszkodziła mi to oko. Małe dzieci są bardzo wrażliwe. Wszystkie organy się rozwijają i trzeba bardzo uważać, nie trząść dzieckiem, albo wózkiem, bo mogą pojawić się mikrourazy. Nie biega się z dzieckiem. Dziecko trzeba chronić, aż samo będzie umiało o siebie zadbać. Dzieci celebrytów mają przerąbane, bo traktuje się je jak produkt. A to przecież człowiek tylko malutki.

Wrócę do moich książek o dbaniu o wzrok, bo wiem czego mi potrzeba.

Badanie wiele mi wyjaśniło. Warto było pójść.

Nie przewiduję chodzenia w okularach po ulicy.



poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Wczorajszy badziewny wpis był wstępem do dzisiejszego.

Gdy jesz pączki nie stajesz się pączkiem. Przyzwyczaiłam się, że celebryci to pustaki i powtarzają co im każą. Sprzedają ludziom dziwne teorie. Ciągle powtarzają, że człowiek jest tym co zje. Niech błądzą.

Miarka się przebrała gdy zobaczyłam taki napis w miejscu, które codziennie odwiedzają tłumy ludzi.

Czyli jesz pączki to jesteś pączkiem. Odkrywcze. Bezmyślne i uziemiające. Dlaczego ludzie się nie buntują?

Jestem podatna na wpływy, ale zawsze sprzeciwiałam się takiemu sformułowaniu. Przeważnie nie umiałam bronić swego zdania, nie umiałam wyjaśnić o co mi chodzi.

Takie stwierdzenie uwłacza człowiekowi, jest złe i kierunkuje uwagę tylko na ciało.

Czytam wykłady Steinera. Na wyrywki, o różnych rzeczach. Ciekawe, że jego szkoły waldorfskie są znane, podobnie jak i uprawy biodynamiczne. A resztę znają tylko nieliczni.

Korzystam z tej strony Lectures/Dates To są wykłady, a można też poczytać artykuły. Nawigacja prosta. Wybieram losowo jakiś rok i czytam. Zawsze trafiam na wykład o tym co mnie akurat interesuje. Tłumacz działa dobrze, wszystko jest zrozumiałe.

I właśnie on świetnie wytłumaczył co znaczy to powiedzenie. (GA 68 oraz S-5852, S-5854) Zrobił to na wykładzie 109 lat temu 8 stycznia 1909 roku w Monachium i na innych późniejszych.

W XIX wieku żył filozof niemiecki Ludwig Andreas Feuerbach, któremu przypisuje się zdanie: "Człowiek jest tym, co zje". Najpierw był uczniem Hegla, a potem jego krytykiem. Mówił też, że Polityka musi stać się naszą religią. Jasnowidz jakiś. Filozofowie mieli i mają ogromny wpływ na ludzi. Co jest z ludźmi, że sami nie myślą, tylko słuchają filozofów. Nawet gdy plotą bzdury. Ich zadaniem jest kształtować bezmyślną szarą masę ludzkich bytów, im głupszą tym lepiej sterowalną.

Ludzie podchwycili to powiedzenie (albo im to umiejętnie zasugerowano), ale nie zdają sobie sprawy, że człowiek to nie maszyna przetwarzająca jedzenie. To wybitnie materialistyczne podejście.

Człowiek jest nieśmiertelną duszą w śmiertelnym ciele. Ciało jest miejscem, w którym przebywa dusza tu na ziemi. Nie ma innej możliwości, żeby doświadczać życia. Ciało ludzkie jest narzędziem ducha.

Człowiek nie jest jedzeniem, nawet przetworzonym.

Ciało jest instrumentem, którego używa człowiek do różnych celów. Instrument musi być odpowiednio ustawiony, żeby działał w uporządkowany sposób.

To nie maszyna, do której z jednej strony wkładamy coś, mielimy i drugą stroną wychodzi coś innego. Nie jesteś maszynką do mięsa, albo maszynką do lodów.

Człowiek wybierając odpowiednie dla siebie pożywienie nie jest uzależniony od ciała, ciało ma go wspierać w różnych działaniach, a nie przeszkadzać.

Ważne jest co musimy jeść, abyśmy nie byli jedynie produktem tego, co jemy? Musimy wiedzieć jakie jest podstawowe zadanie jedzenia i w jaki sposób jest ono faktycznie wykorzystywane w organizmie.

Bezustannie postępuje oddzielenie ciała od ducha i skupianie się na fizyczności. Mami się ludzi, że jedząc „zdrowe” (wg kogo?) jedzenie człowiek będzie dłużej żył w zdrowiu. A to jest kłamstwo. Nie ma takiego przełożenia. To samo z ćwiczeniami. Ludzie, którzy żyją ponad 100 lat w ogóle nie ćwiczą. To sportowcy umierają w młodym wieku, nagle, bez wyraźnej przyczyny.

W życiu ważna jest równowaga, harmonia, homeostaza. Ciało ma nam długo służyć i powinniśmy o nie dbać, a nie je maltretować. Ludzie są zahipnotyzowani i odmieniają „zdrowe jedzenie” na różne sposoby. Co to znaczy zdrowe – bez robaków, czy bez niczego, czy przebadane przez lekarza. Chory po zjedzeniu „zdrowego” posiłku nie wyzdrowieje. A nawet to „zdrowe” może mu zaszkodzić. Po co ludzie łykają suplementy, jak one nie działają.

Moda na jedzenie jest fantazją. Strony o odżywianiu powielają slogany, wszyscy piszą o tym samym, nie wnikając w oddziaływanie jedzenia na ciało człowieka. Ludzie stygmatyzują się. Ten jest wegetarianinem, a ten wege. Czy to mówi coś o człowieku? Ostatnio weganka zabiła kilka osób w siedzibie YT. To była niezadowolona weganka. Co to niby ma znaczyć? Po co takie określenie dla człowieka, czy to miało wpływ na jej działanie. Jadła rośliny to była rośliną?

Wegetarianizm bez duchowego dążenia prowadzi do chorób. Nie chodzi o powrót do natury, ale o naturę do ducha. Wege może stać się człowiek, który traci ochotę na inne pożywienie. Kto się przymusza, tego trawi niezaspokojona potrzeba, ma ciągłe pragnienia.

Była taka moda raw food, której uległam. Obejrzałam kilka filmów propagandowych i bez namysłu zaczęłam żywić się sałatkami. Wyszło mi to bokiem. Był środek lata, a ja chodziłam w grubych swetrach, bo było mi zimno. Kłania się brak wiedzy o trawieniu. Organizm, żeby strawić surowizny musiał wydatkować ogromne ilości energii. Wszystko szło na trawienie. Dlatego było mi zimno. Podziałało to na mnie jak kubeł zimnej wody. Przestałam na długo patrzeć na surowe sałatki. Zorientowałam się, że to co piszą guru od jedzenia to mieszanka prawdy i kłamstwa. Nikomu nie zależy na moim zdrowiu. Mam być tylko ich klientem.

Najlepsze dla człowieka jest pożywienie w temperaturze 36,6 stopni. Podgrzewając jedzenie pomagamy swojemu układowi trawiennemu strawić pożywienie i wyciągnąć tylko to co jest nam potrzebne. Nigdy nie trawimy całego pożywienia. Jedząc jajka nie będziemy kurami.

Pewnie, że najlepsze dla człowieka jest pożywienie roślinne. Już 100 lat temu ludzie zauważyli, że nawozy niszczą szkodniki, ale też osłabiają wartość odżywczą roślin. Teraz jest jeszcze gorzej.

Ludzkie ciało zawsze pragnie tego czego potrzebuje. Wiedzą to dzieci, ale nie mają szansy jeść tego co dla nich dobre. Są wytyczne książkowe, internetowe i przekonania rodziców, które zaburzają naturalną zdolność do prawidłowego odżywiania. Mam kuzynkę, która od dziecka lubiła mięsko. Je je zresztą prawie codziennie do dzisiaj i ma się dobrze. Bo to jest jej potrzebne. Moja jedna babcia lubiła tłuszcze, tłuste mięso, golonki itp. Nie mogłam na to patrzeć, odrzucało mnie. Babcia dożyła 88 lat w dobrym zdrowiu. Jadła to co jej było potrzebne. Dobrze trawiła tłuszcze zwierzęce. Tłuszcze działają szczególnie na serce i naczynia krwionośne, tętnice i żyły, a babcia nigdy na to nie chorowała. Zgadza się teoria z praktyką.

Rośliny i ludzie nie mogą bez siebie żyć. Dobrze to widać podczas oddychania.

Całe ciało składa się z węgla (jak również innych substancji). Węgiel tworzy się w ludzkim ciele. Człowiek wdycha tlen z powietrza, tlen rozprzestrzenia się przez całą jego krew; w jego krwi ma węgiel i wydycha dwutlenek węgla. Wdychasz tlen, wydychasz dwutlenek węgla. A rośliny odwrotnie.

Można powiedzieć, że człowiek to kupa czarnego węgla! (to słowa Steinera ;)

Ludzie chorują, bo nie panują nad własnymi myślami i jedzą niewłaściwe dla siebie pożywienie. Żeby być zdrowym musisz mieć wiedzę, albo ufać swojej intuicji, jeśli jeszcze nie została pogrzebana. Tylko ty wiesz jak się czujesz po zjedzeniu czegoś, czy ci to służy. Nie słuchaj nikogo, tylko siebie. Albo dołącz do bezmyślnej masy, która będzie żyła za krótko.

Bądź zdrów.



niedziela, 08 kwietnia 2018

Pączki są do jedzenia. Głodnemu pączek na myśli.



Moje pączki pojawiły się na drzewach, bo wiosna dawno już przyszła. Idzie lato.


Fotka z nowego tabletu. Słaba jakość.

Ostatnio w moim mieście pojawiły się pączkarnie. Na oczach ludzi robi się pączki z różnym nadzieniem i podaje świeże, dopiero co wysmażone. W niektórych takich punktach są nawet kolejki po te gorące „cuda”. Człowiek potrzebuje cukru, ale nie w takiej postaci. Nie mam ochoty ich kupować. A jednak w tłusty czwartek ulegam manipulacji. W tym roku zjadłam chyba ze 4 plus faworki. Jeśli słyszysz: „zjedz, to na szczęście”, to ulegasz i dla świętego spokoju jesz coś co jedzeniem nie jest. Koniec z tym.

Pączki won. Mówię NIE namiastce jedzenia.



22:27, bajka107
Link Komentarze (1) »
sobota, 31 marca 2018

Okna umyte, podłogi wypastowane, wszystko wyprane, w domu pachnie czystością, lodówka pełna jedzenia. To dobry czas na świętowanie.

Tylko czego? Nie rozumiem tych świąt. W ubiegłym roku Jezus zmartwychwstał 16 kwietnia, a w tym roku 1 kwietnia. O co chodzi?

Dekoracje stare, kwiaty nowe, jajka tygodniowe.

Miłego świętowania nadejścia wiosny i odejścia zimy. Dni są dłuższe, więcej światła, więcej życia i pogody ducha.

Bądźmy dla siebie mili, cokolwiek świętujemy.



 

23:21, bajka107
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Archiwum
bajka107@gazeta.pl