Życie to wszystko co mam :
czwartek, 29 grudnia 2016

Dokładnie 186 lat temu 29 grudnia 470 kawalerzystów z 7 Pułku zabiło 153 Indian Lakota z wodzem Wielka Stopa. Miejsce: Dakota Południowa. Z karabinów i armat strzelano do bezbronnych mężczyzn, kobiet i dzieci. Masakra przeszła do historii. Uznaje się ją za historyczny koniec wojny z Indianami.


Masakra została zaplanowana.

Uchodźcy z Europy zwani Amerykanami odkryli nowy ląd i postanowili tam zamieszkać. Spotkali na swej drodze miejscową ludność, która była diametralnie inna. Indianie nosili długie włosy, skórzane ubrania, mieszkali w namiotach. Byli szczęśliwi, nie było przestępców, nie mieli więzień, definiowali człowieka po jego czynach i osobowości, a nie po ilości pieniędzy czy wyglądzie. I to wkurzało najeźdźców. Zapragnęli ziemi i bogactw w niej ukrytych. Podpisywali z Indianami traktaty, których nie respektowali, poili ich wódką. Ale Indianie za wolno zmieniali swoje nawyki i walczyli o swoje ziemie. Zgodnie ze Sztuką wojny trzeba poznać wroga i zniszczyć go od środka. Indianie wierzyli swoim szamanom, którzy mieli wizje, że biały człowiek odejdzie, wrócą bizony i dawne czasy. Jeden z tych szamanów, niejaki Wovoka wymyślił Taniec Ducha. Coś jak agent Doty, czy szpieg z krainy deszczowców. Indianie wierzyli, że tańcząc ten taniec w koszulach ducha ochronią się od kul białych najeźdźców. Jak wpada się w trans to wszystko wydaje możliwe. Pranie mózgu.


I tak tańczyli, a biali zajmowali coraz większe tereny zamykając Indian do rezerwatów. Robiono też czarny PR. Sprzedawczyki zwani dziennikarzami pisali artykuły pełne strachu przed tańcami. A zwykli ludzie zaczęli się bać nowej sekty, nowej religii. Nie wiedzieli o czym śpiewają tańczący Indianie, ale wzbudzali strach.

https://www.youtube.com/watch?v=DrCvcgfu61g

Na takim gruncie żołnierze mogli spokojnie wybijać mało uległych Indian.

Nad potokiem Wounde Knee otoczono grupę Lakotów, którzy zmierzali na południe. Żołnierze dzień wcześniej na kolację spożyli baryłkę whisky, więc mieli zaburzoną świadomość. Kazano Lakotom oddać broń. Od jednego wystrzału zaczęła się masakra. Nikt nie wie kto zaczął. Metodycznie zabijano każdego. Najłatwiej było strzelać do kobiet i dzieci. Alkohol sprawił, że nie widzieli białej flagi wywieszonej na namiocie wodza. Od kul zginęli prawie wszyscy mężczyźni. Po południu było po wszystkim. Kto nie zginął to zamarzł, bo tylko część rannych została wywieziona do kościoła oddalonego o 18 mil. Ekspedycja pogrzebowa dotarła na miejsce egzekucji dopiero 1 stycznia. Indian pochowano w zbiorowym grobie, bez żadnych honorów. Oprawcy oskalpowali wodza Wielką Stopę i umieścili go w muzeum w Massachusetts. Zabrano "na pamiątkę" koszule ducha i zbeszczeszczono wszystkie ofiary zabierając im wszystko. Kawalerzyści za ten mord dostali medale honoru. Biała ludność była zadowolona, bo powód ich strachu został zakopany.

Lakoci nie dostali od rządu USA żadnej rekompensaty za masakrę. Kraj, który chwali się ideami wolnościowymi, zabił marzenia o wolności Indian.

W ubiegłym roku Johnny Depp  zamierzał coś zrobić w tej sprawie.

Rząd USA zabija cały świat, bez przerwy. Najpierw czarny PR, a potem aneksja. Wchodzą do każdego kraju, do którego zechcą, gdzie wyniuchają zyski.

Historia zatoczyła krąg. Indianie przestali tańcować i zaczęli protestować. Chodzi o ropociąg w Dakocie Północnej i Południowej, przez Iowa do Illinois. Rurociąg ma mieć 1172 km. Sprzeciw zgłosiły wszystkie miejscowe rezerwaty, wszystkie tamtejsze plemiona się zjednoczyły. Protest rozpoczął się w kwietniu 2016 i trwa. Inwestycja za prawie 4 mld dolców.

Prezydent Obama udaje, że nic się nie dzieje i milczy. Łamie się kolejny traktat obowiązujący od lat. Czy nowy prezydent wypowie się w tej sprawie? Gdyby nowym prezydentem został Bernie Sanders byłaby szansa na porozumienie. Nie ma zgody na degradację środowiska, zanieczyszczenie rzek i terenów, na których Indianie starają się mieszkać w spokoju. Aktorzy: Susan Sarandon, Ben Affleck i Leonardo DiCaprio jawnie popierają protesty. We wrześniu poszczuto ich psami i użyto gazu pieprzowego. Protest Indian ma pokojowy charakter. Niczego się nie nauczyli. Czyżby nadal wierzyli w proroctwa szamanów o lepszym jutrze?

Więcej tu najwiekszy-od-lat-protest-indian-w-usa

W Kanadzie będzie podobnie. Zmieniają się rządy, obietnice idą do kosza. A ludzie protestują.

rozbudowa-ropociagow-moze-wywolac-protesty-indian

Czy masakra sprzed 186 lat niczego Indian nie nauczyła? Czy protest zakończy się podobnie? Kto jest silniejszy, kto ma lepszy PR?

Kiedy Matka Ziemia się wkurzy i zniszczy człowiecze budowle zagrażające ekosystemowi?

Zapaliłam świecę w tej intencji. Łączę się z ich duchem. Akurat dzisiaj.

Według schematu opisanego wyżej działają teraz muzułmanie. Z zazdrości, że Europejczykom jest dobrze przyjechali w odwiedziny. Ale najpierw małymi krokami umieścili tu swoje kebaby, modę na haremki i taniec brzucha. Mamy teraz seriale, które edukują nas na inne wierzenia. Potem zamkną nas w rezerwatach, aż przesiąkniemy ich kulturą i wszystkim. Prosty schemat, a jaki skuteczny. To wszystko z zazdrości.

A w tv same pierdoły i wiadomości wyssane z brudnego palca.

 


wtorek, 27 grudnia 2016

Siedziałam z P. na podłodze przedpokoju z podkurczonymi nogami. A nad nami stał jakiś koleś z pistoletem (rewolwerem) i coś na nas krzyczał. Obok niego klęczeli dwaj inni i pilnowali, żebyśmy nie wstali. Przedpokój jest mały i wąski, ale jakoś się pomieściliśmy.


Sen się zaczął w środku akcji, tzn. moja świadomość właśnie weszła w ciało w tej właśnie chwili. Zastanawiałam się czy to ja zawiniłam, czy P. A czy to ważne. Mieliśmy wspólny problem.

Gdy tak patrzyłam na tą sytuację to czas zwolnił. Facet coś krzyczał i wymachiwał pistoletem. Pomyślałam, że chyba pistolet nie jest odbezpieczony, bo od tego wymachiwania już by wypalił. Nie bałam się, choć nie rozumiałam czego koleś chce od nas. Chyba chciał nas nastraszyć, ale słabo mu to wychodziło. My się nie baliśmy, bo czego tu się bać. Jeśli chciałby nas zabić to nic nam nie pomoże. Zabije i już. Więc po co krzyczeć i się miotać. Na filmach ofiary krzyczą, błagają o litość, a my siedzieliśmy spokojnie. To napastników wkurzało, bo ciągle nas szarpali. Cała ta sytuacja wydawała mi się dziwna. Od ich krzyków powinni się zlecieć sąsiedzi. W końcu byliśmy w przedpokoju, a przez drzwi wszystko słychać.

Gdy tak zaczęłam się zastanawiać nad tą sytuacją to pomyślałam, że skoro nikt nie słyszy napastników to oni są nierealni, wymyśleni. Nie zrobili nam krzywdy, tylko straszyli. Źle trafili, bo my nie mieliśmy nic do stracenia, oprócz życia. Byliśmy spokojni, choć siedzieliśmy skuleni na podłodze.

I wtedy oni zniknęli. We śnie. Ja wstałam z podłogi, P. też. Poszłam do kuchni zrobić kawę. Chciałam o tym porozmawiać i wtedy się obudziłam.

 

Ciekawy sen. Rozpoznawalność wahadeł tak mi weszła w krew, że nawet we śnie nie daję sobą manipulować. Nie wiedziałam, że śniłam, a jakimś sposobem uniknęłam kłopotów. Obserwowałam biernie sytuację i wybrałam najlepszy dla nas wariant rzeczywistości. Byłam niewiarygodnie spokojna, ale pewna czego chcę. Tylko spokój mógł nas uratować. Napastnicy we śnie byli realni, więc nie mogli zniknąć. To my wybraliśmy inny wariant rzeczywistości. Ciekawe czy P. był "stary" czy z nowej linii. Nie zdążyliśmy zamienić słowa. Może to ja sama się wpakowałam do innego wariantu świata. I co wtedy. Jak tu żyć z P., ale jakimś innym. ;)

Chyba, że warianty niewiele się różnią między sobą.

Nad uczuciem strachu już kiedyś pracowałam. Bałam się jednej osoby i nie mogłam sobie wmówić, że nie ma czego. Miałam myśli, że mogła nawet kogoś wynająć, żeby mnie zbił, albo zabił. Strach nie do opanowania. Co miałam robić. To bardzo niszczące uczucie. Więc zapisałam się na policyjny kurs samoobrony dla kobiet. Uczyliśmy się technik obezwładniania przeciwnika i dźwigni. Ale to nie działało na znajomych i domownikach. Nie chcieli współpracować ;) Więc zapisałam się na Krav Magę. Było ciężko uderzyć w twarz bez powodu wysokiego osiłka. Nauczyłam się jak unikać kłopotów, co robić gdy już napastnik na tobie leży, jak wyjść cało z opresji, niewielkim wydatkiem energii. Strach ulotnił się nie wiadomo kiedy. Już nie ćwiczę, ale został analityczny umysł i refleks.

Dzięki temu mogłam uratować nas z opresji. Jeśli to we śnie działa to w realu może też. Przecież wszyscy powtarzają, że żyjemy w wirtualnym świecie. Więc wszystko jest możliwe.

 

 


23:23, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2016

Życzymy sobie różne rzeczy w czasie tych i innych świąt, a także osobistych okazji. Sztampowe życzenia to życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności. Czyli uważamy, że komuś tego brakuje, że ktoś nie jest zdrowy i szczęśliwy. To jak z prezentami. Dajemy coś czego ktoś nie ma, albo tak tylko myślimy. Komuś po stracie trudno życzyć wesołych świąt.

Wczoraj wypowiedziałam mnóstwo życzeń i dostałam tyle samo. Nikt nikomu źle nie życzył, jak to w normalnej rodzinie. Przez ostatni rok nikogo nie ubyło, a jeden przybył. Prezenty były trafione, bo każdy napisał list do Mikołaja. Tak jest prościej i fajniej. Można się pośmiać, że Mikołaj tak dobrze zna nasze pragnienia.

Ale najważniejsze było uczucie, które ogarnęło mnie już jakiś czas temu. I ciągle narasta.

To uczucie wdzięczności.

Takie bezgraniczne, bezinteresowne i wieczne. Nie mam pojęcia skąd się wzięło. Ale mam pewność, że nigdy mnie nie opuści, bo zlało się ze mną w moją osobowość. Takie uczucie mnie wypełnia, choć w ogóle się tego nie spodziewałam. Nie robiłam nic, nie stosowałam żadnej techniki. To raczej efekt uboczny poszerzanie swojej świadomości, odrzucania niepotrzebnych emocji. Niektórzy wypisują codziennie listę rzeczy za co dziękują i są wdzięczni. Pewnie, że można sobie wmówić różne rzeczy, tak działa pranie mózgu i techniki manipulacji. Ja tego nie robiłam, bo czułabym się jak zombi. Powtarzałabym, że coś jest, a tego bym nie czuła. A ja czuję wdzięczność za to, że jestem, w tym miejscu i czasie. Gdy budzę się rano to czuję wdzięczność, że się obudziłam i mogę coś robić w tym materialnym świecie. Czekam z ufnością co się wydarzy. Przestałam cokolwiek oceniać. Motywy ludzkich działań są różne, a my ich nie znamy. Jeśli postawić się na miejscu innej osoby, wiedząc co ją spotkało, co przeżyła, to inaczej na nią patrzymy. W każdym człowieku jest dobro, tylko czasem głęboko ukryte. Maskuje je pogardą, poniżaniem innych, wyśmiewaniem, szydzeniem, upokarzaniem, ale też użalaniem się nad sobą i swoim losem. Tylko, że takie uczucia szkodzą najbardziej osobie, która to robi. Uczucie wdzięczności jest jej obce.

Trudno usiąść przy stole z matką, która powtarza, że urodzenie dziecka to był błąd, że złamało to jej karierę, że dziecko nie jest takie jak inni. Jak reagować na pytania: kiedy będzie dziecko, kiedy będzie ślub, kiedy pójdziesz do porządnej pracy. Przed świętami nasłuchałam się takich opowiadań. Co tu można doradzać, tłumaczyć. Co można zrobić, gdy trzeba tego słuchać i się uśmiechać. Czułam strach znajomych przed spotkaniem z rodziną. Najchętniej zrezygnowaliby ze spotkania i wyjechali do ciepłych krajów. Ale problemy nie znikną same. Człowiek powinien się cieszyć, że nie jest sam na świecie. Święta są okazją do dobrego spędzenia czasu.

Ja jestem szczęściarą. Umiałam wybaczyć wtrącanie się mojej mamy, doceniam, że mnie sprowadziła na ten świat i że ciągle jest. Ona ciągle jest taka sama i się nie zmieni, bo nie chce. Ja jestem inna, bo zdaję sobie z tego sprawę. Dopóki żyje mogę ją o wszystko wypytać, bo już dawne emocje wygasły. Pamiętam wszystko, ale nie ma w tym żadnych emocji.

Dla mnie wdzięczność jest inna od miłości. W moim wydaniu miłość obróciła się przeciwko mnie. Gdy kochasz to dla drugiej osoby zrobisz wszystko, bezkrytycznie. Miłość jest ślepa, kochasz i nie widzisz przeszkód, jakoś to będzie. A potem zostajesz z długami, sam, bez wsparcia. Bo nie zauważyłeś, że miłość była nieodwzajemniona, źle ulokowane uczucie. Dowiadujesz się o tym za późno.

Z uczuciem wdzięczności tego nie ma. W moim przypadku, gdy jestem wdzięczna za wszystko nic nie tracę. Ktoś jest wdzięczny za uśmiech, a jak go zabraknie to co? Ja jestem wdzięczna za coś i za nic. Nic nie tracę, a zawsze zyskuję. Oczekuję najlepszego. Bo tak. Bez zasług. Nagrody od ludzi są za coś, a ja dostaję nagrody za to, że jestem.

A teraz siedząc przy jednym stole z rodziną czuję wdzięczność za to co jest. Jestem naczyniem wypełnionym wdzięcznością. Przy każdym ruchu czuję jak we mnie chlupie i się przelewa. Cokolwiek się wyleje to natychmiast się wypełnia, nigdy tego nie zabraknie. To magia.

I tego właśnie życzę teraz i zawsze każdemu: bądź wdzięcznością :)

W każdym się tli iskierka. Trzeba ja zauważyć, obdarzyć ją uwagę i patrzeć jak rośnie.

 

Lecę świętować dalej :) Taksówka czeka. ;)



czwartek, 22 grudnia 2016

Jakiś czas temu założyłam sobie, że będę miała 52 bransoletki. Na każdy tydzień roku. I oczywiście muszę je dostać. Kupowanie samemu się nie liczy. Być może już tyle mam, ale po co liczyć. Musiałabym ustalić nowy cel.

Ostatnio dostałam taką bransoletkę.


Główny element to ósemka lub symbol nieskończoności.


Ósemka symbolizuje ciągłe odradzanie się, gromadzenie i tracenie. Gdy powiedziałam znajomym Ósemkom, że w życiu mogą wszystko stracić, ale szybko je nadrobią, to stały się spokojne. Ciągle są na fali wznoszącej. Łatwiej zniosą przeciwności losu wiedząc, że los się odwróci. Patrząc w ten sposób na bransoletkę będzie ona o tym przypominać.

Znany wszystkim symbol nieskończoności o zaokrąglonych kształtach to Lemniskata.


Jest to nieskończoność graniczna, bo zamknięta. W ten sposób porusza się czas. W buddyzmie symbolizuje nieustanne narodziny, śmierć i zmartwychwstanie. Taki tybetański węzeł mam w domu.


Mamy kolejny symbol szczęścia - ósemkę wplecioną w niekończący się węzeł.

Czy aby na pewno?

W tarocie symbol ten występuje na niektórych kartach Magika, czyli tego, który stwarza świat.

Tu dochodzimy do właściwego symbolu. Jesteśmy zamknięci w fizycznym świecie, który jest dualny. Nie ma z niego wyjścia, nie można go opuścić. Magik, a więc każdy człowiek, umie ten świat sobie stworzyć, ukształtować jak mu pasuje. Dlatego powinien być świadomy swoich myśli, lęków i marzeń. Człowiek ma moc, ale nie każdy o tym wie.

I tu przypomniała mi się "leniwa ósemka", czyli wykres Marko Rodina.

 

Dawno temu obejrzałam jego wykład i miałam łzy w oczach. Ustawienie liczb nie jest przypadkowe. Wszystko sprowadza się do podstawowych liczb. W świecie materialnym 1, 2, 4, 8, 7, 5 , a w świecie niematerialnym 3, 6, 9. Takie rzeczy mogą wymyśleć tylko wolni umysłowo ludzie, albo dzieci. Na tym wykładzie tłumaczy w jaki sposób to wyliczył.

 

Ten wykres wyjaśnia wszystko co dotyczy naszego świata. Nazywa się go też "skrzydłami duszy do nieba". Zrozumienie go pozwala nam kreować swój świat. Prosić, a będzie nam dane. Naszej więzi ze Stwórcą. Tłumaczy wszystko.

To zupełnie inna matematyka, której nie uczą w szkołach. Pokazuje, że wszystko w naszym wszechświecie jest ze sobą połączone. Nic nie jest ukryte, tylko trzeba umieć patrzeć.

A więc moja nowa bransoletka będzie mi o tym przypominać.



sobota, 17 grudnia 2016

Stałam na brzegu dużego jeziora. To było popołudnie. Jezioro było duże, ale widziałam jego krańce. Całe jezioro otoczone było lasem. Nie można było iść brzegiem. Musiałam się dostać na drugi brzeg, bo tam las był rzadszy i można było gdzieś iść. Spojrzałam na wodę, a ona była nieruchoma, czarna i mętna. Nawet pomyślałam, że to może staw. Jednak to było jezioro.


Chciałam je przepłynąć wpław, ale rozważałam czy dam radę. Gdy będę płynąć na wprost to mogę się zmęczyć i utopić. Więc zastanawiałam się co robić. Wtedy zauważyłam dziecko po prawej stronie, które płynęło niedaleko brzegu. No właśnie, to jest dobry pomysł. Będę płynęła wzdłuż brzegu, tak aby mieć dno jeziora pod nogami. Gdy się zmęczę to będę mogła stanąć. A potem popłynę dalej. Jezioro jest owalne, więc dotrę na przeciwległy brzeg. Kolor wody zupełnie mi nie przeszkadzał. Nie wzbudzał żadnych negatywnych skojarzeń. Tylko to, że nie będę wiedziała gdzie jest dno Nie bałam się, skoro dziecko pływało w tym jeziorze. A dzieci są mądre..

Obudziłam się. Była 6:06. Zapisałam godzinę i 5 słów, żeby pamiętać sen.

Przewróciłam się na drugi bok i zasnęłam. Przecież nie będę wstawać w środku nocy.

Nie sądziłam, że coś mi się przyśni. Był ciąg dalszy.

Zaczął się w tym samym miejscu, w którym pierwsza część się skończyła. Nie zdążyłam wejść do wody. Stałam ciągle na brzegu tego samego jeziora. Było widniej, a woda w jeziorze czysta, niebieska. Sama się zmieniła. To nie omamy.


Wyglądało na to, że to to samo jezioro, ale woda była zupełnie inna. Ciągle była na brzegu i zastanawiałam się czy przepłynąć na wprost czy wzdłuż brzegu, tak jak planowałam w pierwszym śnie. Ciekawe, że we śnie wiedziałam co było wcześniej. Dalej moje umiejętności pływackie były takie same, więc postanowiłam płynąć wzdłuż brzegu. Weszłam do wody po prawej stronie. Woda była ciepła i wspaniała. Położyłam się, żeby płynąć.

I obudziłam się. Była godzina 8:18.

Ciekawy sen. Nie pamiętam, żebym miała ten sam sen w 2 częściach i żebym wiedziała w 2 części co zrobiłam w części pierwszej snu. Nie był to świadomy sen, więc skąd wiedziałam, że już o tym śniłam?

Od razu zajrzałam do sennika książkowego, bo stoi na półce w sypialni.

Dobrze, że nie wiedziałam nic o potworach i zmarłych. Moje jezioro najpierw było ciemne, więc nic się w nim nie odbijało, lustro bez odbicia. A potem, z niewiadomych przyczyn było krystalicznie czyste. Nie było w tym mojej zasługi. We śnie miałam zadanie do wykonania, żadnych lęków.

Może powinnam zapisać się na basen, żeby nauczyć się dobrze pływać?

 


23:13, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 grudnia 2016

I kolejny sen. Artystyczny. Bez fabuły.

 

Był piękny słoneczny dzień. Boskie światło.Wszystko wydawało się ładniejsze i lepsze. Ktoś pokazywał mi obrazy na ścianach. Ale te były inne niż znane mi do tej pory. Obrazy zaczynały się na chodniku a kończyły na ścianie. Tworzyły spójną całość. Były obłędnie perfekcyjne i kolorowe. Zupełnie inne niż w moim mieście. Oglądaliśmy jeden obraz, a za chwilę obracaliśmy się w prawo i byliśmy w Brazylii. A tam inny street art. Potem spoglądałam w lewo i znalazłam się w NY dokładnie przed kolejnym obrazem. I tak jeszcze kilkakrotnie. Wystarczyło się obrócić i byliśmy w innym miejscu na ziemi, gdzie artysta namalował coś wspaniałego. W serialu Sliders potrzebny był portal, który otwierał przejścia do innych światów. W filmie Władcy umysłów (lubię Matta Damona) trzeba było przejść przez niebieskie drzwi w kapeluszu. A w moim śnie wystarczyło się obrócić. Ja nawet nie wiedziałam gdzie są najpiękniejsze graffiti, a byłam tam kierowana. Piękna podróż. Na pewno nigdy nie odwiedzę tych miejsc w realu. Zajęłoby mi to za dużo czasu.

3d-graffiti-street-art-anamorphic-odeith

Na dworze szaro, buro i ponuro, więc taki sen nie dziwi. Jednak dla mnie dzisiejszy sen ma głębszy sens. Utarł mi nosa.

Piszę tu o wszystkim co mnie spotyka, o tym co mnie ciekawi i co zatrzymuje mnie na chwilę. To nie jest blog o snach, a sny zaczęły dominować. Dlatego postanowiłam przez jakiś czas nie śnić.

Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji. Dla mnie to było sprawdzenie czy mogę to zrobić. Innego powodu nie było, bo sny w żaden sposób nie rzutowały na moje samopoczucie. A właściwie wprowadzały mnie w dobry nastrój i byłam wyspana.

Dla mnie to była zabawa, a dla duszy więzienie. Zatrzasnęłam drzwi i dusza siedziała w ciemnym pokoju, czy futerale. W przedszkolu byłam zamykana, moje dziecko też. Inne dzieci też były i będą zamykane. (Tego chyba uczą przedszkolanki.) Więc wiem jak czuje się ktoś zamknięty. Zapewniam, że niekomfortowo. Nie rób innemu co tobie niemiłe.

Moja podświadomość jest świetnie wychowana. Nie przeszkadza mi, ale gdy coś się dzieje niekorzystnego dla mnie to daje znać. I ten sen jest takim właśnie znakiem. W życiu najważniejsza jest współpraca ciała, duszy i umysłu. Wtedy realizujemy się najlepiej jak potrafimy. A moja Dusza zamiast latać gdzie chce, siedziała sobie cichutko i się nie odzywała. Do czasu. Dała o sobie znać w swoim i zrozumiałym dla mnie języku.

A więc Hulaj Duszo, piekła nie ma ;) Wolność jest najważniejsza.


We śnie były piękne graffiti, sztuka ulicy. Sztuka zbliża się do ciebie, jest w zasięgu twego wzroku. Nie musisz za nią płacić, żeby doświadczać. Zresztą to co najlepsze jest za darmo.

Tak jest z rysunkami dzieci.

Jest w nich zaklęta energia chwili, emocje z danego dnia. Poczujesz to gdy widzisz oryginał. Żadne zdjęcie czy kopia tego nie przekazuje. A bogaci trzymają swoje oryginalne obrazy w klimatyzowanych sejfach i nikt tego nie ogląda i nie doświadcza.

 

Przepraszam Cię Duszo i proszę wybacz mi. Wybrałaś najlepszy sposób, żebym zrozumiała. Dziękuję za zwrócenie uwagi.

Wiesz, że Cię kocham. :)

 


22:44, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 grudnia 2016

Zaskoczyło mnie to, że śniłam dzisiaj. Myślałam, że mam to pod kontrolą. Myliłam się.

Sen był dziwny. Nie umiałabym coś takiego wymyślić.

 

Siedziałam przed telewizorem. Był on starego typu, tzn. Z dużą częścią z tyłu. Stał na osobnym stoliku, ok. Pół metra od ściany. I zza tego telewizora w pewnej chwili wyłonił się mały człowieczek. Najpierw pojawiła się głowa, a potem reszta ciała. Wyglądał jak pacynka, ale był prawdziwy. Proporcje miał dobre, więc nie był to karzeł. Był do dorosły facet, ale małych rozmiarów. Człowieczek. Miał lekki zarost i w oczach chochliki. Nie przestraszyłam się go. Chciałam mu tylko zrobić fotkę, ale na stole nie było telefonu. Zdziwiłam się, bo telefon mam zawsze w zasięgu wzroku. Zadzwoniłam z telefonu stacjonarnego do siebie i nic, cisza. A więc telefonu nie było w domu, choć powinien był być. Chyba z niego wcześniej dzwoniłam.

Gdy spojrzałam za telewizor to zauważyłam, że diabełek zrobił się większy. Nie bałam się go i wiedziałam, że on o tym wie. Czasem spotykam ludzi, którzy jakby wiedzieli o czym myślę i nie warto ich okłamywać.

Diabełek stał za tym telewizorem i patrzył na mnie. W pewnej chwili wskoczył na sufit i dreptał po nim, aż doszedł do najdalszego prawego rogu i zniknął. Pojawił się kolejny osobnik na suficie i też chodził sobie w różne strony. To krzyżówka człowieka ze zwierzęciem. Wyciągnęłam rękę po telefon. Leżał tam gdzie powinien. (Widocznie miał wyłączony dzwonek, skoro wcześniej go nie było). Zrobiłam mu fotkę. Potem kolejnemu osobnikowi i kolejnemu, a wszyscy znikali w prawym najdalszym rogu sufitu, jakby tam były drzwi.

Pomyślałam sobie, że gdyby nie fotki to nikt by mi nie uwierzył w to co widzę. Zrobiłam kilkanaście zdjęć. Przyszedł mój mąż. Wszyscy zniknęli w mgnieniu oka. Mąż oznajmił mi, że jedziemy do Wenecji. OK. Chyba to normalne, że w środku nocy gdzieś jedziemy. Zeszliśmy na dół do piwnicy. Tam wsiedliśmy na skuter wodny, taki ślizgacz. Naprawdę. I ruszyliśmy. Przez ściany. Jechaliśmy pod ziemią, przez różne fundamenty. My materialni i domy też z materii, a jednak mogliśmy to wszystko przeniknąć. Jechaliśmy bardzo szybo. A najlepszy był wiatr na twarzy. Czułam się jak Małgorzata od Bułhakowa. Prawie. Tylko, że ja byłam ubrana i lecieliśmy pod ziemią. Nie dość, że czułam wiatr, to jeszcze takie mlaśnięcia gdy przelatywaliśmy przez różne budynki. Bo przecież każdy był z czego innego. Pod ziemią były szare i przezroczyste. Łatwo było w nie wejść. A potem było morze.

Nie potrzebowaliśmy niczego, żeby oddychać w wodzie. Prędkość była taka sama, czyli szybka. Wokół pływały duże ryby, ale na nas nie zwracały uwagi. Nawet ogromne rozgwiazdy nas nie widziały. Kolory jakie widziałam w przepięknej błękitnej wodzie nie do opisania. Żadne zdjęcie tego nie odda. Było widno jak w dzień, czyli nie było głęboko, albo to inny wymiar. Jechaliśmy dalej. Bo to była jazda, a nie pływanie.

Nagle obudziłam się, na lewym boku. A właściwie obudziły mnie k...y zza ściany. Matka poganiała dzieci, które szły do szkoły. Co drugie słowo to k...a. Dziwiła się, że codziennie jest to samo. Żadne dziecko nie było gotowe do szkoły i robiło jej na złość. Skutecznie mnie wybudziła, a dzieci miały niewątpliwie zły dzień. Była 7:32, wschód słońca. Niedawno wprowadziła się jakaś rodzina, ale ich nie widziałam. Aż do dzisiaj. Usłyszałam ich.

Sen był bardzo realny. Wzięłam telefon, żeby pooglądać fotki, które zrobiłam w nocy. Nic nie było. A więc wszystko to był sen. Nie mogło być inaczej. Przecież nie można zrobić realnym aparatem zdjęć we śnie. Chociaż ;)

Trudno zinterpretować mi ten sen. Kluczem był diabełek (bez rogów). Mały, ale miał moc. Mógł zrobić wszystko co chciał. Pokazał mi próbkę swoich możliwości. W jego świecie nie działały żadne prawa. Tylko dlaczego akurat to mi pokazał? Chodzić po suficie może każdy w specjalnych butach. Z przenikaniem trochę gorzej do wytłumaczenia. A może to inny wymiar lub równoległy świat ze mną jako element wspólny.

Nigdy wcześniej we śnie nie czułam zapachów i smagania wiatru. Powinnam mieć czerwone policzki. Biegałam już wiele razy, ale dzisiaj było co innego. Miałam już kolorowe sny, ale kolory morza czy oceanu w tym śnie były nieziemskie. Mogłabym to narysować, ale nie ma takich farb.

 

Ostatnio oglądam powtórki serialu Lost. Zastanawiam się czy to nie mogliby by być rozbitkowie z samolotu malezyjskiego, który zniknął 8 marca 2014 roku. W filmie ludzie domyślają się, że świat o nich nic nie wie i ich nie uratuje. Mają komputer, ale nie wzywają pomocy, bo ktoś na taśmie im tego zakazał. Co 108 minut wpisują ciąg liczb i wciskają klawisz. Nie ma tam nikogo, kto by to wymuszał, a jednak to robią. Ludzie są dziwni.

Chyba stąd dziwny sen. :)

 


22:23, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 grudnia 2016

Byłam wczoraj w mało przeze mnie odwiedzanej części miasta. Pozałatwiałam sprawy i stałam na przystanku tramwajowym. Śnieg lekko sypał. Byłam zrelaksowana, myśli biegły samopas. Środek dnia, ok. 15.

Nagle usłyszałam w głowie zdanie: wytną nas.

Rozejrzałam się kto tak mówi. A potem dotarło do mnie, że na przystanku nie było nikogo. Nie miał kto mówić. Potem się kapnęłam, że to był głos w mojej głowie. Nieraz we śnie tak miałam, że słyszałam co kto myśli jako głosy.

Spojrzałam na drzewa rosnące między torami. Tak to one do mnie mówiły ;)!

Sytuacja irracjonalna. A co mi tam. Mogę pogadać.

Zapytałam: kto chce was wyciąć?

Odpowiedź: wytną nas.

Głos smutny, zrezygnowany.

Ja: Nie ma żadnych planów na przebudowę tej drogi. (to ulica Pabianicka)

One: nic nie wiesz.

Ja: Jesteście stare, dużo widziałyście. I oczami wyobraźni zobaczyłam lata wojny.

One: tak.

Ja: Jeszcze pożyjecie. Dobrze wyglądacie. (Naprawdę to są porządne, zdrowe drzewa. Dolne gałęzie przycięte i przypalone. Górne gałęzie umiejętnie omijały przewody.)

One: już niedługo.

Ja: Ciekawe co to znaczy "niedługo" dla drzewa.

One: niedługo.

Fakt, drzewa mają inną mentalność i inne poczucie czasu. Chyba.

Nadjechał tramwaj.

Ja: No to pa pa, trzymajcie się.

One: pa.

Odjechałam.

Zabawna sytuacja. Nigdy nie gadałam z przygodnymi drzewami. Ja ich zresztą nie zaczepiam.

Uwierzyłabym w tę sytuację, gdyby była noc, albo gdyby to był sen. Śmieszne.

Wycinka drzew jest prawdopodobna. Władze miasta betonują ulice w centrum nazywając to łunerfami. Stare drzewa znikają. Nie da się tam oddychać, bo jest smog. Kupuje się rachityczne drzewka w doniczkach. Ale one nie oczyszczają powietrza, bo ledwo zipią.


Kiedyś chciałam zostać bukieciarką, bo taka praca wydawała mi się ciekawa i pachnąca. Coś zawsze mi przeszkadzało w zdobyciu takiego zawodu. Właściwie to same kwiaty mnie odstraszyły. Zawsze gdy przechodziłam obok stoisk z kwiatami to czułam przeraźliwy smutek i zapach umierania. Do dzisiaj mam wstręt do ciętych kwiatów. Kiedyś dostałam w prezencie czerwoną różę, to zostawiłam ją w taksówce.

Mam więź z roślinami, ale z domowymi. Wiem kiedy wołają o wodę i świetnie rosną.

Ale po raz pierwszy rozmawiałam z obcymi drzewami. To nie żart.

Na zdjęciu są inne drzewa. Tak byłam zajęta rozmową, że nie zrobiłam fotki.

 



Archiwum
bajka107@gazeta.pl