Życie to wszystko co mam :
czwartek, 31 maja 2018

Jestem leniwa i zdaję sobie z tego sprawę. Scarlet z Przeminęło z wiatrem odkładała wszystko „na jutro”, a ja na rok ;) Choć nie zawsze ;)

Ten wpis powinien pojawić się rok temu, bo wtedy przeczytałam wiadomość. Otóż Orlando Bloom został przyrównany do Pollocka. Pollock kojarzy się z obrazami popryskanymi farbą w sposób przypadkowy. Ludzie lubią porównania do innych sławnych ludzi, często „wkładają” w ich usta słowa, których nigdy nie wypowiedzieli.

Wtedy postanowiłam przyjrzeć się postaci artysty i zaczęłam go rozpisywać, ale potem inne ważne rzeczy odwróciły moją uwagę. W tym roku sprawa powróciła gdy mimowolnie jego dwa obrazy pojawiły się na moich tapetach w komputerze i smartfonie. To co się potem działo zmusiło mnie do powrotu do tego tematu.

Twórczość Pollocka to nie pryskanie farbą po płótnie. Tej techniki nie wymyślił, ale zrobił z niej swój znak rozpoznawczy. Obrazy malował na ziemi, a nie na sztalugach. To go chyba najbardziej wyróżniało. Zanim sięgnął po farbę musiał się napić, potem wpadał w trans, a obraz był gotowy jak skończył. Gdy ktoś go obserwował to widział, że Pollock nie był świadomy co robił, a jednak niszczył niektóre swoje dzieła, bo mu nie pasowały, albo nie były takie jak powinny.

Bo artysta wie co chce namalować. To tak jak rzeźbiarz, który z bloku gliny czy skały usuwa niepotrzebne rzeczy, żeby nadać kształt tego co ma w głowie.

Temat Pollocka jest nośny, bo jego obrazy osiągają wysokie ceny i „coś” w nich jest (demon?). W 2006 r. obraz No 5 został sprzedany za 140 mln $. Podobno, nie znam kupca.

Paul Jackson Pollock urodził się jako najmłodszy z 5 synów 106 lat temu w małym miasteczku Cody w stanie Wyoming.

28.01.1912 = 10+1+10=21+12=33

Liczba 21, która się pojawiła informuje o skłonnościach do alkoholu (3x7), ale też o wrodzonej intuicji i kontakcie z podświadomością i pracowitości. Wiadomo czego powinien się wystrzegać.

Jako 33 to wyjątkowa osobowość. Ma wiedzę z innych światów i byłby dobrym nauczycielem. Może też być głupim i ograniczonym, opętanym seksem, żadnym sławy i rozgłosu człowiekiem. Człowiek zawsze ma wybór. 33 zawsze musi być w centrum uwagi, inni się liczą jeśli podziwiają Mistrza. 33 to Uran i Uran, albo 11 Uranów, trudno okiełznać słabej osobie energię wulkanów. Wybucha z byle powodu, a zakrapiany alkoholem – bez powodu. 33 ma posłannictwo do spełnienia

Ojciec był rolnikiem, a potem geologiem, geodetą, nazywał się LeRoy McCoy. Jego rodzice umarli w ciągu jednego roku i adoptowali go sąsiedzi. Przyjął ich nazwisko Pollock.

Matka Stella May jako nastolatka szyła i sprzedawała sukienki. Przy gromadce synów nie miała dla nich wszystkich czasu, skupiona na sobie. Całe życie Jackson starał się matce udowodnić, że jest coś wart. Rodzice nie mieli już córki.

Nie używał pierwszego imienia, ale ono zawsze ma wpływ na człowieka.

Paul Jackson Pollock  6/9/4/5

Jackson Pollock        6/4/3/1

Prawda, jaka różnica. Z wiecznie poszukującej 5 stał się pionierem. Potrzebował być wyjątkowy i najlepszy, pierwszy. I taki był w najlepszym swoim okresie twórczości. Uważał się za takiego, z pogardą mówił o innych artystach tamtych czasów. Tak działa Jedynka w duszy.

Gdy Jackson miał 10 miesięcy rodzina wyjechała do San Diego, a potem do Kalifornii.

Wydalono go z liceum w 1928, a potem w 1930 w LA. Był kozakiem, lubił się popisywać, był gwałtowny i skryty. Podczas podróży geodezyjnych z ojcem obserwował kulturę rdzennych Amerykanów. Nasiąkał wrażliwością i zbierał doświadczenia. Jako 18 latek wyjechał do NY i ze starszym bratem studiował sztukę. W 1936 r. zetknął się z techniką meksykańskiego muralisty Davida Alfaro Siqueirosa, który stosował płynną farbę. Taka farba była tańsza od profesjonalnej.

Był biedny, nie miał pieniędzy i nie pojechał na pogrzeb ojca, który zmarł w marcu 1933 r. Okazjonalnie kradł żywność. Było ciężko. Przez jedno lato Pollock pracował jako drwal w Big Pines w Kalifornii. Ludzie często mu stawiali drinki, żeby zobaczyć jego dziwaczne wybryki gdy upijał się do nieprzytomności. Pracował też jako dozorca w szkole, w której nauczycielem był najstarszy brat,

W 1938 roku przeszedł załamanie nerwowe i przez kilka miesięcy pozostawiał go w oddziale psychiatrycznym.

W 1941 próbował leczyć się z alkoholizmu i poddał się psychoterapii jungowskiej.

W 1942 spotkał Lee Krasner i to odmieniło jego życie, uratowała go. To była pokrewna dusza, malarka. Od razu dostrzegła w nim coś. Nie mogła pozwolić by talent się zmarnował.

Lee Krasner urodziła się jako Lena Krassner, szósta z 7 dzieci.

 27.10.1908=28=1

Jako 13 latka ustaliła swój cel życiowy – profesjonalna artystka. Potem szukała odpowiedniego imienia. Nie chciała być Leną, była Lenore, a potem Lee, żeby ukryć swoją płeć (gender było już dawno). Wyrzuciła s z nazwiska.

Lena Krassner     1/11/8/3

Lenore Krassner  1/8/8/9

Lee Krasner        1/9/11/7

Od razu widać, że dobrze wybrała.

Przeznaczenie – 1 – silna osobowość, odważna i ambitna, przebojowa i niezależna.

Charakter – 11 – wrażliwa z urodzenia, 8 – byłaby interesowna, realizowała się jako – 9 – mądra.

Osobowość – 8 – władza nad innymi – to ona nosi spodnie w związku, zmieniła na 11 czyli wrażliwą, ale nie bezbronną osobę. Kochanka myślała, że może sobie zabrać jej męża. Niemożliwe.

Liczba duszy – 3 – artyzm i piękno, zmieniła, a właściwie dodała 7 – filozof, bogate życie wewnętrzne, co sprzyja zawodowi jaki wykonywała. Była malarką, która najlepsze obrazy namalowała jako wdowa.

Gdy miała 26 lat zatrudniono ją do malowania murali, potem pracowała jako modelka, kelnerka (wielki kryzys). Cały czas malowała, znała wszystkich artystów w NY. Wiedziała z kim rozmawiać i komu pokazać prace Jacksona. W lipcu 1943 poznała go ze sponsorką Peggy Guggenheim (6 – bardzo ciekawa postać) i namalował dla niej ogromny obraz.

Lee dla Jacksona była wyrocznią, uczyła go o sztuce współczesnej, kształtowała jego styl. A właściwie umiejętnie go prowadziła. Ufał tylko jej. Ona malowała mniej, bardziej skupiała się na mężu. John Bernard Myers, znany handlarz dziełami sztuki, kiedyś powiedział, że "nigdy nie byłoby Jacksona Pollocka bez Lee Pollock". Niektórzy mówili, że Pollock był jej Frankensteinem.

Ale ona takie miała przeznaczenie i postępowała zgodnie ze swoją numerologią. Czuła, że Jackson jest wielkim artystą. I Jackson dobrze na tym wyszedł. Oboje mieli intuicję i podświadomie czuli, że są dla siebie stworzeni.

Pobrali się w październiku 1945, Jackson miał wtedy 33 lata, a Lee 37.

Październik – 1 – wiadomo kto rządzi w tym związku. Jedynka Lee.

Związek 6 z 1, czyli Wenus ze Słońcem – Szóstka wnosi do związku piękno i miłość, a Jedynka cieszy się, że ma dla kogo pracować, opiekuje się wrażliwą Szóstką. To dobry układ. Wenus ogrzewa się w Słońcu.

W związku powinna rządzić liczba mistrzowska, ale Jackson się do tego nie nadawał. On nie tworzył związku. On tylko umiał malować. Pragnął uznania, podziwu i wyłącznej uwagi. Trochę męczący.

W listopadzie 1945 przeprowadzili się na wieś do Springs. Lee miała nadzieję, że nie będzie pił, bo koledzy zostali w NY. Za pożyczkę od Peggy kupili dom ze stodołą, w której urządzili studio.

Wtedy zaczął malować na płótnie rozciągniętym na ziemi, bo farba nie spływała, to dobry pomysł. Mógł po nim chodzić, malować z różnych stron, stosować wszystkie techniki, jakie mu przyszły na myśl (albo demonowi), być w obrazie.

Katalog przedstawiający jego pierwszą wystawę opisał talent Pollocka jako "... wulkaniczny, ma ogień, jest nieprzewidywalny, niezdyscyplinowany, rozlewa się z siebie w mineralnej niemocy, jeszcze nie skrystalizowanej.” Nie ma lepszego opisu jego twórczości, zapisanej w numerologii.

Najlepszy okres w twórczości to lata 1947-1950. Nie dziwi mnie, że wtedy właśnie namalował obraz Lucyfer :) przesiąkał go alkohol i demon.

Do malowania używał twardych pędzli, patyków, noży, strzykawek, często wylewał farbę prosto z puszek, piasku, szkła. To takie malarstwo akcji. Obraz przestał być fotografią, a stał się wydarzeniem. Żadne tam postaci, czy martwe natury. Nie ma horyzontu, pierwszego czy drugiego planu, nie wiadomo gdzie góra gdzie dół. Wzorował się na pracach ukraińskiej artystki Janet Sobel, które widział w 1946 r. Inspirował go każdy artysta, nawet Picasso, którego próbował naśladować (XI 1939 Guernica). Gdy wypracował swój własny styl, to inni artyści do niego przyjeżdżali jak np. polski artysta Edward Dwurnik.

Każdy artysta szuka inspiracji, a potem maluje na swój sposób. I to widać w ich pracach.

Magazyn Life 8 sierpnia 1949 r. uznał Pollocka za największego żyjącego malarza w USA. Potem wywiady, sesje zdjęciowe, uznanie świata. Był w centrum uwagi. I o to mu chodziło. Ego nakarmione.

Potem Pollock zaczął zmieniać styl (5 w duszy z urodzenia) i zaczął robić czarne wylewy (nieładne). Żadnego nie sprzedał. Potem zmienił galerię na bardziej komercyjną, malował znowu kolorowe obrazy i sprzedawał. Było bardzo duże zapotrzebowanie. To nie pierwszy artysta, który malował to co chce klient. Presja była ogromna, więc pił coraz więcej. Artysta, żeby żyć musi malować co chcą inni.

Malował tak dużo, że zaczął oznaczać obrazy numerami, a nie tytułami. Uważał, że liczby są neutralne i każdy może sam poczuć co widzi i jak to odczuwa, bez nazw.

Artysta maluje co mu w duszy gra, nie powinien nazywać obrazów. Jednak jakoś trzeba je odróżniać od siebie. Beksiński też nie nazywał swoich obrazów, ani nie numerował.

W roku 1954 Pollock stracił wenę. Pił na umór i nie miał już pomysłów na obrazy, demon wziął go całego i prowadził do nieuchronnej śmierci. Miał 42 lata i osiągnął szczyt swoich możliwości (cykl 33+9=42), spotkał się Saturn z Księżycem, osiągnął wszystko o czym marzył. Powinien wyznaczyć sobie nowy cel. Zamiast tego pił codziennie, pogrążał się w otchłani.

Robił jakieś kompozycje z drutu, gipsu i gazy, ale w 1955 r. niczego nie namalował.

W 1954 r. złamał kostkę gdy wracał do domu z de Kooningiem i wpadli do rowu. Pił. Potem w lutym 1955 r. znowu złamał nogę. Dostał wtedy samochód, ciemnozielonego Oldblossa z 1950 r. za 2 „czarne” obrazy.

Nadszedł 1956 r. Pollock skończył 44 lata.

Pojawiła się nowa kochanka Ruth Kligman. Czy 48-letnia żona mogła konkurować z 26-latką, wyglądającą jak Elizabeth Taylor czy Rita Hayworth. On od 2 lat nic nie namalował, żył napędzany alkoholem, a tu pojawiła się piękna kobieta zapatrzona w niego jak w obrazek. Ruth była zdeterminowana wziąć sobie Pollocka.

To zdjęcie wykonano podobno w dniu śmierci artysty.

Artystka Audrey Flack wspominała, że w 1956 zaprzyjaźniła się z nią. Kligman spytała jakich zna najlepszych artystów, których ona powinna poznać. I ona odpowiedziała: 1.Jackson Pollock, 2.Bill de Kooning i 3.Franz Kline. Potem jeszcze powiedziała gdzie się spotykają, jak wygląda Pollock i gdzie lubi siedzieć przy barze. Narysowała nawet mapę. Tej nocy Ruth poszła do baru i usidliła Pollocka. Wszystko było zaplanowane, choć ona mówiła (w swojej książce z 1974 r.), że spotkanie było przypadkowe. Żyją jeszcze ludzie, którzy wiedzą jak było.

Data ur. 25.01.1930 = 21=3   3/8/4/4

Jako Trójka interesowała się sztuką, którą studiowała. Była wygadana i żywiołowa. Miała intuicję (21), wiedziała jak dotrzeć do artysty.

Liczba ekspresji – 8 – cechą główną jej charakteru było zdobycie władzy i pieniędzy. Pollock był sławny i odnosił sukcesy, a ona widziała siebie jako jego żona.

Liczba osobowości – 4 – na innych robiła wrażenie osoby wiedzącej czego chce i to osiągającej.

I mieli rację, bo w jej duszy – 4 – gdy tylko zrodził się plan, ona umiejętnie go realizowała, punkt po punkcie. Czwórka to budowanie struktur.

Latem Lee miała dość tego trójkąta i wyjechała do Europy. Podobno tego dnia gdy wsiadała na pokład transatlantyckiego oceanicznego liniowca kochanka wprowadziła się do ich domu, a w jej szafie zawiesiła swoje ubrania. Uzasadniała to potem tym, że bardzo pragnęła, żeby Pollock zaczął znowu malować, a ona będzie sławna, że to dzięki niej. Ciekawe co by zrobiła gdyby Lee wróciła.

Pollock pił już bez trzeźwienia. Bez żony marniał.

11 sierpnia 1956 r. Pollock cały dzień popijał dżin. Wieczorem wsiadł do zielonego kabrioletu. Wraz z Ruth Kligman i Edith Metzger pojechali na koncert. Gdy wracali Pollock stracił panowanie na zakręcie i się rozbili, kilometr od domu. Była 22:15.

Kierowca i koleżanka zginęli na miejscu. Ruth przeżyła, ale nie zamierzała usunąć się w cień, gdy kochanek zginął. Pozwała wdowę o odszkodowanie za wypadek. Dostała 10 tys.$.

Rok wcześniej w podobny sposób zginął słynny aktor James Dean. Opinia publiczna połączyła oba wypadki, tworząc wokół malarza tragiczną legendę samobójcy. Nazwano go nawet Jamesem Deanem amerykańskiego malarstwa.

W 1957 roku Kligman związała się na 4 lata z artystą nr 2 Willemem de Kooning, który akurat był w separacji (oboje dużo pili). Przez resztę życia sypiała ze wszystkimi znanymi artystami, całowała się nawet z Andy Warholem (sławna puszka zupy). I walczyła o uznanie obrazu, który Pollock miał niby namalować. Opowiadała, że przed śmiercią przyniosła artyście płótno rozpięte na desce i on namalował dla niej obraz. Na łące. I byli tacy szczęśliwi. Bajki. Szczęśliwi ludzie nie piją i nie rozbijają się na drzewie. Nikt tego obrazu, który został pokazany w latach 80, nie uznał za jego dzieło. Miał się niby znajdować w mieszkaniu artysty nr 3, Franza Kline'a, kolejnego kochanka. Na nikim obraz nie zrobił wrażenia i nie został uznany za oryginał. Lee Krasner jawnie gardziła byłą kochanką męża, która na tej śmierci chciała zarobić.

Poeta Frank O'Hara nadał jej przydomek “death-car girl”, który prześladował ją do końca życia.

Ruth Kligman zmarła w 2010 r., miała 80 lat.

Chyba jednak wszystkie ważne obrazy namalował po pijaku.

Po śmierci Pollocka wdowa została jedynym spadkobiercą spuścizny. Już 4 miesiące po pogrzebie Lee zorganizowała wystawę retrospektywną w MoMie. Umiała po mistrzowsku zarządzać majątkiem. W 1985 r. powstała fundacja Pollock-Krasner, która zajmowała się katalogowaniem prac, uwierzytelniała obrazy i rysunki, które były w rękach innych. Przez 28 lat Lee dbała o wizerunek męża, przyczyniła się do wzrostu cen jego obrazów i wzrastającej popularności abstrakcjonizmu.

Lee Krasner zmarła w 1984 r., miała 76 lat.

To dzięki żonie Jackson Pollock jest znany do dziś. Stworzył nowy styl, ekspresjonizm abstrakcyjny. W jego obrazach coś jest. Wykonywano komputerową analizę fraktalną, żeby odróżniać oryginały od podróbek. Udowadniano, że nie ma przypadkowości w niby przypadkowych liniach. Wpatrując się w jego obrazy można dostrzec co się chce.

I jemu właśnie o to chodziło.

Miał szczęście, bo za życia był już sławny. Przeszedł do historii.

Wiedział o tym, a raczej przeczuwał to.

 

Tagi: 33
23:37, bajka107 , numerologia
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 maja 2018

Znowu byłam świadkiem publicznego upokarzania. Czyżby normą było upadlanie syna przez ojca? Obaj są dorośli. Usiłowałam kilka razy zażartować, żeby ojciec się opamiętał. Nic z tego, nie zrozumiał aluzji. Nie zrozumiałby nawet uwagi wprost. Bo tacy tatusiowie są upośledzeni umysłowo. Czegoś im braku. I nie jest to brak empatii czy uczuć wyższych. Oni są zamknięci na miłość do swojego dziecka. Realizują jakiś swój plan i nie mają wyrzutów sumienia. Dlaczego rodzice nie kochają swoich dzieci? Ojcu sprawia przyjemność poniżanie syna przy innych ludziach. Każde słowo zostawia ranę. Źle mi z tym.

Na początku dbają o dzieci, a potem musztrują. A gdy napotykają opór, to upokarzają, żeby było jak oni chcą. Czy słowa: jesteś głupi, czy nie umiesz niczego zrobić porządnie, tyle razy ci mówiłem, nic nie umiesz dobrze zrobić … mają zmienić syna? Raczej spowodują, że ojciec nie ma autorytetu. I jakoś trzeba sobie radzić. Wszyscy obecni tego słuchali i nikt się nie ujął za młodym człowiekiem. Nic nie można zrobić. Nie szanuję takich ludzi, staram się ich omijać, ale są takie spotkania, że trzeba być.

Mało zabawne. Dziecko to człowiek, a nie zabawka.

Niedawno umarł taki ojciec. Na różnych spotkaniach, wakacjach, słyszałam tresowanie jedynaka. Codziennie były wyzwiska, ty głąbie, ty głupku, niczego nie potrafisz, nic z ciebie nie będzie. Chłopak dorósł, ale nie umiał stworzyć związku z dziewczynami. Kiedyś powiedział, że nie będzie mieć dzieci, bo mógłby im zrobić to co zrobił jemu ojciec. W końcu zamieszkał z kobietą z dzieckiem, ale nie jest dla niego ojcem. Jego życie jest zniszczone. Słabo radzi sobie w pracy, nawet nie wie co chciałby robić. Jest po 40-ce i stoi w miejscu. Zmarła mu matka, która chorowała na Alzheimera. Ojciec umierał sam, syn czasem go odwiedzał, ale nie umiał opiekować się swym oprawcą. Gdy wyzionął ducha, to nic się nie zmieniło. Słowa w głowie zostały i hamują. Ma zmarnowane życie.

Ciekawe, że obaj sadyści byli starymi rodzicami, bo synowie urodzili się gdy skończyli 40. Starzy rodzice są zbyt mądrzy. Dziecko traktują jako swoją własność i mogą kształtować drugiego człowieka na swój obraz, przenoszą na nich swoje niespełnione marzenia, nie umieją się cieszyć z osiągnięć, zawsze są niezadowoleni.

Nie można pomóc takim skrzywdzonym ludziom. Najbliższa osoba zniszczyła im życie. Można tylko jakoś żyć. Przetrwać.

Właśnie teraz „przypadkiem” obejrzałam film Płoty (Fences). Trochę za długi, jak na film pokazywany w tv. Wcześniej ten temat grany był na Brodwayu przez Denzela i Violę. Dostali Tony.

Nakręcenie filmu było łatwe, bo role mieli obcykane. Czekałam na jakąś receptę, na jakieś sensowne rozwiązanie, ale się nie doczekałam. Denzel gra takiego tatuśka, który niszczy swego syna i żonę. Sam niczego nie osiągnął i nie może dopuścić, żeby synowi udała się kariera sportowa. Wyrzuca go z domu, a ten zaciąga się (ucieka) do wojska. Denzel dobrze gra takiego prostaka. Przenosi sytuacje z boiska na realne życie. Powtarza, że każdy jest panem swego losu, ale rodzinie nie pozwala na realizowanie siebie. On jest panem rodziny. Warto ten film obejrzeć choćby ze względu na scenę, w której informuje żonę, że ją zdradza i będzie ojcem. To chyba za tą scenę Viola dostała Oscara. Jest świetna. Ja postąpiłabym inaczej, ale żyję w XXI wieku, a ona w latach 50-tych ubiegłego. Troy, ten potwór, nie ma wyrzutów sumienia, że zniszczył wszystkim życie. Wszyscy tańczą do tego jak on zagra. Bo tacy ludzie nie mają sumienia, więc nie ma wyrzutów. Ich śmierć niczego nie rozwiązuje.

Pomijam inne wątki, bo mnie mało interesowały. Gdy Troy mówi do syna – ty czarnuchu! – to śmiać się chce. Bohaterowie są czarni. Wskazanie na kolor skóry jest oczywiste, nie może być obelgą. A jest. Dlaczego nie powiedział – ty białasie, albo ty żółtku. Nie ma to wydźwięku obelgi. Trochę to naciągane. Kto tu miał uprzedzenia rasowe.

Troy buduje płot wokół rodziny. Sam go przekracza kiedy chce. Ogrodzenie nie zapewnia nikomu bezpieczeństwa, przed niczym nie chroni.

Koniec filmu jest mało optymistyczny - każdy idzie do nieba, bez względu na to jakim był człowiekiem. Ciężko w to uwierzyć, chyba, że wiemy, że odgrywamy tylko pewne role. To jak sobie z tym poradzimy to nasze. Śmierć zabiera złego człowieka, a zostaje skrzywdzony, który nie umie sobie z tym poradzić. Dużo czasu upłynie zanim rany na duszy przestaną boleć. A mogło być pięknie.

Dzieci kochają bezgranicznie swoich rodziców, często bez wzajemności.

Temat ponadczasowy, bo ciągle rodzą się tatuśkowie, którzy nie kochają swoich dzieci i psychicznie je molestują. Nic nie można na to poradzić, bo oni o sobie mają wysokie mniemanie.

Ten film będzie w HBO 24 i 25 maja. Jest też do obejrzenia w cda.

Ile to już filmów nakręcono o patologiach w rodzinach. Nikt niczego się nie uczy.

Dzieci nie są własnością rodziców. Rola rodzica jest ochrona przed niebezpieczeństwami i umożliwienie samorealizacji.



23:32, bajka107
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2018

Lubię znajdywać jedno słowo, które dobrze określi człowieka lub rzecz. Gdy myślę w jakim świecie żyję to powiedziałabym, że świat mi się kłania.

Na pewno zachodzi interakcja, która jest dla mnie dobra.

Pisałam kiedyś, że mój bank otworzył oddział specjalnie dla mnie, obok miejsca mojej pracy. Pracowałam tam kilka lat, a gdy zaczęło mi przeszkadzać jeżdżenie po mieście z kasą, to o rzut beretem pojawił się wpłatomat. Wydawało mi się to zabawne, ale przecież banki otwierają swoje oddziały gdzie chcą, wcale nie musi to być „dla mnie”. Na początku grudnia zmieniłam miejsce pracy, a 17 stycznia bank zamknął swój oddział. Mnie nie był już potrzebny ;)

Świat ułatwia mi życie. Zawsze mam zieloną falę gdy potrzebuję przejść przez jezdnię. Kilka razy nawet popsuła się sygnalizacja. Jechałam tramwajem i widziałam, że piesi już mają zielone. Więc gdy ja dojadę będzie czerwone. Nic to poczekam. Jednak gdy wysiadłam to zielone ciągle było, nawet niektórzy kierowcy zaczęli się denerwować, bo coś im było za długo. Nie wiedzieli, że to dla mnie. Nieustannie mnie to bawi i oczywiście dziękuję światu, że tak o mnie dba.

Wspomnę tylko, że szukałam etui do mojego tableta. Ma 9,6 cala, a nie 10. Wszyscy mają etui na telefony, a do tabletów nie. Kupiłam w punkcie, w którym pan naprawił mi smartfon. Idealny dla mnie, cena niższa niż w necie. Jakby czekał specjalnie dla mnie. Jako stały (2 wizyta) klient dostałam upust. Tak się tworzą relacje. Szukam teraz elektryka, zniknął mi numer z listy i już mi kogoś polecono, oczywiście z upustem, bo po znajomości.

Od 2 tygodni kupuję prezenty. Oczywiście mam listę. Jedne produkty przychodzą ok. 23 godzin, a inne kilka dni. Wkurza mnie jak tacy leniwi sprzedawcy żądają opinii. Nie reaguję, bo musiałabym napisać prawdę. Jak uzasadnić 3 dni patrzenia na konto bankowe, na którym już jest zapłata. A zapakować i iść na pocztę to się nie chce.

Ostatni prezent zamówiłam w poniedziałek. Musiałam zadzwonić do BOK, bo w opisie był termin 4-8 dni. Ja wiem, że firmy tak się zabezpieczają, ale co mają zrobić spóźnialscy, którym zależy na czasie. Jeszcze nigdy nie szłam na imprezę bez prezentu, a byłam świadkiem, że prezent innych przychodził po kilku dniach. Nie wiadomo wtedy co dać. Dowiedziałam się, że najlepiej zamówić nie do paczkomatu, jak zwykle to robię, a za pobraniem. W środę dostałam sms, że paczka już jest u kuriera i podano mi widełki w jakim czasie mam się go spodziewać. Wszystko zaplanowałam wcześniej, a potem dzwoni ktoś i mówi, że będą wcześniej. Ale mnie nie będzie. I wtedy dowiedziałam się, że blisko mnie (6 minut pieszo) jest punkt firmy transportowej i mogę odebrać kiedy chcę, do 18tej.

Lepiej być nie może.

Zdążyłam jeszcze w międzyczasie kupić kosmetyki. Odkąd używam naturalnych nie mogę komuś kupić czego innego. Organicznie nie znoszę organicznych, ale tylko ze względu na ich cenę. Można w normalnej cenie kupić kosmetyki naturalne, bez chemicznych konserwantów. Przy okazji kupiłam też sobie. Umęczyłam się tym chodzeniem ;)

 

Nie polecam kosmetyków, bo każdy ma inną skórę i lubi inne zapachy. Ja lubię owocowe. Polecam naturalne, nie szkodzą skórze i środowisku.

Jak mi ekspedientka dała do powąchania to urzekł mnie ten zapach. Uwielbiam jagody, borówki na surowo, w dżemie, w cieście, w soku (drogie). Nie wpadłam na pomysł, żeby się smarować jagodami. Więc mam mus. A co :)

Kupowałam dzisiaj też farbę do włosów, chemiczną, ale bez amoniaku. Co jakiś czas jest promocja i jest tańsza o 7 zł. Nie kupuję po cenie półkowej. W jednym sklepie nie było mojego numeru, a kolejnym też nie. Zajrzałam do 3, też nie było, ale widziałam, że część pudełek jest odwrócona. Ekspedientka usiłowała mi wmówić, że numery się zmieniają, więc może kupię inną. Nie, chcę moją. Włożyłam rękę głęboko między pudełka i wyciągnęłam właśnie mój numer. Czyżby mój kolor był chodliwy? Inne stały i czekały, ale nie na mnie.

Wszystko co mnie ostatnio spotkało wprawiło mnie w dobry nastrój więc zajrzałam, po drodze do domu, do greenpointa, bez szczególnego celu. Pomyślałam o lawendzie. W zeszłym roku miałam, ale nie udało mi się ją wybudzić. Teraz z 15 doniczek wybrałam jedną, choć wszystkie były prawie jednakowe. Sprzedawczyni, a właściwie znawczyni roślin, powiedziała, że mam dąb i pokazała coś między łodygami. Nie wiedziałam o co jej chodzi, a ona pytała czy to usunąć.

Myślałam, że to ślimak, więc go nie wezmę do domu. A ona mówi, że to ziarno dębu i że mogę wsadzić do ziemi to mi wyrośnie dąb. No nieźle. Okazało się, że ziarno już się zakorzeniło, więc zdjęłam skorupkę i czekam co będzie dalej. Jak podrośnie to jednak przesadzę. Za tą wartość dodaną nie musiałam dopłacać. Jakie jest prawdopodobieństwo znalezienia żołędzia w lawendzie, jak wokół nie ma drzew?

Moje wszystkie storczyki (3) uczciły lato kwitnąc na potęgę.


W jednej doniczce mam 27, w drugiej 14, a w ostatniej 6 kwiatów. One lubią być podziwiane i nie marnieją od „złego oka”. Więc podziwiam co cieszy oko.

Tylko człowiek może docenić piękno przyrody, zwierzęta i AI tego nie potrafi.

O pogodzie nie będę pisała, bo zawsze jest taka jak chcę. Wczoraj wokół grzmiało i nic. Ale w nocy może padać, widocznie już się wypadało gdzie indziej. Może pogoda chce mi sprawiać przyjemność, codziennie.

Ustawiam sobie pogodę, bo mogę. Sprawdziłam to. Podobnie jak rekin finansjery Gordon Gekko z filmu Wall Street. On też mówił, że niszczy ludzi dla kasy, bo może. Dziwne, że po takim filmie ludzie jeszcze topią swoje pieniądze na giełdach. On krzywdził ludzi, bo mógł, ja ułatwiam sobie życie, bo mogę. On niczego nie tworzył, on posiadał, ja tworzę przyjazną przestrzeń wokół siebie. A świat jest z tego zadowolony, bo mi się kłania, codziennie.

Gdybym nie musiała jeździć do centrum do pracy to w promieniu 1 km mam wszystko czego mi trzeba. Nawet rodziców ;) Koleżanki i przyjaciółki niestety trochę dalej, a niektórzy za granicą. Ale od czego mamy technologię.

Nie jestem optymistką. Raczej realistką. Po co się martwić na zapas. Trzeba dobrze wykonywać swoją pracę i tyle. Inni też przecież to mogą robić.

Sposób myślenia przyciąga sytuacje. Jak Dr WHO – zawsze zakładał, że będzie górą. Wie, że zawsze jest jakiś sposób, żeby przetrwać, trzeba tylko to odkryć. On ma też ogromną wiedzę, która jest przede mną zakryta, jeszcze. Im więcej wiesz tym łatwiej sobie radzić w życiu.

Świat wokół jest fizyczny, ale nie martwy. Dawno temu czytałam Solaris. Chyba za wcześnie się zabrałam za Lema, bo jego książki mnie przerażały. Teraz już nikt nie czyta takiej literatury. W powieści pada takie zdanie (chyba), że planeta wie, że jest obserwowana. Oczywiście człowiek zapytał: a czego ona chce? A dlaczego miałaby czegoś chcieć! Lem był mądrym człowiekiem. Kwintesencja tego co chciałam tutaj przekazać. Ja napisałam 2 strony, a Lem 2 zdania. Na tym polega geniusz.

Polecam przeczytać, ale jak nie dasz rady, bo za długie, bo nie masz książki (są wszystkie w antykwariatach, różne wydania) to zobacz chociaż film z 2002 roku. Jak się zna książkę to trudno się to ogląda, ale przekazuje treść. Zachwyciłam się Violą Davis. Zanim została znana jako brawurowa prawniczka z serialu (Sposób na morderstwo), to grała w wielu filmach, różne role, 2 i 3 planowe. Ale zawsze mnie urzekała, bo się wyróżnia na tle innych, jaki ona ma warsztat! Lubię takich ludzi – wykonują dobrze swoją pracę. Dobry też był znany z Lost Jeremy Davis (w Cudownych latach miał 23 lata). Clooney nijaki, nazwisko to nie wszystko.

A więc moja planeta też mnie obserwuje, niczego ode mnie nie chce i kłania mi się codziennie. Niech tak będzie.

A w sobotę impreza i pyszne jedzonko w dobrym towarzystwie :)))

 

 

22:33, bajka107
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 maja 2018

Dostałam dzisiaj od klienta prezent z podróży na Bliski Wschód.


Nie odgadłam co to. Poczułam się jak dziecko, które myśli, że mleko jest z supermarketu, a pieniądze ze ściany. Jemy różne rzeczy, a nie wiemy jak dokładnie rosną.

Wygląda jak ogórek po przejściach. Pachniał jak śliwka, więc to chyba owoc. Musiałam zacząć to jeść, żeby odgadnąć resztę.

No i wszystko jasne. To owoc migdałowca, a nasiono zwane jest migdałem. Mój owoc był miękki, bez zdecydowanego smaku, nie słodki, a nasionko nie smakowało jak migdał ze sklepu. To owoc z innego świata.

Syryjczycy jedzą je zrywając owoce prosto z drzewa. Cały owoc zawiera witaminę C, o czym wszyscy tam wiedzą. Wystarczy tylko to wiedzieć, żeby być zdrowym.  Ludzie się tam nie przeziębiają, taki mają klimat. Migdałowce są teraz bardziej popularne w uprawach niż kapryśne oliwki.

Można zrównać rakietami ziemię, zniszczyć wszystko, a rośliny i tak przetrwają. Wystarczy, że jeden owoc spadnie na ziemię i w niej przetrwa.

Migdałowiec zwiastuje wiosnę, kwitnie już w lutym, często w ciągu 1 nocy obsypuje się różowymi kwiatkami. Jak na obrazie Van Gogha namalowanym dla bratanka. W lutym 1890 roku malarz przebywał w Saint-Rémy, kiedy zaczęły kwitnąć drzewa migdałowe. No to je namalował. Bratanek dostał imię po słynnym wuju. Malarz namalował w sumie 3 obrazy z tym motywem. wojciechkarpinski.com/van-gogh-migdalowiec

Akurat na tapecie mojego smartfonu mam Sunflowers Van Gogha. Dobrze mnie nastraja. Wszystko jest ze sobą połączone.

Mała rzecz, a cieszy. Uśmiechałam się przez cały dzień. Że też komuś się chciało zerwać kilka owoców i mi je przywieźć, 4 tys. km. Inni wolą coś kupić na lotnisku. Ja to mam szczęście.

To był dobry dzień :)

 

Przy okazji: nie polecam 2 sezonu Westworld. Spodziewałam się zamiany ról, a dostałam strzelankę. Chyba scenariusz pisali gimnazjaliści. Dolores była interesująca, a jest żenująca. Szkoda czasu.

 

22:33, bajka107
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 maja 2018

Zostałam poproszona o zajrzenie w mądre książki i znalezienie co oznaczają choroby skóry. Gdy lekarze nie mają pojęcia jak leczyć, co może być przyczyną różnych wyprysków, chory dalej szuka pomocy i przyczyny choroby. Albo nie szuka i zdaje się na maście, sterydy, diety cud, czy co tam jeszcze. Wizyta u lekarza musiałaby trwać godzinę, żeby można było w wywiadzie dobrać odpowiednią kurację.

Przemywanie skóry, stosowanie naturalnych maści, makijaż z toną pudru, może pomóc przetrwać dzień wśród ludzi. Ale choroba jest i nie znika.

Ja uważam, że choroba zaczyna się w głowie i dojrzewa w polu otaczającym człowieka (astralu). Niektórzy mogą zobaczyć tam jakieś anomalie, ale nie powinni tego naprawiać. Bo choroba wróci w innym miejscu i trudno będzie znaleźć pierwotną przyczynę. Kiedyś mówiono, że 70% chorób ma podłoże psychosomatyczne, a teraz, że ponad 95%. Nie można za wszystko obwiniać stres.

 

Hipokrates był mądry i zauważył, że:

Jeżeli ktoś pragnie zdrowia,

najpierw należy go zapytać,

czy jest gotowy pozbyć się

przyczyn własnej choroby.

Jedynie wówczas można mu pomóc.

Bo niektórzy naprawdę lubią chorować i udają, że chcą wyzdrowieć. Ja w czasach szkolnych mdlałam ;)

Najlepiej to widać u chorych na raka. Przestałam współczuć osobom, które „walczą” z chorobą”, bo są jeszcze młode, mają małe dzieci, które je potrzebują, mają plany na przyszłość itp. bzdety. To nie są powody do wyzdrowienia, a ego. Żeby wyzdrowieć trzeba dotrzeć do źródła problemu i go zaakceptować, a potem zmienić swoje przekonania. Ja wiem, że nie każdy to potrafi, ale spróbować może każdy, kto naprawdę chce. Użalanie się nad sobą (dlaczego mnie to spotkało) hamuje proces zdrowienia. Nie wspieram w żaden sposób takich osób.

O skórze pisałam już 3 miesiące temu Skora-i-wiosna Nie będę się powtarzać.

Oto wyciąg z 4 książek (podawałam kiedyś jakie mam) na temat wybranych chorób skóry, hasłowo.

Za każdą chorobą kryje się problem.

Skóra ma związek z poczuciem własnej wartości. To osłona ciała, reprezentująca obraz nas samych o sobie. Wszystkie problemy skórne wiążą się z poczuciem wstydu. Osoba taka przywiązuje zbyt dużą wagę do tego co powiedzą o niej inni. Nie pozwala sobie na bycie sobą i łatwo siebie odrzuca. Jest wrażliwa na to co dzieje się na zewnątrz, bardzo łatwo ją dotknąć, a jej samej trudno pokochać siebie taką jaka jest.

Problem skórny jest świetną metodą, aby oddalić od siebie innych. Skóra pomaga nawiązać kontakt z innymi, ale może też go zerwać. Osoba może tak bardzo wstydzić się tego, kim jest lub mogłaby być, że odmawia sobie przywiązania do kogokolwiek i wykorzystuje problemy skórne jako usprawiedliwienie. W ten sposób staje się kimś, kogo nie można dotknąć. W takiej sytuacji chciałaby również zmienić skórę.

Im bardziej problem skórny jest widoczny i przeszkadza co, tym ważniejsza jest wiadomość, że przeszkadzają ci twoje przekonania oraz sposób myślenia o sobie i najwyższy czas byś to dostrzegł. Aby zmienić obraz samego siebie poświęć trochę czasu na zanotowanie wszystkich zalet, jakie posiadasz, każdego dnia dopisując do listy kolejną.

Pozwól sobie być człowiekiem obdarzonym zarówno zaletami jak i wadami, słabościami, ograniczeniami oraz lękami, bez przekonania, że nic nie jesteś wart. Masz prawo do podejmowania decyzji, aby ratować swoją skórę, nie oskarżając się nawet wówczas, gdy decyzje te nie odpowiadają tym których kochasz. Twoja wartość zależy od zalet serca, twojej wyjątkowości, a nie od tego, co dzieje się w świecie fizycznym.

Egzema – chory żyje w lęku o siebie i swoją przyszłość. Z braku zaufania do siebie często popada w rozpacz, bojąc się, co przyniesie jutro. Osoba ta powinna nauczyć się wyrażania własnych uczuć.

Alergia to wrażliwość organizmu na obcą substancję. Alergik bardzo często czuje niechęć do kogoś z zewnątrz i ma trudności z zaakceptowaniem jakiejś osoby lub sytuacji. Łatwo ulega wpływom innych, zwłaszcza tych, na których sam chciałby mieć wpływ.

Osoba z alergią przeżywa wewnętrzną sprzeczność: jedna jej połowa czegoś pragnie, druga jej tego zabrania. W stosunkach z ludźmi: uzależnia się od kogoś, jednak coś jej podpowiada, że powinna uwolnić się od tej zależności. Chory chce też zwrócić na siebie uwagę, zwłaszcza jeśli alergia prowadzi do ataków duszności, w których niezbędna jest natychmiastowa pomoc. U dzieci alergia związana jest ze sprzecznymi oczekiwaniami każdego rodzica, którzy różnią się w ocenie dziecka, czy mają inne poglądy na jego wychowanie. Dziecko nie umie wybrać i ucieka w alergię.

Jeżeli cierpisz z powodu alergii, jak najszybciej znajdź osobę (sytuację), wobec której czujesz niechęć, równocześnie pragnąc jej akceptacji. Myślisz, że jeżeli będziesz zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami tej osoby, będziesz kochany. Musisz jak najszybciej przestać wierzyć, że aby być kochanym, trzeba być uległym.

Jeżeli jesteś uczulony na jakiś produkt spożywczy, być może nie potrafisz pozwolić sobie na czerpanie przyjemności z życia. Zwykle jesteś uczulony na to co bardzo lubisz. Choroba to nie jedyny sposób, aby być ważnym.

Jeśli masz atak alergii, to sprawdź co się wydarzyło w ciągu ostatnich 24 godzin. Kim jest osoba, która wydaje ci się nie do zniesienia. Patrz sercem.

Choroby skóry – niepokój, lęk, stare, pogrzebane rany, zagrożenie – przeszłość nie jest wybaczona i zapomniana.

Wysypka jest oznaką, że coś poruszyło cię wewnętrznie, wyszło na powierzchnię i stało się widzialne. Jeśli swędzi to zmusza cię do zajęcia się sobą.

Świąd pojawia się u osoby, która ma na coś wielką ochotę, jednak nie pozwala sobie na to, gdyż czuje się przez kogoś lub przez jakąś sytuację zablokowana. Powstrzymuje się, co wywołuje rosnącą niecierpliwość i rozgoryczenie. Sprawdź czy to czego chcesz jest realne i czy nie jest to po prostu zwykły kaprys. Pozwól sobie odłożyć go na później, ustąp i przestań chcieć wszystko regulować według własnego widzimisię. Jeżeli pragnienie to jest realne, miej odwagę na konfrontację ze swoimi obawami i przejdź do działania.

Zaczerwienienie skóry w formie plam, które nie bolą i nie swędzą, wskazują, że osoba kontroluje się, aby nie pokazać swego prawdziwego oblicza i odgrywać przyjętą rolę. Bardzo się stara, gdyż czuje lęk i wstyd przed tym, że mogłaby nie sprostać ideałowi, który sama stworzyła. Jednak w pewnym momencie wszystko i tak wychodzi na jaw. Osoby, które łatwo się czerwienią (twarz, szyja) kryją w sobie jakiś dawno przeżyty lęk, że nie uda im się stanąć na wysokości zadania, czyli nie mają pożądanej osobowości. Ogromną trudność sprawia im zaakceptowanie siebie takimi, jakie są. Uświadom sobie, że stworzyłeś ideał trudny do osiągnięcia i że inni z pewnością nie mają wobec siebie tylu oczekiwań.

Jeśli są nawroty choroby, tzn. że problem został potraktowany prowizorycznie. Jeśli poważnie nad tym popracujesz to choroba nigdy nie wróci.

Tą samą chorobę każdy przeżywa inaczej, bo ludzie różnią się między sobą. Leki na jednym działają na innych nie.

 

Wybrałam tylko to co dotyczy osób dorosłych i niektórych tylko symptomów, bo akurat zainteresowana osoba taka jest. Nie ma też tu przyczyn raka skóry.

Teraz trzeba to przeczytać, potem jeszcze raz i zastanowić się co do mnie pasuje, czy ja rzeczywiście taka jestem. Siebie nie da się oszukać, niestety. Prawda uzdrawia.

Moim zdaniem osoba powinna uporać się z rozstaniami, zaakceptować, że ludzie do siebie nie pasują, na dłuższą metę mają inne priorytety, czego innego chcą od siebie i świata. Można udawać, ale na dłuższą metę jest to męczące i popełnia się błędy, a choroba ma okresy lepsze i gorsze.

Oczywiście, oprócz pracy mentalnej należy o siebie dbać, nie jeść ostrych przypraw, obierać wszystko ze skórki, przemywać, suszyć zainfekowane miejsca. Z mojego doświadczenia takie zdrowienie trwa do 10 dni, pod warunkiem, że szybko wpadniesz co ci jest i to naprawisz, czyli zmienisz sposób myślenia o sobie i zadowalania innych. I myślisz nad tym codziennie w każdej wolnej chwili z determinacją. A wolnych chwil mamy naprawdę dużo, zwłaszcza jak nie mamy czasu na nic. Na YT jest dużo filmów jak maskować problemy skórne, czyli udawać, że nic się nie dzieje. Graj w tę grę jak chcesz, albo idź za głosem Hipokratesa.

Internet w pracy nad sobą nie pomaga, bo tam każdy chce być Ironmenem, albo superlaską. A wieczorem trzeba zmyć maskę i spojrzeć w lustro kim tak naprawdę jesteśmy i na czym nam zależy.

Można żyć krótko i szybko. Twój wybór.

Ciekawe, jak się to dalej potoczy.

 

Archiwum
bajka107@gazeta.pl