Życie to wszystko co mam :
piątek, 29 czerwca 2018

Jak to się świat zmienił. Kiedyś ludzie jadali w swoich domach lub w gościach. Teraz chadza się do restauracji. W domach je się zwykłe jedzenie, w restauracjach chodzi się na spektakle kulinarne. To jedyna możliwość spróbowania czegoś wyjątkowego przygotowanego przez specjalistę. Wyznacznikiem dobrego jedzenia stały się oponiarskie gwiazdki. Większość szefów pragnie je zdobyć, bo za tym idzie popularność, zwiększona frekwencja i kasa. A potem jeszcze większy stres, który trzeba rozładować, żeby nie zabił. Nie wszyscy wytrzymują presję. I umierają, przedwcześnie. Gwiazdki daje się i odbiera. Wystarczy 1 błąd, gorszy dzień i gwiazdka odleciała. Szef jest na dnie.

 

W poniedziałek 24 lutego 2003 roku zmarł w wieku 52 lat Bernard Loiseau.

 

Francuski szef kuchni urodził się 13.01.1951= 3/9/6/3

Zaczynał w wieku 16 lat. Dostał wiele branżowych nagród. Dostał też 3 gwiazdki. Miał talent i charyzmę (3), wyrafinowany gust i styl kulinarny. Szybko piął się po szczeblach kariery. Wprowadził lekkość i świeżość do francuskiej kuchni. Gdy miał 24 lata został szefem kuchni, a 40 lat gdy dostał 3 gwiazdki. Napisał wiele książek, miał 3 restauracje, butik, linię mrożonek. Jego firma była notowana na giełdzie. W kuchni potrafił wszystko, wyznaczał trendy (3).

Po latach pracy zmienił się. Osiągnął co chciał, ale utrzymać 3 gwiazdki to stres. Był zadłużony, a konkurencja nie śpi. Podobno bał się utraty gwiazdki i wpadł w panikę. Wyniszczał się psychicznie.

Trójka z drogi życia i w duszy – za dużo – nadwrażliwiec, łatwo ją zranić. Lubi być chwalona, a jemu groziła utrata punktów lub gwiazdki. Wulkan wybuchł znienacka.

Znaleziono go w domu z postrzałem w głowę, po pracy w niedzielę. Uznano to za samobójstwo. Listu nie napisał. Jego restaurację prowadzi teraz wdowa.

 

W środę 8 lipca 2015 roku zmarł Philippe Rochat w wieku 61 lat i 8 miesięcy.

 

Był szwajcarskim szefem kuchni i właścicielem restauracji de L'Hôtel de Ville w Crissier w Szwajcarii. Urodził się 29.11.1953 = 4/3/9/3

Zaczął pracę jako 14 latek. Gdy miał 27 lat zaczął pracę w Crissier, a 36 lat gdy został jej szefem.

Był zdolny, utalentowany i miły. Restauracja miała 3 gwiazdki nieprzerwanie od 1998 roku i była zawsze wśród 50 najlepszych restauracji świata (16 miejsce). Pracuś – 4 – dokładny, zdyscyplinowany. 3 – trzeba kiedyś powiedzieć koniec. 9 – osobowość – robił wrażenie na innych.

Jaki inny zawód jest w stanie połączyć ziemię i gwiazdy?

W kwietniu 2012 przekazał restaurację następcy B.Violierowi, który pracował tam od 1996 roku.

Był zapalonym rowerzystą i poświęcał się tej pasji na emeryturze. 8 lipca 2015 r. podczas jazdy doznał lekkiego ataku, stracił przytomność i zmarł na miejscu wypadku. Szok dla wszystkich.

 

W niedzielę 31 stycznia 2016 roku zmarł Benoit Violier w wieku 44 lat i 5 miesięcy.

Był trzecim szefem kuchni restauracji de L'Hôtel de Ville w Crissier (3 gwiazdki), uznano go za najlepszego kucharza na świecie. Był perfekcjonistą.

Urodził się 22.08.1971 = 3/2/7/4

Był bardzo zdolnym kucharzem (3 – urok osobisty). Zaczął w wieku 16 lat, w 2013 miał 3 gwiazdki. Umiał wszystko. 2 – popadanie w skrajności, problemy same się rozwiążą.

Gwiazdki były dla niego ważne (4), musi być nagroda za ciężką pracę. Ogarniał go smutek, najpierw umarł jego ojciec, potem mistrz Philippe Rochat. Nie wytrzymał. Został znaleziony w swoim domu w Szwajcarii. Zamiast lecieć na uroczystość przyznania gwiazdek wziął broń i się zastrzelił. Podobno. A wychodząc z pracy powiedział do wtorku. Nie planował się zabić. Nic nie wiadomo czy zostawił list.

 

W piątek 21 kwietnia 2017 roku zmarł Paulie Giganti.

Ur. 31.08.1980 = 3/5/4/1

Kolejna Trójka – zabawny. Miał swoją restaurację w Filadelfii. Wschodząca gwiazda.

Był kucharzem, najbardziej znanym z uczestnictwa w Hell's Kitchen (4 miejsce uzyskał). Poszedł do konkursu, żeby się pokazać, podobno nie umiał gotować za dobrze. Pracowitością mógł się wszystkiego nauczyć (4). 5 (ekspresja) kazała mu próbować wszystkiego. Ale żył złudzeniami. Chciałby być prekursorem i np. wymyślić nowe danie (1). Nie zdążył niczego zrealizować. Wziął za dużą dawkę narkotyków i się nie obudził. Nie wie, że umarł.

 

W piątek 8 czerwca 2018 r. odszedł Anthony Bourdain 17 dni przed 62 urodzinami.

Jego śmierć jest powodem tego wpisu.

W pokoju hotelowym w małym miasteczku (2 restauracje z gwiazdkami) we Francji jego przyjaciel Eric Ripert znalazł go bez oznak życia. Potem policja stwierdziła, że powiesił się na pasku od szlafroka w łazience.

Nie wiedział, że umarł. Nie ma listu i nie miał powodu by się zabić. Bez kamery.

Anthony Michael Bourdain  ur. 25.06.1956 = 7/7/11/5

Siódemka buduje i niszczy. Nie ma w życiu równowagi. Nie miał kasy, ale był żonaty. Potem przyszła kasa i rozwód. Gdy został ojcem to był kolejnym rozwodnikiem.

Jako Anthony Bourdain = 7/1/11/8

Jako Tony Bourdain = 7/5/7/7 – kolejne siódemki - liczne kontakty towarzyskie (5), morze alkoholu (7 i 25 z dnia). Zwykły człowiek byłby alkoholikiem hulaką, on był hedonistą smakującym życie. Wszystko wypisane na twarzy, a wyglądał na starszego niż był.

Przestałam oglądać Bez rezerwacji gdy zjadł jakieś zwierzę pod ochroną na zamkniętym przyjęciu. Następny krok to kanibalizm, pomyślałam i nie chciałam go więcej oglądać.

Został kucharzem po lekturze książki Julii Child i pobycie we Francji. Stwierdził, że można się tego nauczyć. Pracował w wielu restauracjach. Był mało znanym szefem kuchni francuskiej restauracji Brasserie Les Halles na Manhattanie. Palił 3 paczki papierosów dziennie, pił. Nie podjął żadnej decyzji bez narkotyków, a brał ich b. dużo (konopie indyjskie, metakwalon, kokaina, LSD, grzyby halucynogenne namoczone w miodzie i wykorzystywane do słodzenia herbaty, secobarbital, amfetamina, kodeina a najwięcej heroiny). Żył dzięki wódce i narkotykom. Nie znał innego świata poza kuchnią. Mówił, że jest wyleczony.

Miał 43 lata i obudził się. Nie miał nic oprócz długów, został zwolniony z pracy. Napisał artykuł do New Yorkera „Nie jedz przed czytaniem” i zdradził wszystkie sekrety z pracy w kuchni. Dostał propozycję napisania książki i wydał ją w 2000 roku. To był przełom w jego życiu. Stał się sławny w jednej chwili. Dostał za to 50 tys.$, oszałamiająca kwota wtedy. A potem było coraz lepiej. Kolejne książki, programy tv, wywiady. Został dziennikarzem kulinarnym CNN i podróżował po świecie (5).

W książkach, programach tv dał upust swoim frustracjom w dowcipny sposób. Niektórych szefów kuchni i celebrytki kulinarne ośmieszał, wytykał, że się sprzedawali. Jako szef kuchni nie był znany, więc stawianie na piedestale innych szefów mu się nie podobało. O krytykach też miał złe zdanie, określał ich za skorumpowanych, żądających bezpłatnych wakacji dla siebie i rodziny. Teraz mamy blogerów, którzy „polecają” produkty od sponsorów.

W 1999 r. porównał wegetarian do terrorystów, to wrogowie wszystkiego, co jest dobre i przyzwoite w ludzkim duchu. W 2010 r. mówił, że ich podziwia, że nie chcą jeść nic poza warzywami. Ale podziwia też tych, którzy podróżują i swoje preferencje odkładają na bok i jedzą lokalne potrawy. Zmieniał się, a właściwie dostosowywał się.

Uważał, że ciało to nie świątynia, a park rozrywki i bawił się. Jadł wszystko i z każdym. Przy tym umiał dowcipnie rozmawiać, był dobrym kompanem.

Ożenił się ponownie 20.04.2007, w tym związku zaczął dbać o siebie, ćwiczyć. 9.04.2007 roku urodziła mu się córka, miał 51 lat, inni mają w tym wieku wnuki. Wyrzucił rockendrolowe ciuchy, bo były niegodne ojca. Przestał palić. "Odkąd przestałem, moje życie nie uległo poprawie w żaden konkretny sposób". Ojciec dawał jej wolność w rozwijaniu pasji i zainteresowań, rozbudzał sferę artystyczną, postrzegała go jako mądrego, filozofa, a nie wymagającego i surowego.

Jak można być dobrym mężem i ojcem będąc 250 dni w roku w podróży. Kolejny rozwód.

Nieustannie powtarzał, że ma najlepszą pracę na świecie: może robić co chce, gdzie tylko chce, z kim chce. Życie jest dobre. (5 w duszy – wolność zrealizowana). Ale była też presja, żeby każdy odcinek serii był inny. Byli też inni, producenci, kamerzyści, którym dawał pracę.

Ciągle to powtarzał i czuć było, że mając to wszystko powinien się czuć szczęśliwy. A on codziennie pił, czasem piwo, czasem wino, ale nie mógł się powstrzymać, nawet podczas ostatniego wywiadu. Człowiek pusty w środku, nie wypełni jej alkoholem. Im więcej pije, tym wątroba gorzej pracuje. Dochodzi stres, zmiana klimatu, wątpliwości i trzeba się znowu napić. Koło zamknięte.

Siódemka ma filozoficzne spojrzenie na świat. On widział, że świat wszędzie jest taki sam. Mówił, że spotkał b. miłych ludzi, którzy robili b. złe rzeczy. (Ja też). Wszędzie ludzie pracują, jedzą, zmagają się z rzeczywistością, dbają lub nie o rodzinę. Stal się zgorzkniałym człowiekiem.

Albo się izolują (depresja), albo szukają przyjaciół. Miał bogate życie wewnętrzne, nieudawane.

I miał przyjaciela, z którym był sobą, bez oceniania.

Nie miał skłonności samobójczych, a gdyby to zrobił to na widoku w kamerze.

 

Eric Frak Ripert, francuski szef kuchni, specjalizujący się w owocach morza. Młodszy od Bourdaina o 9 lat. Mają tą samą karmę (65), której AB (56) nie zrealizował.


Wyjątkowy szef ur. się 2.03.1965 = 8/22/11/11

Mistrz nad mistrzami. Pasją do gotowania zaraziła go matka, która gotowała posiłki z kilku dań w pięknej zastawie. Uczył się w szkole kulinarnej, a w wieku 17 lat przeniósł się do Paryża. Jako 24 latek przeprowadził się do Stanów, potem do NY. Ósemki (dzieci Jowisza) zawsze dostają to co chcą.

Ma jedną restaurację w NY Le Bernardin. Jej szefem kuchni został w wieku 29 lat, a potem właścicielem. Jako młody szef był arogancki i nie zawsze dobrze traktował ludzi (Ósemka lubi władać). To już przeszłość, gdy zainteresował się buddyzmem. Dba o równowagę w życiu. Nie gania za pieniędzmi, nie lata samolotami z jednej firmy do kolejnej. Codziennie spędza czas z rodziną. Udziela się charytatywnie, zbiera żywność, żeby się nie zmarnowała i rozdaje biednym.

Szczęście daje mu równowaga w życiu. I to chyba przyciągało Anthone'go.

Nie pochwalał krzyków Gordona, ale uważał go za dobrego człowieka. Szczęście nie rodzi się z gniewu.

22 z ekspresji – ma misję – pomaganie, 11 z osobowości – wszystko robi z pasją, 11 w duszy – uwielbia robić dobrze dla społeczności.

Idealnie realizuje karmę (65=11) – pieniądze i dom z kawałkiem ziemi. Swój czas dzieli między pracę, rodzinę i działalność społeczną.

Nie ma skłonności depresyjnych i samobójczych.

 

Thomas Keller – wybitny kucharz, znający pracę w restauracji od zmywaka. W 2005 roku dostał 3 gwiazdki dla Per Se w NY. Jedyny amerykański szef kuchni, który dostał 3 gwiazdki za 2 różne restauracje. Teraz ma 7 gwiazdek.


Nic dziwnego, że osiągnął sukces – ur. 14.10.1955 = 8/4/5/8 – ma wszystko – porządek i dyscyplina (4), otwarty na nowości (5), 8 w duszy i w drodze życia – spójność – dostaje to na czym mu zależy.

Nie ma depresji i myśli samobójczych.

 

Marco Pierre White


11.12.1961 = 22/6/11/4

Zaczynał w wieku 16 lat pod okiem słynnych Roux w restauracji La Gavroche. Gdy miał 24 lata został szefem. Są filmy na YT z tamtego okresu. Ma charyzmę, pewność siebie. Jest wymagający i bezkompromisowy.

Miał 33 lata i był najmłodszym szefem kuchni, który dostał 3 gwiazdki oponiarskie. Po kilku latach je oddał, bo uważał, że oceniający inspektorzy wiedzą mniej od niego. Już mu nie zależało, osiągnął co chciał. Gotował jakby każde danie było godne 3 gwiazdek.

Jego motto: ”Doskonałość to wiele małych rzeczy zrobionych dobrze.” (4 w duszy – sprawiedliwość). Wszystko co robisz rób jak najlepiej. To też moje motto.

Był nauczycielem Hestona i Gordona. Na YT są filmy jak młody Gordon uczy się u niego zawodu. Nie jest już szefem, podróżuje, naucza, ludzie go szanują (osobowość 11).

Człowiek spełniony, nie ma myśli samobójczych.

 

Michel Roux, jr


Szef kuchni francuskiej La Gavroche w Londynie (pierwsza restauracja w UK, która zdobyła gwiazdkę, działa od 51 lat), biega w maratonach. Teraz ma 2 gwiazdki.

Ur. 23.05.1960 = 8/6/4/11

Oglądałam filmy o jego rodzinie. Podobało mi się jak jeżdżą do rolników w poszukiwaniu dobrych produktów, jak pracują nad menu i nowymi daniami. A potem okazało się, że finanse są nie takie, płacił mało swoim pracownikom.

Jest jurorem w wielu programach kulinarnych. Pisze książki. Kumpluje się z Gordonem Ramsayem, obaj lubią alkohol.

 

Heston Marc Blumenthal

Ur. 27.05.1966 = 9/9/7/2

Jedzeniem zainteresował się czytając książki kulinarne. Ciekawiło go jak można przyrządzić jedzenie inaczej. Znany jest z kuchni molekularnej i z eksperymentowania. Dziewiątka z drogi i z ekspresji – przeznaczenie i charakter – musi kochać to co robi. Naukowiec. Dziewiątka z dnia ur.

Dwójka w duszy – duża emocjonalność, wyczucie i inteligencja. Dziewiątka to Pluton, planeta śmierci i transformacji. Jest kreatywny, realizuje swoją pasję. Rozwiódł się w ubiegłym roku. Kolejna gwiazda kulinarna.

 

Gordon James Ramsay

Ur. 8.11.1966 = 5/9/7/2

Jako Gordon Ramsay (firma) = 5/6/1/5

Piątkę nosi, lubi zmiany, ma ciągle nowe pomysły, ale też jest przekonany o swojej nieomylności. Ma do tego podstawy. Dziewiątka z ekspresji określa też słabości – nie popadać w samouwielbienie. Wtedy włącza się 7 z osobowości – trzeba się upić i odreagować. Na szczęście jest tylko jedna 7. Po kolejnym odwyku jest jak nowy.

Znakomity kucharz, zna pracę w kuchni na każdym stanowisku. Pomysłowy, prowadzi popularne programy tv, prowadzi konkursy kulinarne. Przestałam je oglądać gdy źle usmażone jajka wyrzucał do śmieci razem z talerzami. Brak szacunku do produktów tanich.

Nie ma osobowości depresyjnej. Jedynka – osobowość z firmy – daje mu siłę do podnoszenia się i oświetlania wszystkiego słoneczkiem. Czego się dotknie to sukces. Kuchnia restauracyjna to piekło na ziemi. Wykorzystał tą prawdę.

 

Na koniec jako ciekawostka wystąpi Jamie Trevor Oliver – celebryta kulinarny.

27.05.1975 = 9/1/9/1 – mędrzec przekonany o własnej wyjątkowości, niepopartej wiedzą i wykształceniem. Chciał być kimś, pionierem czegoś.

Jako Jamie Oliver (firma) = 9/11/3/8 – jest najmądrzejszy, postrzegany jako wyjątkowy, robi wrażenie na innych (3), ale w duszy uwielbia gromadzić pieniądze i mieć władzę (8).

Pan parówka do 30tki nie przeczytał żadnej książki, więc zaczął pisać własne. Jego książki są świątecznymi bestselerami, ludzie go uwielbiają. Ledwo skończył szkołę, więc ma najwięcej do powiedzenia jak ją ulepszyć. Nie jest wykształconym kucharzem. Nie praktykował u nikogo. A jednak jest największym znawcą jedzenia na świecie. Ma własne restauracje (25 w UK i 28 za granicami), a tam jest szefem, nieobecnym. Szef kuchni z przypadku. Na początku tego roku okazało się, że w jego restauracjach do potraw używano zepsutego, przeterminowanego mięsa. Potem stwierdzono ogromne zadłużenie, ponad 71 mln funtów. Nie płaci dostawcom i pracownikom, zalega z podatkami i czynszami. Sam ma 150 mln majątku. Nie martwi się o przyszłość. Martwią się pracownicy zamykanych restauracji. Wkrótce zamkniętych zostanie 12 restauracji Jamie's Italiani i zwolnionych 450 pracowników.

Znajomość swoich mocnych i słabych stron pomaga w życiu. Gdyby Bourdain wiedział, że nie wolno mu pić przestałby? Nie sądzę. Każdy jest najmądrzejszy. Nie słucha innych, bo sam jest kowalem swego losu. Czasem znajomości przynoszą pecha. Jego ostatnia dziewczyna była dziwna z dziwnej rodziny. Gdyby jej nie poznał byłoby inaczej.

Nie ma jednej recepty na sukces. Trzeba odnaleźć w sobie boską cząsteczkę i się tego trzymać. Człowiek pusty w środku nie zapełni tej przestrzeni alkoholem, nie znieczuli się narkotykami.

Mamy jedno życie. Warto go nie marnować i realizować przeznaczenie, które można modyfikować i wydłużać lub skracać czas życia.

 

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dobrze jest zmienić klimat. Z miastowego na leśny. Niedaleko. Była okazja. Imieniny i dzień ojca. Nie powinno się odmawiać jak zapraszają. Nawet jak się ma mało czasu i wiele spraw do załatwienia. Pojechałam. Zimno i wilgotno.

Naprawdę nie ma co robić w lesie miastowemu człowiekowi. Nie będę czytała i nie będę robiła nic. Stanęłam przy kwiatach. Sprawdzałam zoom w aparacie z nudów.

Przyleciała mała pszczółka.


No to zrobiłam fotkę. Potem przyleciała kolejna.


I kolejna. Wszystkie kręciły się na jednym kwiatku, choć wkoło miały inne. Jakby chciały mieć fotkę, żeby dzieciom pokazywać.


Ciekawe, że się nie boją. Chyba usłyszały moje myśli, bo po chwili kolejno odleciały.

Potem chciałam uchwycić krople deszczu spływające z igiełek. Wyszło słońce i przyleciał kolejny owad. Do zdjęcia. :)


Ciekawe czy słyszą moje myśli. Nie jestem ich kumpelką.

Komarów nie było, nie zostałam pogryziona. Jakbym nie wyjeżdżała.

Wyspałam się i zostałam odkarmiona. Można wracać.

Uprzedziłam klientów, że mnie w weekend nie będzie i nie będę odbierać telefonu i czytać mejli. Gdy wróciłam odczytałam 12 mejli, niecierpiących zwłoki. Nic nie było ważne. Odpowiedziałam dzisiaj. Nic się nie zawaliło.

 

23:13, bajka107
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 czerwca 2018

Obejrzałam wczoraj kolejny odcinek Sukcesji. To nowy serial HBO. Bardzo dobrze się go ogląda. Tureckich seriali nie jestem w stanie strawić, bo są o niczym, mdłe, aktorsko żenujące.

Serial Sukcesja opowiada o walce o władzę w firmie rodzinnej. Senior, twórca firmy medialnej świętuje 80-tkę i dostaje wylewu. Czworo dzieci walczy o stołki w jego firmie. Samo życie. Bardzo dobra obsada (nareszcie mniej znani aktorzy), bardzo dobry scenariusz i dialogi, zobaczymy co będzie dalej. Zabawne jest obserwowanie co ludzie są gotowi zrobić dla władzy i pieniędzy.

Z upodobaniem zbierałam kiedyś linki do informacji o tym, jak to dzieci niszczą firmy swoich rodziców, przepuszczają na bzdety rodzinną krwawicę. Komentarze zwykle były takie: jak oni mogą! A mogą. Bo rodzice, a często tatusiowie w pogoni za zyskiem więcej czasu poświęcali na biznes niż na swoje dzieci. Dzieci wychowywane były przez nianie (świetne) czy matki, ale tatusia nie widzieli często. Gdy dorosną to biorą sobie odwet. Nikt ich nie nauczył szacunku do ludzi i pieniędzy.

Ostatnio głośno było (w biznesie) o tym jak to synowie Kamprada chcieli pozbawić tatusia wpływów w jego firmie. Jaka jest granica wieku ma przejście na emeryturę? 80-90 lat. Wtedy dzieci mają już własne wnuki, a nie mogą się wykazać w rodzinnej firmie.


Wszyscy się śmieją z Ikei, a to miliardowy biznes. Każdy ma coś od niego.Jego życiorys jest trochę ubarwiony. Zapłacił. To on przekonał ludzi, żeby wyrzucali swoje solidne, wiekowe i spadkowe meble i kupowali paździerzowe ze sklejki. I ludzie to robili. To się nazywa ekologia w wykonaniu bogaczy. Charytatywność też jest wyrachowana. Można płacić za przychylność. Najważniejszy jest PR.

Zbierał kasę, ale jej nie wydawał. kamprad-to-najwiekszy-skapiec-na-swiecie Ciekawa jest jego historia, nie do końca prawdziwa. Nic dziwnego, że dzieci miały dość. Kamprad zmarł w styczniu 2018 roku, w marcu miałby 92 lata. Pora odejść.

Firmy rodzinne to problem dla sukcesorów. Większość wolałaby kasę, a nie prowadzenie rodzinnego biznesu. Organizuje się nawet szkolenia w ochronie majątków rodzinnych i finansuje badania. Wdzięczny temat, akurat na serial ;)

Często jest tak, że dorosłe dzieci mimo zagranicznego wykształcenia, nie mają smykałki do biznesu. Bo trzeba mieć do tego zdolności, których nie można się nauczyć i znajomości. Przykład Kulczyków. Przedziwna śmierć i rozbawiona rodzinka na pogrzebie. Pojawiły się plotki, że senior nie umarł, bo przecież śmierć to zawsze smutek. Tak, dla zwykłych ludzi. Pierwsze posunięcia rodzeństwa i kilka milionów strat. Brak talentu, znajomości, układów wypracowanych przez tatusia. Niech skonsumują, albo niech sprzedadzą.

Miałam kiedyś przypadek mojego klienta. Miał 2 synów i zastanawiał się komu przekazać firmę. Z ciekawości sprawdziłam ich numerologicznie i z próbki pisma, nie znałam ich osobiście. Jeden nadawał się idealnie, ale ojciec przekazał firmę młodszemu, który był zabawowy, lubiany, ale do interesów nie miał serca. Tej firmy już nie ma, ojciec zmarł ze zgryzoty patrząc na swój zły wybór. Unieszczęśliwił wszystkich. Ciekawe, że tacy seniorzy nie chcą porad, jakby sami wiedzieli lepiej. Tylko, że oni nie mają dystansu i patrzą sercem. W biznesie trzeba być twardym, a nie sercowym.

Dzieci mają prawo wybrać własną drogę i nie interesują się spadkiem rodzinnym. firmy rodzinne przestają być rodzinne. Czasem zostaje nazwa, ale zarząd już jest obcy.

Najlepsze są odziedziczone pieniądze. Łatwo można spełniać swoje zachcianki.

Kilka lat temu w mojej rodzinie też była taka sytuacja. Mąż siostry mojej mamy miał firmę odziedziczoną po swoim ojcu. Mogła mieć ponad 50 lat. Wujek miał 3 córki, a branża raczej nie dla kobiet. Do prowadzenia biznesu, moim zdaniem nie nadawał się nikt, ani one ani ich mężowie. Ale cóż, właściciel wie lepiej. Wybrał środkowa córkę, posłał ja do zawodowej szkoły w tej branży. Pokazywał wszystko, uczył wszystkiego. A potem wujek zmarł nagle. Rodzina wykonała jego wolę, ustną, i firmę dostała jedna córka. W ciągu 2 lat zrujnowała i zadłużyła firmę. A właściwie to jej mąż. Brał zaliczki, a nie wykonywał pracy, ludzie odeszli, zabrakło twardej ręki. Z najbogatszych ludzi stali się klientami opieki społecznej. Rodzina oburzona, że majątek został roztrwoniony, a wujek się w grobie przewraca. Jego już nic nie obchodzi, ma spokój.

Teraz modne jest wśród celebrytów ogłaszanie, że dzieciom nie dadzą pieniędzy. Przegięcie. Najpierw rodzice opuszczają dzieci, żeby zarobić, a potem nawet nie chcą dzieciom wynagrodzić nieobecności.

Tacy ludzie myślą, że dzieciom zależy na pieniądzach. Później oczywiście tak, po długich latach dojrzewania bez zainteresowania rodziców.

Współczuję. Bogaci myślą tylko o kasie. Nie umieją przekazać żadnych wartości, niczego dzieci nie uczą, a wymagają. Dzieci potrzebują uwagi, poświęcania czasu i zainteresowania. Kasa jest na końcu.



Ciekawe kto wygra wyścig o tron ;)

23:23, bajka107
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 czerwca 2018

Rano robiłam sobie kawę. Wyjęłam filiżankę, odwróciłam się, wzięłam tygielek. O mały włos zalałabym owad, który nagle znalazł się w naczyniu.



Wzięłam inną filiżankę, wlałam kawę i poszłam do kompa sprawdzić co to za owad. Nie mam żadnej książki z biologii, jak to dobrze, że cała wiedza jest w internecie. Przyjęłam, że to trzmiel, choć kolory się nie zgadzały. Mój był trochę za czarny. Z opisu wynikało, że jest łagodny i atakuje tylko w razie zagrożenia. To dobrze. Ja mu nie zagrażam.

Po godzinie weszłam do kuchni a "niby trzmiel" sobie spokojnie siedział. Tak być nie może. Wzięłam filiżankę i postawiłam na parapecie. Przechyliłam ją, że owad mógł łatwiej wyjść. Zamknęłam okno i po chwili sprawdziłam. Wyleciał. Bez problemu.

Do ptaków, które rozbijają się o szyby już się przyzwyczaiłam. Zostawiają ślady na szybie na dowód, że też chciały do mnie wejść. Ostatnio walnął w szybę wróbelek. Odbił się, stanął na parapecie, spojrzał na mnie i odleciał.

Musiałam oderwać się od pracy, a moje myśli zmieniły kierunek. Każdemu potrzebna jest przerwa. Nawet taka ;)

 

23:13, bajka107
Link Komentarze (4) »
środa, 06 czerwca 2018

Długo nie pisałam o snach. Bo nic mi się nie śniło. Tylko asie śniło mi się 2 razy, ale ich nie zapamiętałam.

Dzisiejszy sen trwał od 5:10 do 7:10.

Wybrałam się z siostrą do innego miasta na zakupy. To był inny czas nic obecny. Byłyśmy młodsze i żyłyśmy w innym świecie. Był on po prostu inaczej urządzony. Chyba gorszy.

Towary były cenne i niedostępne. Trzeba było je zdobywać w wymyślny sposób. Więc wstałyśmy w nocy, wsiadłyśmy do samochodu i pojechałyśmy na południe. Dojechałyśmy do jakiegoś miasta, celu podróży. Wszystko było zaplanowane, ale ja nie byłam z tamtego świata. Weszłam tylko w moje ciało w tamtym czasie, więc o wszystkim nie wiedziałam.

Wysiadłyśmy z samochodu i miałyśmy wejść do wielkiego murowanego budynki. Skierowałyśmy się do drzwi obitych blachą. Nie było klamki. Nie wiem jaki był sposób na otwarcie tych drzwi. Jakieś dziewczyny przed nami coś zrobiły, albo powiedziały jakieś hasło, i drzwi się otworzyły. Gdy powoli się zamykały my wślizgnęłyśmy się do tego miejsca. Okazało się, że to jakaś wyższa uczelnia. Miała swoją aulę, sale wykładowe. Wszystko po prawej stronie korytarzy. Po lewej za grubą ścianą były sklepy, ale rozmieszczone chaotycznie. Uczelnia na tym zarabiała, ale udawała, że nic o tym nie wie. Wszędzie był półmrok, czasami widniej, w zależności od branży sklepu. W pewnej chwili zobaczyłam przez okno, że w auli jest jakaś uroczystość. W tej ścianie oddzielającej dwie strefy były co jakiś czas okna. W całym budynku nie było światła słonecznego, tylko sztuczne, albo wcale. I my szłyśmy korytarzami, przechodziłyśmy przez wszystkie sklepy. Bo inaczej nie można. We współczesnej galerii idziesz korytarzem i wchodzisz gdzie chcesz. We śnie trzeba było iść w jedną stronę i przejść cały szlak setki sklepów. Mało interesowały mnie zakupy, ale siostra co jakiś czas się zatrzymywała, coś tam przymierzała, kupowała. Ja po prostu szłam. W pewnej chwili zostawiłam ją i szłam dalej. Zawróciłam, ale siostry nie było. Musiałyśmy się minąć. Szłam dalej do wyjścia. Spotkałam jakąś dziewczynę i 2 facetów. Rozmawialiśmy, byli mili, pomocni, weseli. Tacy fajni. Za fajni. Szliśmy przez jakiś czas razem. Zorientowałam się, że nie mam przy sobie portfela z pieniędzmi, ani telefonu, ani karty. Przypomniało mi się, że zostawiłam torebkę przy wejściu. Byliśmy już przy wyjściu. Oni otworzyli drzwi i zobaczyłam, że naprzeciwko są drzwi wejściowe.

Wystarczyło wyjść, i podjechać łukiem do tamtych drzwi. Znajomi powiedzieli, że mają samochód i mogą mnie podwieźć. Oni już byli na zewnątrz, a ja stałam jeszcze w środku i się zastanawiałam co zrobić. Podziękowałam tym ludziom i powiedziałam, że zawrócę po torebkę. Oni się zdziwili, bo ta droga trwała kilka godzin. Trochę na mnie naciskali, ale uprzejmie. Zwykle jestem niezdecydowana i łatwo mnie na coś namówić. We śnie zrobiłam jak postanowiłam. Drzwi wyjściowe się zamknęły. W drodze powrotnej pomyślałam, że to dziwne, że zakumplowałam się tak szybko z tymi ludźmi. Wzięli się znikąd, a siostra zniknęła. To wybitnie podejrzane. Chyba uratowałam życie. Droga powrotna była szybsza. Dotarłam do drzwi wejściowych, znalazłam swoją torebkę ze wszystkim w środku. Czyżby nikt jej nie widział i nie ukradł? Wyszłam przez drzwi wejściowe, bo od wewnątrz była klamka. Potem pomyślałam, że gdybym wyszła drzwiami wyjściowymi, to nie mogłabym wejść nie znając hasła. Musiałabym czekać godzinami aż ktoś się pojawi. Poczułam, że moja decyzja była dobra, a właściwie najlepsza. Poszłam do miejsca gdzie zaparkowałyśmy samochód, ale tam go nie było. Chyba siostra odjechała sama. Zaczęłam się zastanawiać co robić. I się obudziłam.


Cale szczęście :) Nie miałam pomysłu co dalej.

Nie będę się zastanawiała nad znaczeniem snu, bo przecież „sny nic nie znaczą”. ;)

Droga przez labirynt sklepów, to zwykła droga przez życie. Spotykamy dobrych i złych ludzi, pomocników i przeszkadzajki. Podejmujemy decyzje. Czasem sami, a czasem pod wpływem innych. Nie ma złych decyzji. Każda decyzja prowadzi w inną stronę i są tego konsekwencji. Jest po prostu inaczej, ani źle ani dobrze. Właściwie. Takie jest życie.

Jedyne co mnie zastanowiło w tym śnie to kształt tego budynku. Wyglądał jak ogromne oko, podłużny, zaokrąglony na końcach. Jak to możliwe, że wejście jest naprzeciwko wyjścia? Nie spotkałam w naszym świecie takiego kształtu budynku. Mój świat jest lepszy od tamtego we śnie. Jest widniej ;)

Dzisiaj zrobiłam dżem truskawkowy.

W wolnej chwili, 2 godziny. Wczoraj kupiłam 2 kg truskawek, część została wyrzucona, bo była uszkodzona, część została zjedzona. Resztę zasypałam cukrem, a gdy sok puścił trochę podgrzałam aż cukier się roztopił. Dzisiaj podgrzewałam ok. 2 godzin, ciągle mieszając. Lubi się przypalać. Więc w międzyczasie ugotowałam botwinkę, żeby mi się nie nudziło stać i mieszać. Z 1 kg owoców i kg cukru wyszły mi 3 słoiczki po 0,3 l. Ciekawe jak będzie smakował, bo z takiej odmiany (rumba) jeszcze nie jadłam. Kupnych nie da się jeść.

Dzisiaj środa, a ja tyle zrobiłam jakby była już sobota.

 

23:21, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2018

Dzisiejszy dzień był pełen wrażeń. (Właściwie wczorajszy. Nie zdążyłam szybko napisać i opublikować w poniedziałek.)

Źle wyliczyłam czas i spóźniłam się na spotkanie. I usłyszałam, że nie zostałam rozpoznana, bo założyłam spodnie ;) Zwykle chodzę w sukienkach. Wyglądałam inaczej.

Potem w innym miejscu odpierałam dokumenty. Przejrzałam na miejscu i nie było wydruku. Prosiłam, żeby przekazać to kierownikowi. Dziewczyna powiedziała, że spróbuje i machnęła mi wydruk w minutę. Zwykle są z tym problemy, bo często dostaję nie ten miesiąc, nie ten rok, albo wydruk skrócony. Pracownica powiedziała, że ma dzisiaj szczęście, a w ogóle to jest drugi dzień w pracy. A mówią, że dzisiejsza młodzież jest głupia. Nie wszyscy.

Potem na poczcie pan dał mi fakturę, ale zapomniał dać znaczków. Zauważyłam, jak odeszłam i zaczęłam składać fakturę. Po co mi faktura, jak nic nie kupiłam? Ależ kupiłam, ale nic nie dostałam. Miałam szczęście, że nie poszłam daleko, nie straciłam czasu.

Potem pakowałam zakupy w kasie. Za mną była pani z córką. Kasjerka zobaczyła co kupują i stwierdziła, że to coś ciekawego. Jakieś pudełko z maleńkimi figurkami. Pani powiedziała, że ładne, ale drogie, 25 zł. Ja pomyślałam: No nie. Gdy kasjerka przejechała przez czytnik powiedziała, że ta zabawka kosztuje 19,99. To już ujdzie. Pani zachwyciła się i powiedziała, że kasjerka przyniosła jej szczęście. Ciekawe :)

Gdy sprawdziłam mój paragon, to zauważyłam, że nie odliczyła się promocja. Poszłam do BOK. A tam miły pan zobaczył w czym rzecz i powiedział, że to co kupiłam to na to nie ma promocji. Drugi pan powiedział, że może mi przynieść ten w promocji, ale stwierdziłam, że nic nie będę z tym robić. Panowie stwierdzili, że na otarcie łez (nie płakałam) dostanę flagę Polski. Bo podobno teraz każdy jest kibicem. Zaskoczona wzięłam.

Nie jestem kibicem, w ogóle mnie sport nie interesuje, bo patrzę na to co wyprawiają ci ludzie zupełnie inaczej. Szkoda mi na to czasu. Wolę sama poćwiczyć, a nie patrzeć jak ktoś się wysila, choć mu płacą więcej niż mnie ;) I co ja mam z nią zrobić? Chyba ją komuś dam, za nic. Komuś komu się przyda i komuś kto będzie z niej zadowolony.

W domu przeczytałam dokładnie paragon i zauważyłam, że limonki powinny kosztować 1,69 za sztukę, a kosztowały 1,49. Zysk, nieoczekiwany. Zawsze kupuję to co mi jest potrzebne i cena mi pasuje. Tutaj była niewielka różnica, ale miło. :)

Nie segreguję plastików, bo ich nie kupuję. Sama robię napoje w domu. Inspiruje się przepisami ze strony wody smakowe Polecam, najlepsze są własne wyroby, bez sztucznych witamin i konserwantów i bez plastiku.

Mój nastrój jest nieustannie pozytywny. Wiem, że to nudne, więc mało piszę ostatnio.

Ogarnął mnie już jakiś czas temu nastrój szczęścia. Ale nie takiego górnolotnego, euforii, zachwytu, głupawki itp. To raczej stan równowagi i poczucia szczęścia niezasłużonego i niekupionego. Dobrostan. Myślałam, że tylko ja tak mam, ale nie pomyślałam, żeby pójść do lekarza.

Jak szukasz odpowiedzi to ją znajdziesz. I ja znalazłam wytłumaczenie mojego stanu „przypadkowo” na stronie Laitmana, post z 23 kwietnia czym-jest-szczescie

To jest kiedy na człowieka schodzi, spływa wyższe światło, to napełnia go wiedzą, zrozumieniem i odczuciem nieprzemijającego, doskonałego, absolutnie jasnego istnienia. To jest właśnie szczęście.

A więc spłynęło coś na mnie, bez żadnej pracy, bez ćwiczeń i zaklęć, niezasłużenie, samo przez się. Może losowo.

Zrozumiałam jak działa ten świat i co ja mogę zrobić i jakie jest moje miejsce w nim. Pozornie nic się nie zmieniło. Sytuacje zdarzają się różne codziennie, spotykam różnych ludzi, ale nie oceniam, bo wiem, że to nie ma sensu. Czuję się taka czysta od naleciałości. Pełna akceptacja.

Czy takie uczucie niezasłużonego szczęścia może być zaraźliwe? Dzisiejszy dzień świadczy o tym, że tak. Spotykam ludzi, którzy patrzą tak samo, a przynajmniej zauważają drobne, dobre rzeczy i cieszą się z nich. Żeby świat wyglądał lepiej. Bo „ludzi dobrej woli jest więcej” (poeta Niemen).

Wieczorem włączyłam tv, a tam o efekcie Wertera. Nie słyszałam o czymś takim, choć Cierpienia młodego Wertera czytałam.

Ten efekt dotyczy samobójstw. Gdy media będą nagłaśniać samobójstwo jakiejś znanej osoby, to spowoduje wzrost liczby samobójstw lub wypadków w odstępie kilku dni od podania takiej informacji. Przypisuje się ten efekt świadomemu lub nieświadomemu utożsamianiu się z osobą, która odebrała sobie życie. Efekt fali nazywany jest efektem Wertera, ponieważ pierwsza odnotowana fala miała miejsce po wydaniu „Cierpień młodego Wertera” Goethego. A dotyczyło to, jak każdy wie, bohatera wymyślonego, fikcyjnego. Czy można ten efekt przełożyć na dobre rzeczy? Może wystarczy sama obecność osoby, na którą spłynęło światło. To światło może przenieść się na innych ludzi, jak zaraza. I wszyscy będą czuć to samo. Depresja jest dołująca, a szczęście budujące. Co wybierasz?

A dąb rośnie i ma się dobrze. Bratki również.

Właśnie dostałam mejla, że jestem boska :) A ja tylko szybko robię to co mi każą. Taka praca. Nic wielkiego, ani boskiego.

Nie ma to jak dobrze rozpocząć tydzień. :) Będzie pracowity. I dobrze.

00:16, bajka107
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 czerwca 2018

Ludzie, których spotykamy na swej drodze zmieniają nas i nasz los. Oglądałam wywiad Aldena Ehrenreicha, czyli młodego Hana Solo z filmu, który wszedł ostatnio do kin. I on powiedział, że jego życie zmienił Spielberg. Młody aktor szukał pracy na castingach. Przeszedł ich ponad sto i nic. Aż Spielberg obejrzał jego amatorski filmik, spodobał mu się, podesłał mu agenta. A potem Alden został zauważony przez innych i zaczął dostawać role. Jednak to nie wystarczy, trzeba oprócz talentu mieć też interesującą osobowość i charyzmę. Gdy tego nie ma żaden Spielberg nie pomoże.

Gdyby Jackson Pollock nie spotkał Lee Krasner, nie byłby znanym abstrakcjonistą, bo by zapił się na śmierć. Oboje stworzyli markę, cenną do dziś.

Numerologia działa, choć ludzie nie zdają sobie z tego sprawy.

Obrazów Jacksona Pollocka mało kto rozumie, ale jego obrazy są często dobrą lokatą kapitału.

Jest on popularny w pop kulturze. Chyba dlatego, że dziwny i coś jest w tych obrazach. Nie można go z nikim pomylić.

W 2000 roku Ed Harris wyreżyserował, współprodukował i zagrał tytułową rolę w filmie Pollock

Dobrze pokazał jego charakter i zachowanie. Ciekawe, że często wielcy ludzie w życiu prywatnym są nudni i nie ma o czym z nimi rozmawiać. Często po śmierci dopisuje się im do biografii „ciekawe fakty z życia”. Marcia Gay Harden, która grała Lee Krasner dostała Oscara za rolę drugoplanową.

W filmie Księgowy w sypialni głównego bohatera na suficie wisi obraz podobny do namalowanego przez artystę. Jest też na ścianie.

Oczywiście został kupiony jako lokata kapitału. Ceny Pollocka są tak wysokie, a chętnych wielu, że oryginały są tak samo dobre jak złoto i nieruchomości.

Film zapowiadał się ciekawie, gdy dziecko układało puzzle nie widząc obrazu. Ben Affleck zupełnie mnie nie przekonał do swojego autyzmu. Fabuła interesująca, ale aktorstwo mierne. Nie było castingu? A może był na imprezie i zatrudniono go z przyjaźni.

 

W serii Iron Man też była wzmianka o Pollocku. Bohaterem serii jest facet, który dorobił się na śmierci produkując broń. Krwawe pieniądze. Jako człowiek jest dupkiem, ale bogatym. Nudzi się, ma wszystko. Główny bohater zleca kupno jakiegoś Pollocka. Nie ważne co, byle było nazwisko. To znowu lokata, albo raczej każdy bogacz musi go mieć.

Jest wiele filmów, w których Pollock jest cytowany, bo jego popularność nie maleje.

Na początku poprzedniej notki pisałam o obrazach JP na moich tapetach. Na pulpicie komputera pojawił się obraz Jump in – Wskoczyć. Na początku wydawał mi się optymistyczny, ze względu na kolory. Przykuwał uwagę, ale nie było widać ikon na pulpicie. Ktokolwiek widział tę tapetę na ekranie dziwił się, że mogę na to patrzeć. Jaskrawy obraz zaczął mi psuć komputer. Działy się różne rzeczy, coś znikało, komp się sam niespodziewanie wyłączał w trakcie pracy. Ciągle musiałam kopiować pliki, żeby mi wszystko nie zniknęło. Wirusów nie było, ale zmieniłam antywirusa na E.


Na tapecie smartfonu pojawił się obraz moon-woman-cuts-the-circle, podobny kolorystycznie do Moby Dicka. Namalowany ewidentnie pod wpływem Picassa. Popsuło się wejście do ładowarki. Nowy program antywirusowy wykrył 10 trojanów ściągniętych w 2012 r. Wcześniejszy N tego nie widział. Zniknęły wszystkie moje kontakty. Gdy ktoś do mnie dzwonił to po rozmowie wprowadzałam imię i nazwisko. Większości nie odzyskałam.

Usunęłam te tapety. Energia zaklęta w obrazach mi ewidentnie szkodzi. Wszystko wróciło do normy.

Niektóre obrazy Pollocka są interesujące. Podoba mi się the-flame z 1938 r., bo jest taki realistyczny. Każdy kiedyś wpatrywał się w płomień ogniska i widział różne rzeczy, a Pollock je tylko uchwycił.

Bazując na doświadczeniu z komputerami nie zamierzam oglądać, ani kupować (nawet jakby było mnie na nie stać ;))) jego obrazów. Tkwi w nich coś co na mnie źle działa.

W sztuce chodzi o to, żeby się podobała, a nie szokowała. Czasem patrzę co wystawia MoMA i jest mi niedobrze. Nie wszystko co tam jest można nazwać sztuką, nawet nowoczesną. Nie każde beztalencie jest artystą.

Ja również wykorzystywałam jedną z jego technik. ;) Gdy po studiach nie miałam w czym iść na imprezę to sobie szyłam ubrania. Miałam maszynę i dostęp do ciekawych materiałów. Potem gdy moja mam lub siostra chciały, żebym coś dla nich uszyła, to rozkładałam materiał na podłodze w pokoju i pół dnia chodziłam po nim. Trema. Kiedyś mama dała mi piwo, wypiłam, a potem szybko uszyłam. I tak już zostało. Musiałam wypić zanim nożyczkami pokroiłam materiał. Mnie wystarczało 1 piwo, Pollockowi nie.

Teraz na tapetach mam klasykę. Słoneczniki i Venus.


I nic się nie dzieje. Czyżby energia zaklęta w obrazach już się wyczerpała? A przecież nieustannie zachwycają. Gdy tylko zmieniłam tapety trafiłam na odniesienia do wybranych przez siebie arcydzieł. Odnośnie Venus Boticelli rządy już zaczęły myśleć o sztuce jako dobrym źródle zarabiania. Odnośnie Słoneczników jest pomysł przenoszenia arcydzieł na nośniki elektroniczne, miejmy nadzieję po to, żeby więcej ludzi się z nimi zapoznało. Recreating_lost_masterpieces

Nie trzeba wiedzieć co artysta chciał przekazać w swoim dziele. Trzeba patrzeć i poczuć.

Sztuka może być lokatą kapitału dziś, a jutro może nie być chętnych.


00:30, bajka107
Link Dodaj komentarz »
Archiwum
bajka107@gazeta.pl