Życie to wszystko co mam :
czwartek, 31 grudnia 2015

Ostatni dzień roku. Coś się kończy, coś zaczyna. Samo życie.

Przychodzą mejle i MMSy z życzeniami, a ja wyrzucam stare i niepotrzebne rzeczy. Wpadła mi w rękę książka dla dzieci. Stara i duża (29 cm długa), wystawała spośród innych książek. Otworzyłam, a tam dedykacja.


Zupełnie o tym nie pamiętałam i na pewno do niej nie zaglądałam od dawna. Przejrzałam wierszyki. A tam taki oto wierszyk. C.d. ostatniego wpisu.


Reszta wierszyków w podobnym stylu. Zupełnie nie dla dzieci. Straszna i mierna. Nie poeta, a wierszokleta. Skąd pomysł na taką książkę?

Nie wyrzuciłam jej. Na razie. Wyrzuciłam natomiast stare katalogi z ikei. Od razu zrobiła się wolna przestrzeń. W tak symbolicznym dniu dobrze jest przetrzeć wszystkie lustra w domu wodą z octem. To nie magia, to logika. Niech w nadchodzącym roku odbija się coś nowego. Stare poszło i nie wróci. Idzie nowe, ciekawsze i dla nas lepsze.


Gdy nic się nie dzieje to ogarnia nas marazm, zasypiamy. Każdy dzień wydaje się podobny jeden do drugiego. Szybko mijają kolejne dni w roku. A przecież każdego dnia spotykamy ludzi. Co z tego, że tych samych. Ale przecież oni każdego dnia mogą czuć się tak samo jak my – nijako. Może w nadchodzącym roku warto to zmienić. Dostrzegaj codziennie coś nowego, nawet maleńkiego. Przecież pogoda i chmurki na niebie ciągle się zmieniają. Codziennie są, ale inne. Skopiuj to do własnego życia. Bądź uważny, nie zasypiaj często, żyj. Bo wszystko co mamy to właśnie nasze życie.

Nie bądź jak pionek na szachownicy.


Wszyscy chcą tobą rządzić, chcą cię rozstawić po kątach, przesuwać. Zatrzymaj się, zastanów i idź swoją drogą.

Pomyśl, co możesz zmienić w swoim życiu, żeby było ciekawiej, żeby czas nie przeciekał.

Pomyśl, co ma się wydarzyć w przyszłym roku korzystnego dla ciebie. I powiedz to, niech uleci z wiatrem. I zapomnij. Nie pragnij, nie chcij za bardzo. Znowu czytałam prasę kobiecą ;)))


A będzie dobrze, cokolwiek to znaczy :)

Umyj lustra, wyrzuć śmieci, umyj podłogi, wywietrz mieszkanie i baw się :)

 

 


wtorek, 29 grudnia 2015

Dziwne uczucie patrzeć jak woda płynie uliczkami, po których spacerowaliśmy na początku października tego roku.

Zwiedzaliśmy York, miasteczko w UK. Miasto położone jest nad dwiema rzekami Ouse i Foss. Często rzeki wylewają, są podtopienia, ale nie tak jak podczas tych Świąt.

Napis mój, bo ucięłam legendę.

Przejrzałam zdjęcia i znalazłam kilka z miejsc, które teraz są pod wodą. Dziwnie tam są zbudowane domy. Nie buduje się tam fundamentów na metr wysokich jak u nas, tylko na ziemi. Można spokojnie wejść przez okno do domu. Widać co się dzieje w mieszkaniach. Trudno się przyzwyczaić. Ale tam jest raczej ciepło cały rok, więc chyba jest to uzasadnione.

Starałam się nie robić fotek ludziom i są to tylko pasujące fragmenty.

Teraz już nie ma stolików, przy których siedzieliśmy. Dobrze widać poziom wody.

Zatopione tablice z menu, bo woda sięga skrzynek z kwiatami.

W Cliffords Tower byliśmy na górze, ale to pozostałość po więzieniu, niska energia. Woda nigdy nie sięgnie wieży.

York to przepiękne miasteczko ze specyficznym klimatem, którego nie oddają zdjęcia. Chodziliśmy po murach (zbudowanych w 1220 r.), które mają 13 km. Piękne widoki na miasto. Tu akurat widok na Katedrę (jej zrobiłam najwięcej fotek). Wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy w XIII wieku, w starych strojach. Trochę musiało być tam ciasno, wąsko. Doszliśmy do wniosku, że kobiety tam nie chodziły, tylko żołnierze czy wartownicy. Mury są w bardzo dobrym stanie, pamiętają wszystko, nas też zapamiętają. Patrzyliśmy na drzewa, które zasadzono lata temu i co one widziały. Tam teraz woda nie sięga.

A najpiękniejsze były ogrody, czy park miejski - Museum Gardens.

Bardzo piękne ogrody, zadbane. Można siedzieć czy leżeć na trawie bez obawy, że są tam psie odchody. Nie ma żadnych zdjęć, czy one też zostały zalane. Ale kto by się tym przejmował :(

Kto mieszka w UK, a nie był w Yorku to jest dziwny. Polecam, ale raczej na 2-3 dni, bo wtedy można dużo zobaczyć i poczuć niesamowitą energię. To tak jak być Polakiem i nie być w Krakowie.

Ale jest różnica, bo w Yorku nie ma wieżowców, czy drapaczy chmur jak w kolonii brytyjskiej zwanej Nowym Yorkiem. Całe miasteczko wygląda jak skansen, ale mieszkają tam zwykli ludzie. Nie wiem jak wygląda wieczorem czy nocą.

Jak ulice wyschną, posprząta się śmieci to znowu będzie pięknie.

Wysyłam im słoneczko ;)

 

 


czwartek, 24 grudnia 2015

 

Miłego spędzenia Świąt w gronie rodziny i przyjaciół :)

 

 




wtorek, 22 grudnia 2015

A ludzie dziwnie się zachowują. Niektórzy już świętują. Dzisiaj rano w sklepie ekspedientki chichrały się. Obsługiwały klientów, ale wyraźnie coś je bawiło. Pojawił się facet, który je zabawiał i podawał towar. Gdy weszła za mną kobieta i powiedziała dzień dobry, to ten odpowiedział, że był dobry zanim się pojawiła. Paniusie ryknęły śmiechem. Ostry dowcip.

Nie czuć było od nich alkoholu, więc się inaczej najarały.

Dzisiaj widziałam mnóstwo piesków na smyczach, ale żadna kupa nie została zabrana z trawników. Syf powoli się rozkłada. Nikt nie czuje się za to odpowiedzialny. A ludzie mówią, że kochają pieski.

Miasto po każdym remoncie jest coraz brzydsze i coraz trudniej się przemieszczać. Ulice są zwężane, ludzi coraz mniej, a korki są. Miasto jest dla starych ludzi i meneli. Na ulicach niby nowe ławki, nowe lampy, ale stylizowane na XIX wiek. Zalatuje starością na każdym kroku. Starcy projektują dla starych z sentymentami. Wiaty przystankowe są dziwnie wyprofilowane, że gdy pada deszcz to idealnie leje na stojących pod ukośnym daszkiem. Miejsca do siedzenia jest dla 2 osób. Tablice  informacyjne nie dość, że brzydkie to jeszcze są awaryjne, bo pada deszcz, bo pada śnieg (kiedyś), bo temperatury pow. 25 stopni, albo poniżej zera. Brzydota na każdym kroku. Mamy XXI wiek, a czas się cofa. Pora rozejrzeć się za ciekawszym i pięknym miejscem do życia.

Dlatego teraz patrzę w górę na niebo. Jest o niebo ładniejsze niż wytwory człowieka. Piramidy na pewno nie zbudował człowiek.

Te chmurki mogą inspirować. Nigdy nie będą takie same, co minuta inne.

I jeszcze obiekt zwany księżycem.

Księżyc wygląda jak hologram. Jest płaski i dlatego zawsze wygląda tak samo. A gdzie jest źródło nadawcze? Przecież skądś musi być wyświetlany. Oczywiste jest, że nie było żadnego lądowania w 1961 roku, bo jak lądować na obrazku. Minęło ponad 50 lat, a nie latamy tam na wycieczki, choć komputery mamy lepsze. Program kosmiczny nazwano Apollo. To grecki bóg piękna, światła, życia, zarazy, śmierci, muzyki, wróżb, prawdy, prawa, porządku, patron sztuki i poezji – czyli taki misz-masz. Księżycowi przypisuje się sterowanie wodą na naszej planecie, czyli gdyby go zabrakło, to jak zachowywałyby się morza i oceany? Czy gdyby nie było księżyca to zniknęłyby emocje u ludzi. Od razu byłby spokój, bo podczas pełni w szpitalach psychiatrycznych wzrasta zużycie środków uspokajających. Ludzie byliby spokojni jak roboty.

Wczoraj oglądałam fragment Galileo o fabrykach, w których pracują roboty. I tam jest ciemno, bo roboty nie mają oczu do patrzenia, a doskonale wiedzą co mają robić. Światło nie jest im potrzebne.

Zanim ludzie zostaną wymienieni na roboty to proszę się uważnie rozglądać po tym pięknym świecie. Robotów nic nie interesuje, pracują, nie mają urlopów, nie idą na papieroska, nie plotkują, nie spiskują.

Do nich należy przyszłość.

 

 


niedziela, 20 grudnia 2015

Znalazłam się w środku nocy na jakimś balu. To był zamek z ogromnym tarasem. Wyszłam na ten taras. Była jasna noc. Niebo ugwieżdżone. Pomyślałam, że tu widok jest ciekawszy niż na balu.

Patrzyłam z otwarta buzią na spadające gwiazdy. Ale dziwnie spadały, bo robiły takie zygzaki.

Jedne gwiazdy spadały normalnie z góry na dół pod kątem, a inne zygzakami. Gdy inne osoby z balu też wyszły na taras, gwiaździsty deszcz się natężył. Było widniej niż w dzień.

A po chwili na niebie zaczęły pojawiać się i znikać różne wzory matematyczne. To wyglądało tak, jakby ktoś zaczynał pisać jakiś wzór, nie kończył go, wzór znikał. A potem obok pojawiał się inny wzór i niedokończony znikał. Takich wzorów pojawiło się ok. 20.

Zaczęłam wątpić w to co widzę. Bo przecież nikt nie może sobie rysować po moim niebie cokolwiek. Gdy zerknęłam na innych ludzi na tarasie i chciałam się z nimi podzielić wątpliwościami na temat tego zjawiska, to okazało się, że oni niczego nie widzą. Gapią się w niebo, bo ja się tam gapię. Usiłują dostrzec to co ja, ale nic nie widza. Widzą tylko moją podekscytowaną twarz i nie wiedzą dlaczego taka jest.

Jak mogli niczego nie widzieć?

Przestałam się nimi interesować. Zauważyłam, że te gwiazdki z nieba, które spadły na taras znikały, a pojawiali się ludzie. Ludzie byli inni niż zwykli. Oni byli piękni, zadowoleni, uśmiechnięci, współczujący, kochający, rozświetleni od wewnątrz cudowni. Wokół mnie zrobiło się bardzo jasno. Zwykli ludzie zniknęli i zostali tylko ci piękni. Obudziłam się.

Akurat ten sen jest łatwy do interpretacji. Moja przemiła podświadomość przypomina mi o egzaminie na kursie kosmologii. Wysłuchałam wszystkich wykładów, wysłałam testy i prace domowe, a teraz czas na egzamin. Jeszcze nie zaczęłam, bo w ciągu dnia ciągle ktoś coś chce. Do egzaminu mogę podejść dwa razy, ale szukam godzinki żeby go zrobić i wysłać. Mam czas do końca roku.  Wynik chyba można przewidzieć ;)

 

Przy okazji snu przypomniało mi się to co pisał Św. Augustyn – wprowadzenie do Psalmu 53,2.

Czym jest sen duszy ?

Bóg dał nam sen ciała dla tej przyczyny, abyśmy mogli zabezpieczyć cielesne zdrowie. Bez tego snu ciało zajęte nieustannie wieloma zajmującymi czynnościami mogłoby znacznie osłabnąć. Tak zatem sen ciała jest czymś dobrym.

Musimy jednak uważać, by nasze dusze nie posnęły, lecz wyglądały Boga. Gdyż sen duszy jest zapomnieniem o Nim. Tak zatem sen duszy jest złem.

 

Śpi moje ciało, a nie dusza.

 

 


19:29, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 grudnia 2015

Gdy człowiek zachoruje na poważną czy ciężką chorobę to myśli, że jak zmieni dietę, weźmie tabletki, czy napije się ziółek to wyzdrowieje.

Do wyzdrowienia potrzebny jest czas. Zwykle dość długo trwa powstawanie choroby. Nic nie dzieje się szybko. Owszem były niepokojące sygnały, ale przecież trzeba iść do pracy, ignoruje się znaki.

W rodzinie często wszyscy jedzą to samo, a tylko jedna osoba choruje. Tak jak w moim domu zachorował tylko ojciec. Często po jedzeniu miał zgagę i pił wtedy sodę oczyszczoną. Aż dostał zapalenia otrzewnej i trafił pierwszy raz na stół operacyjny. Sody już nie pije, zresztą nikomu tego nie polecam.

Po raku prostaty mój ojciec nie tylko stara się zmienić swoje postępowanie i odzywki, ale też wzmacnia swoją odporność. On wie, że nikt go nie wyleczy. On sam musi zadbać o swoje zdrowie.

Zioła wspomagają organizm, ale nie leczą.

Mój ojciec stosuje herbatki z mieszanek ziołowych wymyślonych i przetestowanych przez ojca Klimuszko. On już nie żyje, a wielu autorów ukradło jego receptury i podaje jako swoje.

Herbatka wspomagająca organizm wyniszczony przez chorobę nowotworową. Ojciec zaczął ją pić po raku nerki.

Gdy po 10 latach zachorował na raka prostaty zaczął pić też specjalną nalewkę, którą nazwałam herbatką ;)

Po operacji prostaty częstym powikłaniem jest nietrzymanie moczu, czy przetoka. Nie mam pojęcia co to jest, ale chyba nie muszę się na tym znać.

Człowiek po raku musi dbać o dobry stan swojego organizmu. W razie czego nasze ciało jest mądre i sobie poradzi, tylko trzeba mu dać czas i wspomóc je, np herbatkami. Od ostatniego raka minęły już chyba 4 lata i jest dobrze.

Może komuś się przydadzą te przepisy. Zdrowie i długie życie są najważniejsze.

A słońce nieustannie pojawia się na moim niebie.

 Święta coraz bliżej :)

 

 

sobota, 12 grudnia 2015

Stałam przed lustrem i patrzyłam na siebie. Miałam długie, gęste, brązowe włosy. Wiedziałam, że nie mam takich i próbowałam je ciągnąć. Ale to nie była peruka. Jednak to były moje włosy. Miałam wrażenie, że byłam tuż po farbowaniu. Ale nie wiem czy zrobiłam to u fryzjera czy sama w domu. Oglądałam te włosy i podziwiałam. Przeczesywałam je ręką, żeby zobaczyć dobrze kolor. Pod warstwą ciemnobrązowych włosów była część czarna jak smoła, a bardziej pod spodem za uszami włosy były fioletowe.


Pomyślałam, że to jakaś kiepska farba, że mam włosy w kilku kolorach. Dobrze, że są chociaż gęste i długie.

Nigdy nie robiłam problemu gdy włosy ktoś mi źle przyciął lub ufarbował. Przecież odrosną. W rzeczywistości mam włosy do ramion, koloru jasnobrązowego z balejażem.

Gdy się obudziłam to chciało mi się śmiać. Nie ma już innych tematów do marzeń sennych? Dlaczego nie ma snów fabularnych, tylko krótkie dziwne sytuacje.

 

Z niczym nie mogłam połączyć tych włosów, więc sprawdziłam znaczenie takiego snu w necie.

Zgodnie z Prawem małych liczb, gdy szukasz jakiejś zależności i prawidłowości to znajdziesz. Znalazłam dość szybko.

  • włosy rozpuszczone i piękne to oznaka wolności, mądrości i mocy (to chyba nie o mnie)

  • włosy czarne symbolizują smutek, depresję i zbyt czarne myśli (to już bardziej pasuje do mojego nastroju)

  • włosy fioletowe – masz poczucie bezsilności, nic nie dzieje się po twojej myśli (trafione ;)

Włosy to symbol siły życia i przedstawiają aktualny stan duszy. Teraz mam taki właśnie, fioletowy.

 

 


23:23, bajka107 , Sny
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 grudnia 2015

Zawsze łatwiej jest pisać o osobach, których już nie ma. Wychodzą wtedy na jaw różne rzeczy na ich temat i łatwiej zrozumieć jacy byli naprawdę.

Ostatnio przeczytałam kilka wypowiedzi znanych osób i musiałam coś o tym napisać.

Znane osoby z upodobaniem udzielają wywiadów i opowiadają różne rzeczy o sobie. Często też ujawniają swoje choroby. Nie mam pojęcia w jakim celu, bo to dobre dla nich nie jest.

Dawno temu uważano, że pierwszą przyczyną choroby są warunki zewnętrzne. Zagrzybione mieszkania, ciężka praca na zmiany, powodowały reumatyzm, artretyzm czy lumbago. Teraz warunki się poprawiły, a ludzie nadal chorują na te choroby. Jeśli ktoś mieszka w Czernobylu lub blisko wysypisk śmieci to będzie miał problem ze zdrowiem. Nie pomoże żadna dieta i ćwiczenia.

Podstawową przyczyną wszelkich chorób są emocje i nasze myśli o sobie samym.

Wiele chorób widać w naszym ciele i znając ich źródło łatwo można się ich pozbyć.

U Olafa Lubaszenki wyraźnie widać ranę upokorzenia przez maskę masochisty.

Kiedyś był szczupłym i zdolnym człowiekiem.

"Przez pewien czas aktor kontrolował swoją masę ciała." Lubaszenko

Czyż nie pisałam o tym w notce o maskach? Człowiek nie może kontrolować się całe życie. Gdy ujawnia się jego właściwa osobowość, wtedy ciało się zmienia.

Otyłe osoby są bardzo wrażliwe (bez tej cechy trudno być artystą). I tyją, żeby się otoczyć ochroną, tłuszczem. Przez ten tłuszcz nikt się nie przebije, żeby zranić. Takie osoby mają trudność z dotarciem do siebie, nie wiedzą czego tak naprawdę chcą. Wtedy może pojawić się depresja. Bo jaki ja mam cel w życiu skoro nie wiem do czego jestem zdolny, nie wiem co robić, w którą stronę pójść. Najlepiej zamknąć się w domu, bo wtedy nikt cię nie skrzywdzi. Jesz dużo, bo nie chce ci się już tego kontrolować. Olaf teraz zrzuca kilogramy. I do czego to doprowadzi? To są działania zewnętrzne, skutek choroby duszy, a nie przyczyna. Zabrał się za siebie od końca. A nie prościej cofnąć się do dzieciństwa i przypomnieć sobie kto i z jakiego powodu nas upokarzał, uświadomić to sobie i powiedzieć, że już mnie to nie boli, było, minęło i tylko mi szkodzi. Wybacz jej i sobie. Osoba, która upokarza nigdy nie choruje, żywi się energią osób, które krzywdzi.

Jeżeli Olaf tego nie zrobi zobaczymy efekt jojo. Wszyscy (z kilkoma wyjątkami) biorący udział w spektakularnych metamorfozach telewizyjnych na całym świecie mają nawrót do tuszy. Bo nic nie zrobili dla swej duszy, rana ciągle w nich tkwi. Można się bronić przed tym uruchamiając maskę kontrolującego. To takie skomplikowane, a przecież klucz do zdrowia jest prosty. Wystarczy tylko go zastosować. Olaf zrzucił kilkadziesiąt kilogramów i się uśmiecha. Nadrabia miną, bo widać, że skupia się nad ciałem. Jak mu nie wyjdzie, to zwali wszystko na depresję i nie będzie się musiał wysilać.

Zobaczymy co będzie.

Kolejna osoba, która ostatnio ujawniła swoją chorobę to Anita Lipnicka. Oznajmiła ostatnio, że może już umrzeć, ale żal jej dziecka. Więcej tu Lipnicka

Trzy lata temu zdiagnozowano u niej guza ślinianki przyusznej. Więc go wycięto. Gdy nic więcej nie zrobiła ze sobą, to jak zamiatanie pod dywan. Choroba wróci i wróciła. Wzięła życie "w swoje ręce" czyli bez przerwy koncertuje. To jakby chciała zagłuszyć głos w niej, że może pora zmierzyć się z emocjami. Jest szczęściarą, bo choroba ma konkretne miejsce. Łatwo znaleźć przyczynę. Choroby w obrębie szyi to problemy z porozumieniem się, szczęka to złość, uraza, żądza odwetu. Co spowodowała choroba? Czy są problemy z gryzieniem to osoba powstrzymuje się przed korzystaniem w pełni z życia i za własnymi pragnieniami. Jeśli osoba ma problem z wypowiadaniem się to gromadzi w sobie zbyt wiele złości, które uniemożliwiają jej wyrażanie się w zadowalający sposób. Należy skończyć z przesadną kontrolą, pozwolić sobie być sobą, realizować swoje pragnienia, a nie męża, dziecka czy rodziców.

Cytat z wywiadu "Artystka szybko pogodziła się z losem." A niby dlaczego, czyżby nie chciało się już żyć. Przecież jest młoda. Warto zmierzyć się ze sobą, ze swoimi uczuciami, żeby dotrzeć do przyczyny choroby. Bliska osoba powie nam jacy jesteśmy naprawdę, bo my wielu rzeczy nie widzimy.

Kolejna chora osoba uważa, że jego choroba jest nieuleczalna. Ja bym powiedziała: "na razie". Ktoś kto tak uważa powinien się położyć i czekać. To przecież bez sensu. Piszę tu o Bronisławie Wildstein

"Wildstein zaznacza, że choroba nie wpływa na jego przemyślenia i życiowe decyzje." I tu się myli. Choroby nie biorą się znikąd. Wszyscy pracujemy na nie.To nasza zasługa lub kara, w zależności jak to widzimy.

Znałam dwie osoby, które miały białaczkę. Obie były pazerne, materialiści do 10 potęgi. Tak się złożyło. Białaczka to choroba krwi, atakuje system odpornościowy. Taka osoba ma niską samoocenę, nie umie bronić siebie, ciągle jest w stanie walki. Powinna zaufać sobie, swoim zdolnościom i możliwościom. Najlepiej spytać kogoś bliskiego o to jacy my jesteśmy. Nie pytaj jeśli nie jesteś gotowy na prawdę. Być może wartości materialne mają dać jej bezpieczeństwo. Nie wiem, ale warto się temu przyjrzeć i wyzdrowieć, a nie zwalać na nieuleczalność i jeszcze się z tym pogodzić. Testament zawsze warto napisać.

Na koniec historia ostatniego "wyskoku" Sinead O'Connor. Artystka próbowała popełnić samobójstwo, ale nie dała rady. Prosiła o pomoc, bo napisała list pożegnalny na FB. Tu jej historia Sinead


Uznała, że "Nie ma innego sposobu, aby zdobyć jakikolwiek szacunek." Ciekawe ;)

Trafiła do szpitala. Jej przypadek jest ciekawy. Ona wskazuje na rodzinę, jako źródło swoich kłopotów. Fani ją kochają, a rodzina nie. To boli najbardziej. Z tego bierze się uzależnienie od alkoholu i używek. Po nich niczego się nie czuje, dusza nie boli. Nie pomogą kliniki odwykowe, lepiej udać się na psychoterapię i zacząć żyć naprawdę. Ona chyba naprawdę się nie lubi, ma tyle brzydkich tatuaży. Użala się nad sobą, bo dla nikogo nie jest ważna. A może najlepiej zacząć od siebie i się pokochać. Potem inni się przyłączą.

Można też mówić o chorobie i nie być chorym nie miala raka

Człowiek chory zadaje sobie pytanie: "dlaczego ja zachorowałem na tę chorobę?" I to jest dobre pytanie. Nic nie dzieje się przypadkiem. To, że ktoś zachorował to ma sens i jest rezultatem wcześniejszego życia, myśli, wyborów, ocen.

Jeśli nie chcesz dotrzeć do siebie to chociaż MYŚL O SOBIE ZAWSZE DOBRZE. Cokolwiek robisz, to nie oceniaj się, nie poniżaj siebie, nie użalaj się nad sobą. Nie mów: tak musi być. Może tak, ale każdy ma wolną wolę i może robić co zechce. Może być zdrowym, a nie chorym. Wybór należy do ciebie.

Choroba ma zawsze źródło w życiu osobistym, prywatnym, rodzinnym. Może przejawiać się potem w życiu zawodowym, ale źródło jest jedno. Popularność, fani, kasa nie sprawią, że się lepiej ktoś poczuje. Jeśli tak, to na chwilę. Potem światła sceny gasną i zostajemy sami z rodziną, lub bez.

Użalanie się nad sobą, swoim losem, zwalanie winy na innych do niczego nie prowadzi. A wręcz nam szkodzi. Ocknij się. Inni to tylko lustro. Wykorzystaj ich dla własnego dobra. A będziesz zdrowy.

Kiedyś czytałam jak ktoś mówił, że choroba to najlepsza rzecz jaka kogoś tam spotkała. Dziwne stwierdzenie. Bo lepiej przecież być zdrowym, a nie chorym. W chorobie nie ma nic dobrego, chyba, że w szpitalu spotkała kogoś ...:)

Brak chorób to też sygnał. Może być tak, że choroby rozwijają się w ukryciu, bez objawów. Chociaż gdy ktoś jest zdrowy ale np. ciągle smutny, to powinien zbadać płuca.

Miarą zdrowia jest wychodzenie z choroby. Każdy się przeziębia, ma katar, boli go głowa itd. Wystarczy, że ktoś kichnie na nas, albo dotkniemy klamki, po chorej osobie. Gdy układ odpornościowy pracuje dobrze, to choroba szybko mija. Organizm sam się naprawia. Masz wtedy pewność, że ze wszystkim sobie poradzisz.

 

12.12.2015

Zabieranie się za odchudzanie zmieniając dietę i ćwicząc da efekt krótkotrwały.

To fakt opisany tutaj   grubasy 

Gdy zabierzesz się za siebie lecząc swoje rany, tusza zacznie sama znikać, bez specjalnego wysiłku.

 

 

piątek, 04 grudnia 2015

Płaczę od wczoraj. Dawno nie płakałam. Byłam smutna, ale nie aż tak.

Zmarła moja przyjaciółka. Nagle.


Śmierć jest nieunikniona, ale straszna. Bo nieodwracalna. W jednej chwili jesteśmy, a za chwilę już nas nie ma.

Tydzień temu gdy rano wlewałam wodę do kubka z kawą, kubek pękł. Była to rysa i spokojnie wypiłam kawę, choć korkowa podstawka trochę nasiąknęła. To się zdarza, sprzęty się psują. Kubka nie wyrzuciłam, bo to prezent i mam go dopiero 2 miesiące. Może zrobię z niego doniczkę.

Potem dostałam telefon, że A. miała wylew, jest nieprzytomna, leży na oiomie. A wczoraj dostałam wiadomość, że A. nie żyje. Walnęło. Ciężko się pogodzić z odejściem kogoś bliskiego bez pożegnania. Tak nagle. Chorzy na nieuleczalne (na razie) choroby mają lepiej, bo mogą pozałatwiać swoje sprawy i się pożegnać. Tu nie było takiej możliwości. Życie skończyło się w jednej chwili. Widziałyśmy się 16 listopada. Nic nie zapowiadało nieszczęścia.

Dwa lata temu zmarła w ten sam sposób moja znajoma. Nie płakałam, było mi smutno i żal.

Najgorsze, że wczoraj zakwitł mi storczyk. Akurat w tak smutnym dniu. Czarny humor.


Natura się zmienia, ale trwa. Dzisiaj przez cały dzień świeciło optymistyczne słoneczko (chciałam, żeby padało i było smutno i źle). Świat w ogóle nie zauważył, że na świecie nie ma już człowieka. Po raz kolejny. Co to kogo obchodzi? Tylko rodzina i przyjaciele cierpią. Nie umiera się bez ostrzeżenia w wieku 44 lat. Gdy pomyślałam, że to niesprawiedliwe, że nie leje i wszystko jest jak zawsze, to przeleciały z hukiem 2 myśliwce. Było inaczej.


Znałyśmy się 20 lat. Wspierałyśmy się. Mam jej 3 książki, a ona ma jedną moją. Kupiła już prezenty dla bliskich. Co teraz po nich. To jest bez sensu. To takie płytkie. Rzeczy się nie liczą. Odeszła bez niczego, tak jak się urodziła. Już nie zadzwoni w środku mocy ze swoimi problemami i lękami. Przez ostatnie 4 noce nie spałam, ale przecież nie mogła zadzwonić. Nikt inny tego już nie zrobi.

Ja wiem, że ludzie umierają, że czas leczy ranu, że będzie dobrze i takie tam ble, ble, ble. Co z tego, jak tak bardzo boli dusza. I nie mogę przestać płakać. Przestanę jak skończą się łzy.


Ta wiadomość to najgorszy imieninowy prezent jaki dostałam w życiu. Miałyśmy pić dzisiaj szampana. I nic. Nic nie można zrobić.



Archiwum
bajka107@gazeta.pl