Życie to wszystko co mam :
wtorek, 23 stycznia 2018

Wrócę do ubiegłego piątku (19.01). Dzień wcześniej umawiałam się z nowym menadżerem. Powiedziałam, że odpowiada mi każda godzina, dostosuję się. A on na to, że pasuje mu 8-9 rano. Nie znamy się, bo wiedziałby, że ja jeszcze o tej porze śpię. Ale cóż. Powiedziałam to mam. Wybrałam 9. Oczywiście nie zdążyłam rano wypić kawy, szybko się ubrałam i poszłam. O 10 byłam wolna. Cóż można zrobić z tak wcześnie rozpoczętym dniem? Po chwili zadzwoniła koleżanka i prosiła o spotkanie. Zwykle przed 20-tym robię się nerwowa i nie spotykam się na pogaduszki. Ale przecież mam czas, zaoszczędziłam na śnie :)

Spotkałyśmy się. Była zestresowana. I od razu zapytała co ja sądzę o mrozach w Stanach, czy to nie karma? Ona ma siostrę w Stanach i ciągle rozmawiają. Zwykle Polacy mieszkający za granicą są inni od miejscowych. Mają inne wyobrażenia co się u nas dzieje, czują też nostalgię. Dlatego wielu po latach tu wraca. Kiedyś uległam stereotypowi i uważałam, że jak się ma kogoś za granicą to jest się bogatszym. Gdy poznałyśmy się bliżej to już wiedziałam, że to nieprawda. Siostra ma 2 domy, jeden w NY, drugi na Florydzie. (Stąd następnej nocy miałam sen w NY). U nich to normalne, nie jest to wyznacznikiem bogactwa. Nie wiem dlaczego akurat wini karmę o mróz. Czyżby miała poczucie winy (w imieniu kraju w którym żyje), że oczekuje kary? Bo większość ludzi uważa, że karma to kara za grzechy. I ja w to nie wierzę. Nie ma zapłaty za zło, które się wyrządza. Jest prawo przyczyny i skutku, ale ten skutek nie zawsze jesteśmy w stanie powiązać z faktyczną przyczyną.

Wiadomo, że Amerykanie kombinują z pogodą. Testują daleko od swoich granic różne urządzenia, chemię i nowe technologie. Ludzie o tym wiedzą, a niektórzy się boją. Gdy słyszymy o globalnym ocipieniu, a mamy mróz to rodzą się pytania: jak to naprawdę jest.

Jest jak ma być. Ja akurat jestem spokojna. Jest jakaś siła, która pilnuje, żeby wszystko wydarzało się jak jest zaplanowane w tym świecie. Nie oczekuję, że ktoś zapłaci za swoje winy. To jego życie.


Oczywiście najazd na Niemcy jest też tak odbierany. Niemcy zniszczyli pół Europy to teraz za to płacą, ich też zniszczą zaproszeni „uchodźcy”.

Ostatnio czytałam art. w GW, Duży Format z 20.11.2017. Mój ojciec codziennie kupuje tę gazetę i przynosi mi wszystkie dodatki. Dlatego czytam z opóźnieniem. Art. jest o Sierotach dla pedofilów. Jest taka wyspa Jersey u wybrzeży Francji, na której działała zorganizowana siatka przestępcza. Udostępniano dzieci z sierocińca pedofilom. A wśród nich był pedofil potwór J.Savile, gwiazda tv i premier w latach 1970-74. Ofiary płacą za horror do dziś. Były próby samobójcze, depresja, zniszczone życie. Jedna z ofiar powiedziała, że „urodziła się niepotrzebnie”. Straszne. Do dzisiaj nikt nie zapłacił za te przestępstwa. Bo pedofile działają jak ośmiornica, pomagają sobie w niszczeniu dowodów. Gdzie tu działa karma? Pedofile żyją bardzo długo w dobrobycie, są szanowani, a ofiary nie. Te małe dzieci wiele razy modliły się o ratunek, który nigdy nie nadszedł. Przecież „nie ma sprawiedliwości na tym świecie”. Ludzie mylą to z karmą. Przecież tak powinno być, że za krzywdzenie innych powinna być kara. Może jest, ale nie w tym życiu.

Oglądałam film dokumentalny o USA. Końcówkę. A tam Oliver Stone opisał ten kraj. USA stosują na świecie zorganizowaną przemoc. Sprzedają broń komukolwiek, prowadzą wojny w 150 krajach. Amerykanów cechuje samouwielbienie, dominują na świecie. Uważają, że jak wygrywają to mają rację, czyli są dobrzy. Są narodem niezastąpionym. Nie dopuszczają do siebie myśli, że mogą być największym nieszczęściem tej planety przez swoje działania. Nie ma w nich empatii i współczucia. Wszyscy w historii wiemy, że imperia upadają (osmańskie, ang., austro-węgierskie, rzymskie czy chińskie). Zamiast łagodzić konflikty oni je tworzą i prowokują. Nic dziwnego, że ludzie boją się kar(m)y.

Kiedyś na początku małżeństwa, z maleńkim dzieckiem, zostaliśmy okradzeni. W święta wielkanocne poszliśmy w gości. A w tym czasie sąsiad z piętra niżej wyrąbał siekiera połowę naszych drzwi i zabrał co chciał. Oczywiście pieniędzy nie wziął, bo były za szybą na wysokości oczu. Ale z szaf wyrzucił wszystko. Złapano go, odzyskałam tylko tv i koc. Na sprawie sędzia powiedziała, że o zwrot wartości mienia mogę wystąpić na drogę cywilną, ale musiałabym wpłacić coś. Odpuściłam. Przecież złodziej nigdy nie będzie uczciwie pracował. Po co jeszcze do tego dopłacać. Ten człowiek był mi obojętny, nie żywiłam do niego urazy. Finansowo odczuliśmy stratę. Potem dowiedziałam się, że facet po kilku miesiącach umarł. Czyli miałam rację, nie poniosłam więcej strat. Zresztą męża babcia wyszła za mąż i zostawiła nam swoje mieszkanie. Nie musiałam patrzeć na sąsiadów, którzy nie słyszeli rąbania drzwi. Ktoś powiedziałby, że to karma. Nic podobnego. Przecież on utrzymywał się z kradzieży, a gdy w więzieniu nie mógł kraść to umarł. Zwykłe prawo przyczyna – skutek.

Gdy początkująca aktorka szła na rozmowę do producenta i lądowała na kanapie, to potem dostawała ciekawe role i Oscary. Przecież trzeba jakoś wybierać osoby. Nie ma innej drogi. Hollywood tak właśnie działa. Gdy Oprah Winfrey wygłaszała pełne hipokryzji przemówienie, w tym czasie lawina błota zniszczyła jej dom. Czy to kar(m)a? Oczywiście, że nie. Nie ma przypadków, nie buduje się domu tam gdzie się chce, trzeba szanować przyrodę. Ona nie zna litości, nie patrzy na nagrody i pozycję.

Dostałam kiedyś książkę od koleżanki.



Nie przeczytałam jej. Mam kilka takich „dziewiczych” książek. I sądzę, że ich nie przeczytam. Szkoda czasu.

O wiele ciekawsze są teksty Rudolfa Steinera. Teraz dostępne w internecie. Dzięki translatorowi mogłam je czytać. Są dobrze napisane, że tłumacz daje radę.

Jest taki esej z 1903 roku – Jak działa Karma.

Zaczyna się od stwierdzenia, że sen to młodsza siostra śmierci. Wiadomo, że to powiedzenie arabskie. Gdy się budzimy, to pamiętamy wcześniejsze dni. Inaczej nie moglibyśmy funkcjonować. „Dzisiejsza osobowość musi opierać się na wczorajszych czynach”. Pojęcie Karmy nieodłącznie związane jest z reinkarnacją. Nie pamiętamy tego, ale są sposoby, żeby zobaczyć swoje wcielenia. Ludzie rodzą się w pewnych okolicznościach, które są wypadkową przeszłych doświadczeń. Człowiek stwarza swoje przeznaczenie wykonując dziś pewne działania. Ludzie nie mogą dokonać zmian w swoim życiu, gdy wcześniej nie przygotowali ku temu warunków. „Dobry człowiek często musi cierpieć, a zły może być szczęśliwy”. Powodów tego nie widać w jednym życiu. Steiner uważa, że „pielgrzymka przez inkarnacje będzie ewolucją w górę”. To szeroki temat, ale ciekawe jest to, że z tego świata nie zabieramy materialne rzeczy. Zabieramy pewne umiejętności i doświadczenia po to, żeby być mistrzem przeznaczenia. Widzimy rzeczy takie jakie są i wybieramy to co dla nas najlepsze, świadomie.

Steiner wygłosił wiele wykładów na ten temat. Lubie go, bo tłumaczy wszystko bardzo dokładnie. Wszyscy wiedzą, że był masonem. Czy nie jest tak, że masoni mają dostęp do ukrytej wiedzy i dawkują ją nam, przeciętniakom? W ten sposób kierują rozwojem ludzkości. Teraz robią to Alex Jones i Dawid Icke i wielu innych. Oni kształtują nas, ujawniają co chcą, kierują naszą uwagę albo na ważne rzeczy albo na manowce.

Przeciętny człowiek powinien zdobywać w życiu jak najwięcej umiejętności. Jego dusza tylko to weźmie ze sobą w dalsza podróż. Uczmy się, aby wzrastać.

Człowiek, którego spotkało coś złego nie doczeka się „wyrównania krzywd” w tym życiu. Szkoda czasu na czekanie na to, jak te dzieci – ofiary pedofilów. Życie ludzkie jest jak mgnienie oka w porównaniu z wiecznością. Na pewne rzeczy trzeba czasu.

Gdy zimą jest zimno to nie wina karmy. To natura.

Koleżanka się uspokoiła. To był dobry dzień. :)



23:33, bajka107
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 stycznia 2018

Sen usiłujący złamać mój stereotyp. Wczoraj rozmawiałam z klientem, krótko. I on powiedział, że sny są prawdziwe, a nasze życie jest snem. Być może, ale na dziś mam inne zdanie. Musiałam się nad zastanawiać skoro w nocy zamiast spać to śniłam.

Znalazłam się w Nowym Jorku. Nie przyleciałam. Tego jestem pewna. Byłam tam z koleżanką i z jakimś facetem na jakieś zaproszenie. Miałam wygłosić wykład. Chodziliśmy po mieście, ale nie wśród wieżowców, tylko normalnymi ulicami, na których mieszkali ludzie. Pora roku – lato. Było ciepło, ale nie słonecznie.

Mijaliśmy zadbane sklepy, z których wychodzili uśmiechnięci ludzie. Byli bardzo życzliwi. Gdy dowiadywali się kim jestem, to ściskali mi ręce i mówili, że marzyli, żeby mnie spotkać. Potem poszłam sama i weszłam do knajpki. Zamówiłam coś i gdy chciałam zapłacić to zorientowałam się, że nie mam pieniędzy. I znowu ktoś za mnie zapłacił, gdy dowiedział się kim jestem. Potem szłam znowu ulicami, zrobiło się słonecznie. Zdziwiła mnie kwiaciarnia, bo wszędzie stały szklane wazony z kwiatami na białych półkach. Był tylko jeden rodzaj.

Trochę złe proporcje. Łodyga była cieńsza, a kwiatów więcej.

Kwiaty wyglądały jak małe drzewka, choć niektóre miały ok. metra wysokości. Każda roślina miała śnieżnobiałą łodygę, zwężającą się ku górze. A na gałązkach, również bielusieńkich były niebieskie kwiatki. Ale te kwiatki były różnych kształtów gdy im się bliżej przyjrzałam. Jedne wyglądały jak storczyki, inne jak tulipany, inne jak dzwonki, inne jak bratki i jeszcze inne. Wszystkie były idealne i do siebie pasowały, bo miały jeden kolor. Wnętrze kwiaciarni było białe, wazony szklane i te białe łodygi z niebieskimi kwiatami. Piękny widok.

Potem poszłam do budynku, w którym miałam wygłosić wykład. Spotkałam koleżankę. Poszłyśmy do toalety. Wyglądała okropnie, jakby to nie był Manhattan a Rosja. Musiałam wyjść, koleżanka została. A ja poszłam jakąś klatką schodową do góry. Do sali prowadziły różne klatki schodowe, można tam było dojść z różnych stron, żeby nie było tłoku. Jak na mojej uczelni. Spotykałam różnych ludzi. Wszyscy byli uśmiechnięci i z niecierpliwością czekali na mój wykład. Ponieważ to była dzielnica finansowa, to pomyślałam, że mam wygłosić wykład z ekonomii albo finansów. Nic to dla mnie.

Obudziłam się.

Cały ten sen to iluzja. Od pierwszej sceny. Nie można się dostać do NY drogą lądową tylko samolotem albo statkiem. Dotarłam tam szybko więc droga morska odpada. Potem kwiaty. Nie jest możliwe, żeby miały białe łodygi i miały różne kwiatki. I ten kolor. Wazony były przezroczyste, więc nie pojono je atramentem. Zauważyłabym. Potem jeszcze ten wykład. Nie znam angielskiego, więc w jakim języku miałabym wykładać? Kiedyś miałam wykłady z rachunkowości, ale miałam tremę i ten stres bardzo przeżywałam. Na pewno nie zgodziłabym się tego robić teraz. Nowy Jork też wybrałam do śnienia nieprzypadkowo. To efekt spotkania, o którym miałam wczoraj napisać, ale jestem troszkę zajęta. Napiszę następnym razem. Chronologia zdarzeń nie jest obowiązkowa., to nie szkoła ;)

A więc śnił mi się inny świat, nierzeczywisty. Ja w niego weszłam i odgrywałam swoją rolę. Wiele razy miałam takie sny, bez emocji, jak w teatrze. Wszystko już było, jest i będzie w jednym czasie. Nie wierzę też w reinkarnację, a raczej w wybór roli do odegrania.

Nie jestem gotowa na zmiany swoich poglądów, bo mój sen był wybitnym złudzeniem. Wyobraźnia ludzka nie ma granic.




23:19, bajka107
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 stycznia 2018

Życie człowieka to nieustanne wybory.

Gdy budzisz się rano wybierasz co zjesz na śniadanie. Ja nie mam tego wyboru rano, bo wieczorem patrzę do lodówki i wiem. :)

Potem wybierasz w co się ubierzesz. Ja wybieram wieczorem poprzedniego dnia. Tak jest łatwiej. Nie tracę czasu rano.

Pierwszy mój wybór to wybór jakości dnia. Gdy patrzę w niebo to wiem, że to będzie dobry dzień.

Wczoraj dostałam garść cukierków, gdybym miała gorszy dzień. Wszystko się przyda. :) Kiedyś.

profilepicturesdp 

Pierwsza strona, która pojawia się po odpaleniu kompa to Mysl dnia. Zwykle nastraja mnie optymistycznie. Otóż wczoraj, 14 stycznia rozpoczęło się święto Makar Sankranti, czyli wejście Słońca w znak Koziorożca (makar). To jedyne święto „słoneczne”. U nas Słońce w znak Koziorożca weszło w grudniu. A dzisiaj jest nadal w Koziorożcu, już w 25º razem z 5 planetami jak: Księżyc w 12º, Merkury w 6º, Wenus w 27º, Saturn w 3º i Pluton w 19º. Bardzo wyróżniony ten Koziorożec.

To święto radości i urodzaju. Warto świętować.

Hindusi co rano zwracają twarz ku słońcu i śpiewają mantry z prośbą o błogosławieństwo na cały dzień. Ja robię podobnie, choć nie śpiewam mantr. Wypowiadam życzenie i już.

Dzień święta Makar oznacza, że z każdym dniem jest coraz więcej światła, a ciemność znika. Hindusi z wdzięcznością patrzą ku górze i puszczają w niebo tysiące kolorowych latawców, jako ofiarę. Sięgając jak najwyżej latawcem ludzie dają znak swej tęsknocie za bliskością Boga. Świętują nawet 4 dni, więc każdy może się jeszcze załapać.

W tych dniach żegnamy się z tym czego nie chcemy, co nas hamuje, złe wspomnienia, choroby i nieszczęścia. Ten dzień rozpoczyna czas, gdy kończymy z tym, co w nas złe i robimy miejsce na rzeczy dobre.

Zmiana z nieszczęścia na szczęście, z niepokoju do pokoju i z bólu do przyjemności.”

Makar Sankranti oznacza początek dobrego. Wszystkie smutne chwile, które miały miejsce w przeszłości, zostały zapomniane w tym dniu. To nowy etap życia, który jest pełen wiedzy, czystości i mądrości. Trzeba się cieszyć, świętować i ucztować. Uważa się, że słodycze symbolizują pokój i harmonię. Produkty spożywcze zawierające sezam mają zdolność absorbowania i emitowania dużych ilości częstotliwości sattva, czyli dobroci, Wtedy na człowieka nie mają wpływu nieszczęścia czy pech. Sattwa

My nie musimy kąpać się w Gangesie, żeby zmyć to co stare i niepotrzebne. Ale możemy wziąć prysznic właśnie w tej intencji i zjeść coś dobrego. Ostatnio ciągle piekę ciastka z sezamem. Chyba brak mi wapnia. Przydały się do uczczenia święta.

To bardzo ważne święto, które rozpoczyna czas prosperity (pół roku), sprzyjający osiąganiu życiowych celów. Ten dzień (14.01) jest uważany jest za jeden z najbardziej pomyślnych dni w roku.

A potem dowiedziałam się, że właśnie dzisiaj jest Blue Monday. Czyli najsmutniejszy dzień roku. Produkt zachodu. Wymyślono go w celach marketingowych. Reklama była słaba, firma splajtowała. Złe dni można mieć gdy jest ciepło i wszyscy dookoła są zadowoleni. I od lat media programują ludzi na zimową depresję. Nawet dostałam mejla, że jakaś księgarnia w ramach „blue week” oferuje coś tam na smutki. To żyje własnym życiem. Ludzie się nabierają.

To się kłóci ze świętem radości obchodzonym trochę dalej na wschód. Tam są najszczęśliwsze dni w roku, a u nas czarna rozpacz.

Co wybierasz? Bo masz wybór. Dostaniesz co chcesz. Bo to my mamy wpływ na to co wpuszczamy do naszego życia, do naszej warstwy świata.

Patrzyłam jak zakład produkuje ciepło i puszcza w kosmos biały dym. I dobrze, bo mamy ciepło w domach. Na dworze -6º, więc trzeba się ciepło ubrać i wystawiać twarz do słoneczka. Wsiadłam do tramwaju. A on po kilku przystankach zamiast skręcić w prawo, skręcił w lewo. Gapiąc się w niebo nie zauważyłam, że jedzie do zajezdni. Mam wybór, zdenerwować się lub uśmiechnąć się z własnego gapiostwa. Wybrałam to drugie i zobaczyłam, że na drugim torze stoi inny tramwaj, który zawiezie mnie tam gdzie chcę. Straciłam 3 minuty. Dojechałam o czasie, a nawet byłam za wcześnie. Osoba, z którą byłam umówiona czegoś tam nie zrobiła i musiałam czekać. Mogłam ją zwymyślać i ona miałaby zły dzień. Po co, lepiej być miłym (nie zawsze ;)). Rozsiewam gunę dobroci ;) W końcu musimy współpracować. Poczekałam i przy okazji załatwiłam inne sprawy.

Zawsze mamy wybór.

"Zaczynaj dzień z miłością, wypełniaj dzień miłością, kończ dzień z miłością - to jest droga do Boga". Jeżeli będziesz to praktykował, pozostaniesz zawsze szczęśliwy i nie będą cię niepokoić smutki i trudności.

Wybieraj.

A ja nadal świętuję, choć to święto hinduskie.

 

23:23, bajka107
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 stycznia 2018

Wyśniłam go między 6:58 a 8:33.

Obudziłam się o 6:57. Nie wstaję w nocy, a dzisiaj wschód słońca miał być o 7:44. Więc szybko zasnęłam.

 

Siedziałam przed komputerem. Na ekranie miałam ujęcia z kilku kamer. Chyba 9. (Lubię earthcam, często patrzę co się dziej, jaka jest pogoda w różnych częściach świata.) Ale te we śnie kamerowały wnętrza. Na jednej zobaczyłam mój pokój. Kamera była skierowana na okno, pod którym stała komoda.


Jakiś facet stał przed tą komodą i coś tam robił. Nie otwierał szuflad, co mnie zdziwiło. Więc wstałam, zawołałam koleżankę i pojechałam do mojego domu. Moja koleżanka cały czas rozmawiała przez telefon, chodziła po mieszkaniu, na mnie nie zwracała uwagi. Podeszłam do komody i nic nie zauważyłam. Ale przecież facet coś przy niej robił. Gdybym tego nie widziała to bym niczego nie zauważyła. Zajrzałam pod komodę, a właściwie pod dolną szufladę. A tam były jakieś przewody, które się żarzyły. Ta konstrukcja była tak zaplanowana, żeby się w pewnej chwili zapaliła i przy okazji wywołała pożar w moim domu. Zdemontowałam to „urządzenie”, więc pożaru nie będzie. Moja koleżanka ciągle gadała, zajęta sobą. A ja czułam ciągle niepokój. Czy to nie za łatwe? Więc odsunęłam tę komodę. Zobaczyłam, że podłoga pod nią była prawie przepalona. Deski były rozżarzone, jak w ognisku. Niby były w całości, a jednak już przepalone. Dziwne, że komoda się nie zapadła piętro niżej. Nalałam do garnka wodę i zalałam ogień. Nie były to wesołe ogniki, ale żar. Syknęło i zgasło. Wtedy poczułam, że zagrożenie minęło. Wszystko OK. Obudziłam się.

To kolejny sen, w którym nie czułam, że śnię.

Mój dom we śnie to było pierwsze mieszkanie po wyprowadzce od rodziców. Wcześniej lokator spalił to mieszkanie, a remont był długi, bo trzeba było skrobać ściany. Długo było czuć spaleniznę. Mieszkanie było małe, 18 m², czyli 3x6m. Stojąc w drzwiach było widać wszystko. Ciekawe, że we śnie miałam przeczucie i akurat trafiłam na kamerę w moim domu. W życiu też tak mam. To już nie synchronizacja, to wykształcona cecha mojej osobowości. Zawsze trafiam na to co mnie interesuję, na błędy w pismach, błędy innych, na sprawy, które mogą mnie dotyczyć lub zainteresować. Oczywiście to nie moja zasługa, a zasługa mojej podświadomości. We współczesnej nauce mówi się o nieświadomości, która w głównej mierze podejmuje za nas decyzje. Gdy gram w coś na telefonie, to najlepsze wyniki mam gdy robię to machinalnie nie myśląc o grze. Naukowcy już to zauważyli, testując decyzje wielu ludzi. Polecam dokument Tajemnice ludzkiego mózgu.

Przypomniałam sobie o mojej podświadomości, z którą kiedyś miałam bliski i świetny kontakt. Poprzez sen skontaktowała się ze mną i ostrzegła przed niebezpieczeństwem. Poradziłam sobie.

Potem sięgając do półki po nowe ręczniki znalazłam szalik. Pół roku temu mi zniknął, myślałam, że zgubiłam, więc go nie szukałam. I dzisiaj się znalazł. Moja podświadomość jest mistrzynią w szukaniu zgub. Wróciła do mnie w pięknym stylu. A właściwie to wyszła z cienia, bo przecież zawsze jest przy mnie gotowa do zabawy. :) Muszę jej częściej dawać zajęcie, żeby nie czuła się zapomniana.

Potem gdy usiadłam do kompa, to zauważyłam ciekawe saldo. Ono ciągle się zmienia.


No i zakupy zrobiłam na ciekawą kwotę. Kilkanaście pozycji i suma:


Liczby mnie lubią ;) z wzajemnością. Czy to zabawa czy zwracanie uwagi?

Potem dostałam gotówkę za prezent. Niektórzy nie umieją dostawać prezentów za nic i czują się do czegoś zobowiązani. A ja oddałam to co dostałam nietrafionego dalej i tego nie ukrywałam. Za darmo. Aż do dzisiaj. Dostałam kasę i nakaz: kup sobie co chcesz.

Ludzie nie umieją dostawać coś za darmo. Tak zostali nauczeni, że nie ma nic za darmo. A ja uważam, że to co potrzebujemy dostajemy i ciężka praca jest niepotrzebna. Nie trzeba za wszystko płacić. Śmieszą mnie strony, które żebrzą o kasę na swoją wydumaną „ważną” działalność. W życiu jest wiele możliwości. Kasa sama płynie.

Piękny słoneczny dzień. Choć jeszcze krótki.








22:29, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 stycznia 2018

Weszłam do jakiegoś pokoju, a właściwie do małej sali konferencyjnej. Na środku stał duży prostokątny stół, a wokół krzesła, ok. 10.

Po prawej stronie od wejścia siedziała tęga blondyna w nieokreślonym wieku. Ja usiadłam naprzeciwko niej po lewej stronie stołu. Za mną wszedł facecik, który usiadł bliżej okna, które było naprzeciwko drzwi. Potem weszły jeszcze ze 3 osoby. Usiadły gdzieś. Przed każdym leżały zadrukowane kartki, ok. 50-100. Był to duży plik kartek.


Ta blondyna powiedziała, że to jest umowa, którą musimy podpisać. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem pracownikiem ogromnej, bogatej i znanej firmy. Ale pracownikiem szeregowym i pracuję gdzieś w połowie wieżowca. A my spotkaliśmy się na najwyższym piętrze – tam gdzie urzęduje szczyt władzy. Wydało mi się to dziwne. Umowa była bardzo ważna. Więc zaczęłam czytać. Przerwałam i zapytałam gdzie są dyrektorzy i prezesi, bo to oni powinni podpisać tę umowę. Blondyna trochę się zmieszała i powiedziała, że musieli pilnie gdzieś polecieć. Dlatego my, ja i facecik, mamy ich zastąpić i podpisać umowę, bo ona jest bardzo ważna. Można to zrobić tylko dzisiaj. Facecik był niżej ode mnie w hierarchii zatrudnienia. Może to jakiś 30- letni stażysta. Robił co ju kazano, bezmyślny.

Spojrzałam w okno. Poziome żaluzje były podciągnięte do góry. Nasza sala była oświetlona, a na dworze robiło się już ciemno. Czułam się w tamtym miejscu niekomfortowo. Zawsze gdy czuję się niepewnie to żartuję. Taki wentyl bezpieczeństwa. Więc powiedziałam, że w tak oświetlonym pokoju jesteśmy jak na celowniku, łatwo nas wystrzelać. Trochę to kuriozalne, bo byliśmy naprawdę wysoko.

Wtedy przypomniał mi się film Wanted – Ścigani. Pamiętam scenę gdy główny bohater i Angelina biegli po dachu pociągu, żeby w ułamku odpowiedniej sekundy zastrzelić człowieka, który myślał, że jest bezpieczny.


A blondyna zaczęła nerwowo chichotać. Czy ona nie zrozumiała dowcipu? A może to nie dowcip, a zobaczyłam co nas czeka. Facecik przekartkował umowę i zaczął podpisywać każdą stronę. A ja zaczęłam czytać na serio. Przeczytałam, że my występujemy w imieniu firmy jako jej reprezentanci i odpowiadamy życiem i majątkiem za prawdziwość ustaleń umowy. Potem było jeszcze gorzej. Właściwie to my zostaliśmy wystawieni przez szefów. Poczułam, że jak podpiszę to mnie zabiją. Było tam takie sformułowanie, że gdyby mi się coś stało, to nikt za mnie nie będzie odpowiadał. To był duży przekręt, a ceną moje życie.

Gdy się tak zastanowiła, to stwierdziłam, że nie zależy mi na tej pracy w połowie wieżowca, znajdę inną. A na życiu mi zależy i to bardzo, bo mam je tylko jedno. Nie czytałam już więcej, bo było coraz gorzej. Czułam się jakbym grzęzła w błoto czy bagno. Wstałam, rozrzuciłam kartki tej umowy (były luźne, niczym nie spięte, bo było ich naprawdę dużo) i powiedziałam, że nic nie podpiszę. Blondyna znowu nerwowo się śmiała. Facecik patrzył na mnie zdziwiony, bo on podpisał już połowę kartek. Kiedyś może pojaśniłabym mu sytuację i razem byśmy wyszli. Teraz uważam, że każdy ma swój rozum i nie będę zajmowała się czyimś losem. Niech radzi sobie sam. Gdy wyszłam z oświetlonego pokoju na korytarz to poczułam ulgę. Uratował życie i nie dałam się zeszmacić. Bogaci tak mają, że wykorzystują słabszych i biedniejszych od siebie. Ja nic dla nich nie znaczę. Nie ja to inna znajdzie się na moje miejsce. Niech sobie poszukają innej naiwnej.

Wiedziałam, że jak wyjdę z budynku to już tu nie wrócę. I dobrze.

W życiu realnym teraz nic nie podpisuję, a zawsze czytam umowy. Jestem spostrzegawcza i to co miało być ukryte czy błędy ja zawsze widzę. One po prostu do mnie „wychodzą” z treści.

Po południu dostałam mejl z banku, że uznali moją reklamację. 20 października z mojego konta zrobiono przelew 2 razy po 11,07. Transakcje były opisane jako google*msp aps,g.cp/helppay#, GB. Natychmiast zablokowałam kartę, a potem dostawałam smsy, że mam odblokować kartę, bo przelewy nie mogą przejść. Automatem. Kwoty nieduże, ale chciałam wyjaśnić. Tego dnia płaciłam kart w 2 sklepach, ale zbliżeniowo. Nikt mnie nie pytał mnie o hasła czy numer karty, a jednak pieniądze zniknęły. Bank 22 października oddał mi na konto te kwoty, ale reklamację miał rozpatrzyć w styczniu. Z pisma niczego się nie dowiedziałam, oprócz tego, że reklamacja została rozpatrzona pozytywnie. Wszystko mejlowo. Mam teraz nową kartę i długo nie będę korzystała z płatności kartą w internecie. Wole przelew bankowy, idzie parę godzin dłużej, ale nikt nie będzie mi robił własnych przelewów.

Właściwie to sen był proroczy :) Wygrałam we śnie i w życiu.



23:13, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 stycznia 2018

Wigilia była świetna, bo była tylko najbliższa rodzina. I dostałam to co chciałam. W święta już gorzej, bo była osoba, której nie lubię. Nikt jej nie lubi, bo jest podła. Jestem miła, ale nie dla niej. Nie odzywałam się do niej, bo nie lubię złych ludzi i ich unikam. Gdy wróciłam do domu to zaczęło mnie boleć gardło. Nic dziwnego – brak porozumienia. Nie dało się, musiałam to odchorować.

Czasem do rodziny wchodzą osoby, które nie pasują, nikt ich nie lubi, a trzeba je zapraszać.

Rodzina jest bardzo ważna w życiu człowieka. Bo to ona kształtuje charakter. Rodzimy się konkretnego dnia z pewnym potencjałem. Potem rodzice nadają nam imiona i nazwisko. A potem starają się z nami zrobić co sami chcą. Mają jakieś wyobrażenia, niespełnione marzenia i chcą, żeby dziecko to realizowało. Rzadko zdarza się, że rodzice dają wolną rękę. Często gdy znikają to można iść własną drogą, bo nikt nie przeszkadza.

Gdy poziom frustracji jest wysoki to zaczynamy unikać tego co nam szkodzi. Omijamy rodzinne spotkania, żeby nie wysłuchiwać uwag pod swoim adresem. Moja mama ciągle pytała moją siostrę kiedy będą mieli dziecko, bo była już po ślubie. Więc ja, żeby tego uniknąć najpierw zaszłam w ciążę, a potem był ślub. Zresztą ślubu by nie było, gdyby moja mama mnie nie szantażowała. Przecież rodzina się obrazi. Presja była ogromna. I tak jest ciągle. Przez lata nic się nie zmieniło. Tylko teraz już mi to nie przeszkadza. Olewam, nie przejmuję się. Ważne jest zdrowie.

Na tym zdjęciu są moi rodzice, część z tych osób już chyba nie żyje. To było ponad 50 lat temu.

Kiedyś na ślub zjeżdżała się cała rodzina. Teraz więcej jest znajomych i przyjaciół, a dzieci nie zawsze są mile widziane. Moja kuzynka na swój ślub nie zaprosiła babci, bo powiedziała, że nie lubi starych ludzi. Teraz jest stara, to chyba ją też nikt nie lubi. A może umarła, nie utrzymujemy kontaktu.

Rodzina to korzenie. Bez korzeni roślina długo nie pociągnie, a człowiek? Rodzinę mamy jaką mamy, nie nasza wina ani zasługa. Rodzina jest ważna gdy chodzi o choroby. Jeśli kobiety umierały na to samo, to mówi się, że to choroby genetyczne. Ale geny to program, można go zmienić. Sprawdź jak zachowywała się babka i matka, wtedy unikniesz ich losu, gdy ty będziesz się zachowywać inaczej. To naprawdę wykonalne. Lepiej być zdrowym niż się użalać, że tak być musi.

Nie musi.

Podczas 3 dniowego leżenia i zdrowienia obejrzałam film sprzed 15 lat. City by the Sea, a polskie tłumaczenie Dochodzenie. Lubię filmy o czymś. Najważniejsza w filmie jest historia, a potem obsada i zdjęcia. Angielski tytuł sugeruje miejsce – w tym wypadku umierające miasteczko, a polski tytuł skupia się na wątku kryminalnym.


Scenariusz powstał na podstawie artykułu w prasie. Kto nie widział filmu, niech dalej nie czyta.

Główną rolę gra Robert De Niro, zagrał poprawnie. Jego syna zagrał James Franco (czy on mnie prześladuje ;)) Ojciec De Niro miał pecha. Był biedny i zadłużony, więc porwał dziecko. Gdy czekał na okup dziecko się udusiło. Miał pecha. Poszedł do więzienia. De Niro został policjantem. Miał syna Joeya, ale po rozwodzie nie utrzymywał z nim kontaktu. Joey został ćpunem. Świetnie gra ten Franco. Ćpuna nie tak łatwo zagrać, można przegiąć. Gdy Eliza Dushku mówi, że musi się naćpać to chciało mi się śmiać, zupełnie niewiarygodna.

Joey wpada w kłopoty, bo pojawia się w złym miejscu i czasie i jest uznawany za mordercę. Nie jest w stanie opiekować się swym synem. Każdy z tych panów opuszcza swego syna, z różnych powodów. Powiela schemat, wydawałoby się nieunikniony. Tali los. Dziwna scena gdy De Niro oddaje swego wnuka, bez emocji. A potem akcja przyspiesza. De Niro wygłasza monolog, a potem bawi się z wnukiem na plaży. Mamy tu 4 pokolenia, które popełniają ten sam błąd.

Wątek kryminalny jest słaby, potrzebny tylko po to, żeby pokazać wiarę ojca w niewinność syna.

Oczywiście każdy widzi w tym filmie inne przesłanie. Dla mnie film pokazuje, że w życiu nic nie jest przesądzone, zawsze można zmienić swoje życie. Gdy rodzina wyciągnie do ciebie rękę to chwytaj ją, możesz się zmienić, ale tylko gdy ty sam zechcesz. Tak to jest z nałogowcami. Ciągle obiecują, przysięgają, że się zmienią i dalej nurzają się po dnie. Świetny Franco. Nic dziwnego, że go lubię :)

Rodzina jest źródłem informacji. Wiedza bardzo się w życiu przydaje. Nie chcesz być taki jak ojciec czy matka, a robisz dokładnie to co oni. Znam dziewczynę, która traktuje swoją córkę tak jak jej matka ją traktowała. Wiem na co zachoruje. A dziewczyna nie zdaje sobie z tego sprawy. Może tak ma być.

Podobno wszyscy jesteśmy połączeni. Tylko, że ja tego nie czuję. Natomiast czuję ścisłe połączenie z rodziną. Wiem kto potrzebuje pomocy, gdy jest chory lub szczęśliwy. Wiem kiedy zadzwonić, albo oczekuję telefonu. To jak nici Aka, o których wiedzą Kahuni. Po tych niciach idzie informacja, to nie magia. Trzeba tylko nastawić się na nadawanie, albo odbieranie.

Kiedyś nie mogłam spać, aż syn nie wrócił do domu. Czekałam cała w nerwach. Kiedyś mi powiedział, że gdyby coś się stało to i tak nic bym nie mogła zrobić. Ale nic się nie stanie więc mam spać spokojnie. Odpuściłam. Ale mu powiedziałam, że jak będzie coś robił to niech wie, że ja stoję obok i patrzę. A co, takie prawo matki ;)

 

Dzisiaj nie wychodziłam z domu, żeby wydobrzeć. Upiekłam ciasteczka na szczęście i ulepiłam pierogi z kapustą i grzybami. To sentyment po świętach, chyba za mało wtedy zjadłam ;) Pogoda znakomita. Księżyc prawie pełny, a ja spałam znakomicie bez zasłaniania okna.

I doczekałam jest fajerwerków. Kocham i uwielbiam. Szkoda, że tak rzadko można je podziwiać. Sąsiedzi nie zawiedli. Pół godziny widowiska, ale z domu nie wychodziłam. W tym roku było dużo nowości, a kaskada światełek była najlepsza. Jak konfetti :) Gapiłam się w niebo, ledwo zdążyłam kilka uwiecznić.

Na świecie to chyba w Hongkongu były najlepsze. Wiadomo, Chińczycy mają kilka tysięcy lat tradycji, są mistrzami.

I dostałam życzenia, że mam się nie zmieniać. Ciekawe. Czy to znaczy, że mam stać w miejscu?

To będzie Dobry Rok :) Jedenastka.



02:22, bajka107
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 grudnia 2017

Miałam już w tym roku nic nie pisać na blogu, ale wczoraj obejrzałam film w tv – Noce w Rodanthe. Jak ktoś czytał książkę Nicolasa Sparksa to lepiej niech nie ogląda. Film niespecjalny, ale grał w nim aktor James Franco. Główne role grali Richard Gere i Diane Lane. Oboje piękni, ale zupełnie nieprzekonywujący. Widoczny brak chemii, że trudno uwierzyć w łączące ich uczucie. A James Franco w jakimkolwiek filmie się pojawia, to przykuwa uwagę. W grę wkłada całego siebie, nie tylko talent i serce. Ciekawe, że nie ma go w obsadzie i nie ma w napisach końcowych. Napisy to lista płac, czyżby nie wziął za ten film honorarium?

Ciągle trafiam na filmy z nim. Więc muszę się uwolnić ;)


James Franco jest utalentowany. To nic dziwnego, bo jest 11 z 39. Gra w 6 filmach rocznie, ale interesuje go też reżyserowanie i produkcja. Bycie aktorem jest nudne. Grasz jak ci każe reżyser, mówisz cudzymi słowami. Nikt się nie interesuje tym co masz do powiedzenia. A więc dobry aktor musi interesować się innymi działalnościami, niekoniecznie związanymi z branżą. James Franco studiował malarstwo w prywatnej szkole przez 10 lat i malował jak umiał, nawet murale. Wystawiał swoje prace w MoMA i Tate na wielu innych wystawach. Proszę zajrzeć na te linki, zwłaszcza na sztukę nowoczesną. Można być twórcą wszystkiego, ma się to podobać, albo nie, ma szokować, poruszać, a na pewno nie pozostać obojętnym.

Jego obrazy kupują znajomi, jak np. Sharon Stone, ale może je kupić każdy kogo stać.

Żeby zostać malarzem trzeba mieć pomysł, niekoniecznie talent. W luty będzie grany najnowszy film, który wyreżyserował i w którym zagrał – The Disaster Artist – o beztalenciu, ale z marzeniami. Był już film o śpiewaczce, która fałszowała, a na jej koncerty waliły tłumy. Zagrała ją Meryl Streep. Niczym mnie już nie zaskoczy, nie umiem ją podziwiać.

James Franco to człowiek, którego „nosi”. Ma wiele ukrytych i jawnych talentów. Może będzie Wielki :)

Gdy jesteś Britney Spears to za swoje „dzieło” możesz dostać 10 tys.$


Ale to podobno na szczytny cel, albo dla rozgłosu.

Jest wielu aktorów, celebrytów, którzy próbują malować, jak Jane Seymour , Anthony Hopkins , Adrien Brody i wielu innych top 20 celebrity painters .

Jedni malują od lat jak Joni Mitchell, która mówi, że najpierw jest malarką.

Wiele obrazów jest niepokojących i ciekawych dla psychologów.

Jim Carrey ciągle maluje. Jak nie ma propozycji aktorskich to ma zajęcie. Nie umie reżyserować i produkować.


Jim Carrey na swej stronie pokazuje wszystkie prace. Jego obrazy są niepojące, a on wydaje się niestabilny. Nie chciałabym mieć jego dzieła w domu.

Żeby sprzedać obraz trzeba mieć talent, albo sławne nazwisko.

Można też do malowania nakłonić małpę, słonia czy inne zwierzątko. Lepiej dac mu pędzel i farby niż zabić i zjeść.


Na pewno ktoś to kupi. Ludzie kolekcjonują wszystko, nawet włosy znanych ludzi.

W ubiegłym miesiącu była licytacja obrazu Salvator Mundi – Zbawiciel Świata.


Gdy go pierwszy raz zobaczyłam, to pomyślałam, że to podróba, albo karykatura. Chyba przez tą kryształową kulę zamiast jabłka. A jednak znawcy twierdzą, że autorem jest Leonardo da Vinci. Licytacja była dla ludzi z kasą i trwała 19 minut. Niektórzy nie wiedzą już na co wydawać. Za 450,3 miliony$ czyli 342 miliony £ można go było zabrać do domu, pałacu lub rezydencji. Nikt go już nie zobaczy i trafi do sejfu, jako lokata.

Ciekawe czy nabywca widział obraz z bliska. Bo w obrazach starych i oryginalnych jest jakaś magia. Dotykał go malarz i dał mu kawałek swojego życia, zwykle biednego.

Oryginały na żywo emanują jakąś energią, poświatą i może warto było. Ja bym raz na jakiś czas oglądała ten obraz na żywo, wyprowadzała go z sejfu na świeże powietrze.


Każdy człowiek powinien mieć jakąś odskocznię od swojej pracy. Nie każdy ma pracę, która go uszczęśliwia. Jeśli praca daje kasę, to za nią można realizować coś innego. Trzeba szukać w życiu równowagi. Nie słuchaj kołczów, że trzeba rzucać nielubianą robotę i realizować swoje cele. Jeśli jesteś głupi to zrobisz to. Ale po co. Jeszcze wpadniesz w depresję, jak niektóre osoby, które mają wszystko, tylko nie mają radości życia. Szukaj innych aktywności po zwykłej pracy, niekoniecznie musisz malować, możesz szydełkować ;) Ale rób coś diametralnie innego od zwykłej codzienności. Będziesz zdrowy.

Najbogatszym aktorem w tym roku został Mark Wahlberg, który zarabia miliony na burgerach. Ogłosił ostatnio, że zostanie reżyserem i stanie za kamerą, a nie przed. Uznawany jest za najbardziej przepłacaną gwiazdę, ale stać go na robienie czego chce. A zaczynał jako złodziejaszek.

Spróbuj i ty.



23:58, bajka107
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 grudnia 2017

Czy to odpowiedni temat na przedświąteczny czas? Gdy składamy sobie życzenia to najpierw życzymy komuś zdrowia. Potem całą resztę. Bo przecież gdy jesteśmy zdrowi, to możemy spełniać wszystkie marzenia. Dlaczego te życzenia tak słabo się spełniają?

Wczoraj spotkałam znajomą, która widziałam ponad rok temu, też o tej porze. Powiedziała mi teraz, że choroba jej córki sama odeszła. Uwielbiam takie wiadomości. Wszystko samo się robi. :)

Wtedy znajoma pytała czy nie znam jakiegoś sposobu na hemoroidy. Bo jej córka urodziła drugie dziecko i ma problem z hemoroidami. Oczywiście, że wiedziałam jak się tego pozbyć na zawsze.


Hemoroidy to żylaki odbytu. Guzki krwawią i chyba bolą. Lekarze mówią, że to z powodu biegunek lub zaparć. Tylko skąd te biegunki i zaparcia u normalnego, zdrowego człowieka?

Lekarze, zwłaszcza telewizyjni mówią, że trzeba usunąć przyczynę, więc usuwają guzki zamrażając je. A przecież guzki to objaw choroby, a nie przyczyna.

W organizmie coś się dzieje i on to pokazuje przez objawy. Człowiek musi znaleźć przyczynę choroby, zmienić swoje myślenie i wyzdrowieć. Jeśli te objawy zignoruje, usunie problem z widoku, to choroba wypłynie gdzie indziej, mocniej. Objawy choroby mają za zadanie powiedzieć choremu, że jego postawa w jakimś aspekcie jest błędna.

To jakby podświadomość mówiła: obudź się, zrób coś dla swojego dobra.

Choroby to przecież tylko i wyłącznie nasza zasługa.

Powiedziałam znajomej, że przyczyną hemoroidów są (wg Louise Hay):

  • obawa, że nie zdąży się z czymś w terminie,

  • złość z powodu przeszłości,

  • obawa przed odpuszczeniem przeszłości,

  • poczucie obarczenia, czyli wg słownika synonimów przepełnienie, przeładowanie, przeforsowanie, przesilenie, wyżyłowanie, zarżnięcie, zajeżdżenie, przeciążenie, przeciążanie.

Hemoroidy wychodzą, gdy człowiek odczuwa silną presję emocjonalną. Chory często zmusza się do czegoś, odczuwa ciągle presję, za dużo od siebie wymaga. Człowiek zmusza się do robienia czegoś, aby coś mieć. Gdy sprawy nie posuwają się wystarczająco szybko, człowiek ma poczucie, że wszystko wymyka się spod kontroli.

Zaparcia – zatrzymuje coś, apotem nagle coś odpuszcza, bo już nie ma siły – biegunki. Występuje brak równowagi.

Żeby wyzdrowieć, trzeba się zmierzyć z tymi zdaniami, odnaleźć w swoim życiu adekwatne sytuacje i pozwolić sobie na bycie nieidealnym. Naprawdę wystarczy kilka dni zastanawiania się nad tym, a choroba sama odejdzie., bo zniknie jej przyczyna. Jak w omawianym przypadku. Przy dzieciach, gdy kobieta zdana jest tylko na siebie, są momenty, że nie wiadomo w co ręce włożyć. Wtedy trzeba czegoś zaniechać, zrobić coś później, albo wcale, albo kazać to zrobić komuś innemu.

Moja znajoma powiedziała, że wszystko przekazała córce, ale nie rozmawiała z nią potem na ten temat. Podejrzewam, że matka też musiała córce odpuścić. Może chciała, żeby sobie ze wszystkim sama radziła i wywierała na nią presję. Ale przecież tak się nie da, żyjemy wśród ludzi i każdy ma jakieś zadania do wykonania. Trzeba pomagać, odciążyć. Wiem, że córka nie poszła do lekarza, bo nie miała czasu. A potem objawy się cofnęły, SAME :) A może wystarczyło, że to matka przestała wywierać presję na córce i zaczęła ją wspierać i pomagać i to wystarczyło, żeby córka została odciążona i nie miała poczucia przeciążenia.

Podobno chorujących na hemoroidy ludzi jest coraz więcej.

Nie wiem skąd takie dane, ale podaje się, że chorują pracownicy biurowi (bo ciągle siedzą), kobiety w ciąży, zawodowi kierowcy, gracze komputerowi, kolarze, ludzie jeżdżący konno.

A ja nie mam guzków, a często siedzę przy komputerze. Nie lubię uogólnień. Często mam taki natłok spraw, że nie wiem w co ręce włożyć. Jak jest ich za dużo, to robię hierarchię ważności, a część spraw po prostu odpuszczam i nie robię, niech robią inni. Trzeba się cenić, a zwłaszcza cenić swoje zdrowie.

Gdy choroba dopiero się pojawia, to wystarczy zmienić wewnętrzne nastawienie do niektórych spraw. I problem znika.

Gdy stosujemy dużo lekarstw i zabiegów, to podświadomość mówi: słuchaj co do ciebie mówię, nie wkur...j mnie, bo następna choroba będzie gorsza. Trzeba siebie słuchać i zaraz reagować. Prof. J. Aleksandrowicz mówił: „Niech mi koledzy lekarze wybaczą ale leczenie jest częstokroć bardziej szkodliwe niż zaniechanie leczenia”, „Nie ma chorób nieuleczalnych, niedostateczna jest tylko nasza wiedza”.

W przyrodzie podobno w pobliżu trującej rośliny rośnie antidotum.

Gdy sprawy są nierozwiązane na początku choroby, to pojawia się rak, jak u mojego ojca. Wtedy trudno zmienić swoje przekonania, choć bardzo się stara. Zawsze wiem kiedy jest kolejne badanie PSA. Ojciec robi takie badania co pół roku. Miesiąc przed nim jest nerwowy, mówi, że wszystko będzie źle, ale przy okazji zapomina, żeby być chamskim w stosunku do mamy i innych kobiet. Za bardzo jest zajęty sobą. Potem idzie na badanie, potem po wynik i okazuje się, że jest rewelacja. A potem wszystko wraca do normy, do następnego badania. Staremu człowiekowi trudno się zmienić, choć wie, dlaczego choruje.

 

Z okazji Świąt dostaję dużo mejli z życzeniami. Wszystkie uważnie czytam, zwłaszcza z newsleterów.

Ciekawe życzenia przyszły od mojego banku:

Życzymy Ci pełnych ciepła, spokoju i radości Świąt w gronie najbliższych.
W Nowym Roku niech Twoje marzenia zmienią się w rzeczywistość, a sukcesy przerosną oczekiwania.

Bardzo mi się podobają. Prawda, że niesztampowe, krótkie i treściwe?

Wszystkim życzę tego samego :)

Wszystko gotowe. Pora świętować.



23:53, bajka107 , Zdrowie
Link Komentarze (1) »
sobota, 16 grudnia 2017

Zajrzałam dzisiaj do aplikacji, którą mam na telefonie. Cytat adekwatny do tego co akurat robiłam.


Ja to mam szczęście, bo mam już posprzątane. Gruntowne porządki robię na początku grudnia na imieniny. Potem tylko odkurzam i mieszkanie gotowe na świętowanie. I dekorowanie. Na choince zawsze mam swoje gwiazdki, w dowolnych kolorach. A dzisiaj zaczęłam wycinać śnieżynki. Taki przerywnik w pracy zawodowej.



Żeby w domu było ładniej. Inaczej jak zwykle. Za oknem śniegu nie ma, więc mam śnieżynki na szybie w drzwiach do kuchni. To dopiero pierwsze podejście. Kolejne śnieżynki będą coraz ładniejsze. Wybrałam zwykłe kartki papieru i papier kolorowy. Nie udało mi się wyciąć doskonale żadnej, choć miałam wzory. Śnieżynki nie idą na wystawę, więc mogą być nieperfekcyjne. Im większa kartka papieru, tym wzory mogą być bardziej skomplikowane.

Takich śnieżynek nikt na świecie nie ma. Nawet ja nie mam dwóch jednakowych. Bo mi nie wyjdą ;)

Do wycinanek dobry jest cieniutki papier, prawie bibuła i bardzo ostre nożyczki, żeby się przebić przez kilka warstw. Gdy papier składa się kilka razy tym piękniejsze wychodzą wzory. Właściwie to zawsze są piękne, bo są symetryczne. Symetria jest dobra, bo działa dobrze na człowieka. Harmonia. Dobrostan.

Upiększajmy nasze domy, nasze serca, nasze życie.


Śnieżynki po nowym roku znikną, bo ich czas minie. Jak choinka i gwiazdki. Jak wszystko.




22:59, bajka107
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 grudnia 2017

Rano o 9 musiałam być w nikomu niepotrzebnym urzędzie złożyć druki z pierdylionem zbędnych rubryczek wydumanych przez nikomu niepotrzebnych urzędników. I tym sposobem poszłam wcześnie do hipermarketu. Zwykle chodzę po południu albo wieczorem.

O tak wczesnej porze klientami są w większości staruszkowie, nie ma małych dzieci. Staruszkowie chodzą wolno, parami i wszystko oglądają.

źródło: klyker.com old-people 

Zupełnie nie rozumieją promocji. Chcą coś kupić, bo cena jest niska, ale nie dowidzą, że trzeba mieć aplikację, albo jakieś kupony. Ktoś im tłumaczy, ale oni nie wiedza co to takiego? Co to jest smartfon? Mają zwykłe stare telefony z wbitym numerem dzieci. Koleżanki i znajomi już dawno nie żyją, więc nie mają do kogo dzwonić. Staruszkowie mają czas rano, jak jest mało ludzi i jest widno. Dzieci mają samochody i czas wieczorem, ciągle gdzieś się śpieszą. A staruszkowie muszą pomyśleć, zastanowić się, przeliczyć czy to co chcą kupić im się opłaca. Czasem źle skalkulują i w kasie muszą zapłacić więcej niż zamierzali. Sklepy lubią takich klientów, bo łatwo ich oszukać. Niedawno moja mama kupiła w hipermarkecie masło klarowane. Potem patrzy na paragonie, że cena jest inna niż była na półce. Gdy poszła z ekspedientką zobaczyć, to okazało się, że na kartoniku z ceną była napisana waga produktu. Cena dotyczyła lżejszego pudełka, które stało na półce wyżej. Oddała pudełko i dostała zwrot pieniędzy. Moja mama przeczytała paragon zanim opuściła sklep. A co mają zrobić inni? Oni dopiero w domu dowiadują się, że przepłacili.

Staruszkowie żyją długo, choć w chorobie. Wszyscy pamiętają wojnę i głód. Stąd uruchomili gen długowieczności, jak mówił prof. Vetulani. Kupowanie na zapas mają we krwi. Nie jedzą śmieciowego jedzenia, bo im nie smakuje, albo go nie znają jako jedzenie. Nie jedzą też fit batonów, a jednak długo żyją. Samotni staruszkowie wybierają małe osiedlowe sklepy. Kupują mniej. Setki razy widziałam jak szukają w zniszczonych portfelikach drobnych, których nie ma. Wiele razy chciałam dopłacić do jakiegoś artykułu osobie, która stała przede mną. Nie jest to takie proste. Staruszkowie mają swoją dumę i wolą nic nie kupić niż przyjmować coś za darmo. Gdy ostatnio coś kupowałam, a pani przede mną szukała 1 grosza, to powiedziałam, że bardzo mi się śpieszy i ten grosz za nią zapłacę. Następnym razem mi odda. Nie wiem czy to dobry sposób, bo byłam niemiła i ją popędzałam. Ale w ten sposób pani nie musiała rozmieniać złotówki, żeby zapłacić ten brakujący grosz.

Muszę wymyślić jak wspomagać spotkanych starych ludzi bezpośrednio, nie nachalnie i nie urażając ich godności. Nie lubię fundacji, które na pomoc innym wydają 10% swoich wpływów, a za resztę kupują drogie samochody i urządzają przyjęcia w knajpach.

Może staruszkowie, jak Platon, wierzą, że każda dusza ma swoją gwiazdę, na którą wraca po śmierci, o ile żyła godnie. I żyją godnie, choć biednie. I nikt ich nie obroni przed sępami, którzy są gotowi z pazerności zabrać wdowi grosz. Wszyscy będziemy staruszkami.

Idą święta, dla niektórych biedne, dla innych bogate. A śmietniki będą pełne jedzenia. Jak co roku. Zmarnowane pieniądze.

Nie mam jeszcze swojej gwiazdy, ale nad tym pracuję ;)




22:55, bajka107
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 grudnia 2017

Wczoraj byłam na osiedlowym ryneczku i uzupełniałam zapasy żywności. Chodziłam sobie, oglądałam i kupowałam. Nie myślałam o czymś szczególnym, w zasadzie tylko o zakupach.

W pewnej chwili zobaczyłam parę jakieś 3 m od siebie. Rozmawiali. A ja ich słyszałam, choć nie powinnam, byli za daleko. Młody mężczyzna opowiadał swojej starszej znajomej o prywatnych sprawach. Nie będę powtarzała, bo to osobiste. A na koniec on powiedział, że żyć się odechciewa. Był bardzo zdołowany, nie widział wyjścia, był zdruzgotany. Co on wie o życiu? Starsza pani nie umiała go pocieszyć. Nie da się skleić złamanego serca. Poklepywanie po ramieniu i mówienie, że czas leczy rany i będzie dobrze nie działa. Potem szłam dalej i usłyszałam rozmowę dwóch meneli. Jeden mówił, że rano napił się z takim jednym, za sklepem po drugiej stronie ulicy, ale tylko szczeniaczka, aż zobaczył dno. A drugi powiedział, że też już dziś wypił, ale mało. No to musimy wyrównać powiedział pierwszy i wypili kolejną małą buteleczkę. Tak sobie gawędzili, na swoim poziomie. Ciekawe, że ja to usłyszałam, a oni byli oddaleni ode mnie o 3 m i mówili cicho.

Wyszłam z rynku i spojrzałam na ludzi chodzących między straganami. Gdzie spojrzałam na rozmawiających ludzi to słyszałam o czym mówią, do granicy kilku metrów, nie dalej.

To było dziwne doświadczenie.

Zawsze słucham co do mnie mówią ludzie, czasem nawet wiem co powiedzą za chwilę. Ale to znajomi czy klienci. Nie zdawałam sobie sprawy, że mogę słuchać obcych ludzi, nawet jak mówią cicho między sobą.

Akurat dzisiaj przeczytałam art z Focusa o traceniu słuchu halas-uszkadza-nasze-uszy-serca-i-mozgi Ja nie słyszę tego hałasu. Ale w dzieciństwie miałam zapalenie ucha środkowego. Wyleczyłam i już nigdy potem nie bolało mnie ucho. Choroba mi nic nie uszkodziła. Trzeba o siebie dbać. Nikt tego za ciebie nie zrobi.

Wszędzie piszą o uszkodzeniach, a nigdzie o wyostrzeniu słuchu. Lepiej być zdrowym niż chorym.

Fakt, że nie słucham głośnej muzyki, ale często przekrzykuję wykonawców. Nie słucham muzyki w słuchawkach, bo wolę rozmawiać z ludźmi, zagadywać. Nie ma takiej muzyki, której musiałabym słuchać w drodze dokądś. Nie pamiętam kiedy ostatnio stosowałam antybiotyki, bo rzadko choruję. Nie pamiętam kiedy bolała mnie głowa. Wiem, że gdyby mnie zabolała, to napiłabym się szklanki letniej wody. Ból to przecież brak równowagi. Nic mnie nie boli więc nie stosuję tabletek ani suplementów. Odstawiłam kilka lat temu jak przeczytałam o dodatkach. Po co się truć. Wolę jeść przez 3 dni to samo, na co mam ochotę, bo wiem, że jest tam coś czego mi brakuje. Z wiekiem podobno traci się słuch, a u mnie odwrotnie. Słyszę wszystko i to coraz dalej, nawet szept.

Jestem uważna. Uważnie oglądam reklamy, żeby wiedzieć czego nie kupować. Widzę jak tresuje się ludzi. Pomijam już reklamy o GrypoVitam. Teraz modna jest cukrzyca. Chorujesz, ale nie wiesz o tym. Ciekawe. Wmówić można wszystko. Najgorzej uwierzyć bez objawów. Czy ludzie lubią chorować? Ostatnio widziałam książkę jak to facet podaje różne przepisy dla chorych na cukrzycę, a on sam choruje 0d 17 lat. Kuriozum. Ludzie stracili wewnętrzny głos, nie słyszą jak organizm woła czego chce. Ale tego nie słyszymy zwykłym słuchem.

Stosuję zakazane patyczki do uszu, a słuch mi się wyostrzył. I nie wiem dlaczego.

Zasnęłam ok. północy. I nagle coś mnie obudziło. Wybudzona usłyszałam lecący samolot. Przecież w nocy nie latają nisko samoloty. Włączyłam flightradar i to co zobaczyłam mnie zdziwiło. Zapisałam to.


To wyglądało jakby coś obsiewał wzdłuż linii. Ale to był niewielki samolocik.

Potem zasnęłam, ale na krótko, bo znowu obudził mnie samolot. Już odlatywał. Ciekawe, że na jednym baku leciał 4 godziny. Czy można tak latać i przeszkadzać ludziom w śnie? Nikt się nie obudził? Wszyscy głusi?


Co ten mały samolocik robił w nocy. Były chmury więc to nie lot turystyczny. Dlaczego ktoś wydaje pozwolenie na nocne loty nad miastem.

Rano bym o tym zapomniała, gdyby nie fotka. Wyspałam się, bo wstałam o 9.

W ciągu dnia znowu słyszałam samolot. Też był mały, ale inny model i leciał wyżej. I robił pętlice.


Ciągle nie wiem dlaczego wyostrzył mi się słuch. Nie ma się czym martwić, a należy się cieszyć. Tylko to niezgodne z nauką.

Jeszcze tylko 23 dni do nowego roku.



23:00, bajka107
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 grudnia 2017

Każdy ma jakoś poukładane życie. Wiadomo gdzie będę konkretnego dnia, co lubię, co muszę robić, co kupić, z kim się spotkać itd. Jest przewidywalnie.

Kilka razy w roku goszczę osoby, które mieszkają teraz za granicą. I jak przylatują to wszystko się zmienia. Trzeba odwoływać spotkania, gotować inne rzeczy, chodzić w różne miejsca, robić wszystko, żeby gość/cie dobrze się czuli. Jak ja to lubię :)

Taki czas pokazuje, że nie można się przyzwyczajać i można wszystko zmieniać. I nic się złego nie dzieje. Ostatnie dni właśnie takie były. Wolałam gadać do nocy niż zaglądać do kompa. Ważni są żywi ludzie. Póki co.

30 listopada spadł pierwszy tej jesieni śnieg. Stare przysłowie mówi: Gdy święty Andrzej ze śniegiem przybieży sto dni śnieg w polu leży. No i się nie sprawdziło, bo już 2 grudnia po śniegu nie było śladu. Stwierdziliśmy, że tu chodzi o pole, a w mieście pola nie ma. Dlatego przysłowie u nas nie działa.

Ale było przez chwilę pięknie.


Potem była pełnia. I to jaka. Księżyc był na wyciągnięcie ręki, w tzw. perygeum, czyli najbliżej ziemi. A ja zupełnie nie umiałam zrobić dobrego zdjęcia, choć się starałam.

To najgorsza fotka super pełni jaką ktokolwiek zrobił;)

Zapowiadała się nieprzespana noc, bo było bardzo widno. Ale potem nadciągnęły chmury i zasnuły całe niebo.

Ciekawe, że Księżyc podobno jest ciałem niebieskim, czyli jest kulką. A na niebie wygląda jak płaski guzik. Nie zachowuje się normalnie. Nikt nie widział tej jego kulistości, a tłumaczenia są dziwne, nielogiczne. A to przecież podobno ziemia jest płaska. Z wysokości 38000 ft nie widać żadnego zaokrąglenia, nawet niewielkiego. Jak okiem sięgnąć jest płasko. Czy ktoś leciał wyżej i zrobił foty?

A tu tylko wycinek widoku z okna samolotu. Naleśnik. Ziemia jest płaska.

4 grudnia : Gdy w Barbarę pada – zima ostra się zapowiada. Padało tylko do południa i to lekko. Potem było ładnie. To jakie będą święta?

Dostałam zamówione prezenty. Ja to kocham, wiem co dostanę i autentycznie się cieszę. Wszystko mi się podobało, nie udawałam zadowolenia. Niespodzianki są wątpliwe, przeważnie nietrafione. W tym roku wszystko było świetne. I tak ma być.

5 grudnia : Piąty grudzień stycznia czyni znaki, szósty grudzień luty przepowiada, siódmy grudzień o marcu gada. Wg tego styczeń i luty będzie u nas deszczowy, a marzec piękny, słoneczny.

Czy przysłowia na temat pogody mają sens, zwłaszcza w mieście. Zamiast pola jest beton. Samoloty latają i zasnuwają niebo szarym kożuchem.

Miejskie przysłowie: jak pada to na taksówki trzeba długo czekać ;) Wiec wolimy słoneczko.

Przechwyciłam list do Mikołaja. Bo tylko ja znam adres ;) Mikołaj jeszcze nie ma messengera ;)


Pierwsze rzeczy są łatwe do wykonania, wystarczy kasa. Zajmę się punktem 6, bo lubię wyzwania. I Dziesięciolatka będzie szczęśliwa.

Mój list do Mikołaja ma tylko 1 punkt. I na pewno dostanę to co chcę.

Pora wracać do rzeczywistości i zrzucić 3 kg. Nic to. Przypakowałam ;)

Lubię swoje życie, bo nigdy się nie nudzę :)



23:13, bajka107
Link Komentarze (2) »
czwartek, 30 listopada 2017

Spotkałam dzisiaj znajomego. Prosił o rozmowę, ale musiał coś jeszcze załatwić. Zawodowe sprawy skończyłam więc się zgodziłam. Zamówił mi kawę i poszedł. Lubię ludzi, którzy wiedzą co lubią inni ludzie. Nie miałam żadnej książki, ale od czego jest smartfon ;)

Coraz bardziej lubię internet. Kiedyś myślałam, że to szambo i trafiałam na śmieci. Teraz uważam, że to kopalnia wiedzy i świetnie trafiam. Wpisałam słowo „Platon” i znalazłam taki artykuł AndrzejDrohomirecki O Platonie mogę czytać wszystko.

Nie tego szukałam, ale z zainteresowaniem przeczytałam. Tak mnie pokierował duch internetu.

Ostatnio spostrzegłam, że moi rodzice nie słuchają muzyki. Żadnej. Kiedyś też nie słuchali. Po prostu włączali radio i ono sobie grało i gadało. Teraz każdy czegoś słucha, a nawet jest fanem czegoś lub kogoś. Do czego nam jest potrzebna muzyka? Czy interesuje nas jakie treści nam przekazuje? Muzyka ma nas rozweselać, albo dołować. Czy jest konieczna do życia? Nie, ale to życie uprzyjemnia. Jak sztuka.

A jednak sztuka była obecna w ich życiu. Moi rodzice chodzili kiedyś do Teatru Muzycznego, ale chyba dlatego, że w pracy były karnety. Ale inni nie chodzili, choć mogli.

Moja mama robiła też na szydełku firanki, obrusy i serwetki. Nawet ostatnio powiesiła starą firankę na działce i wyglądała dobrze. Taka firanka jest zawsze biała, bo zrobiona z nici. Skoro dzieło sztuki to praca i twórczy geniusz, to własnoręcznie zrobiona firanka spełnia tę definicję. Dodałabym tutaj jeszcze niepowtarzalność. Ile warte jest dzieło, które ma kilka egz.? Mniej. A takiej firanki jaką ma moja mama też nikt nie ma. Dzieła sztuki powstają z potrzeby uzewnętrznienia siebie, swojej potrzeby piękna. Firanka nie może się równać z obrazem. Choć jest pracochłonna, to jednak nikt nie zapłaci dużo za kilometry nici i za czas jej wykonania. Czy to w ogóle można nazwać sztuką? Sztuka też może być użyteczna.

Czyż to nie sztuka odróżnia człowieka od zwierzęcia? Ryby płynące w morzu nie zachwycają się feerią barw i glonów, ptaki nie podziwiają ziemi z powietrza, a zwierzęta kopią swe nory i nie zastanawiają się czy są ładne. Każdy człowiek ma w sobie poczucie piękna, ale na swój sposób. Mówi się, że o gustach się nie dyskutuje, bo każdemu podoba się co innego.

Gdy prawie kończyłam art, to pomyślałam sobie, że mój znajomy może już przyjść. I faktycznie mówisz-masz. Przyszedł.

A potem oglądałam serial Nastoletnia Maria Stuart. Mało ma on wspólnego z prawdziwą historię, ale dobrze pokazuje snucie intryg i jak manipulować ludźmi. Nie dostanie ten film Oscara za kostiumy, fryzury i makijaże, bo one są współczesne. Jest tyle obrazów z tamtego okresu, ale widocznie mało różnorodne, a więc nieprzydatne. W każdym odcinku jest coś ciekawego, choć nie oglądam każdy. W dzisiejszym Franciszek powiedział: „liczy się co człowiek robi, gdy nikt nie patrzy”, o człowieku o którym miał złe zdanie, ale je zmienił. Bo to czyny świadczą o człowieczeństwie, a nie opowieści.

Dzieła sztuki tworzyło się w pracowniach, w zaciszu z dala od wścibskich oczu. Takie mamy czasy, że wszyscy mają wiedzieć co każdy robi. W sklepie ekspedientka kończyła rozmowę z poprzednią klientką. I oczywiście włączyła w to mnie. Otóż ona nie rozumie jak można w internecie się rozebrać by pokazać brzuch. I robią to jej dzieci, które są zwykłe, nie sławne. A przecież każde młode pokolenie odstaje od starego. Tak było i będzie. Akurat każdy może cykać fotki to to robi. Potrzeba uznania i zainteresowania jest zaspokojona. 

Jestem wdzięczna za internet, choć nie pokazuję swojego brzucha ;)

To był dobry dzień.




23:44, bajka107
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 listopada 2017

Wczoraj padało, gdy umawiałam się z przyjaciółką na spotkanie. Trudno spacerować z parasolką, więc zażyczyłam sobie pięknej pogody. Właściwie to powinnam przestać opowiadać jak steruję pogodą w moim miejscu zamieszkania. Bo to nudne. Działa za każdym razem.

Bez problemu mogę przewiać chmury, wyciągnąć słońce, sprawić, że nie będzie padało. Ale dzisiaj zaczęłam się zastanawiać dlaczego mi wychodzi, a koleżance nie. To chyba kwestia mocy. Gdy nie zajmuję się bzdetami, nie słucham głupot, nie poświęcam im ani minuty, to mam więcej energii. Potem wystarczy kilka oddechów, a następnego dnia masz to co chcesz. Nabyłam kolejną przydatną umiejętność.


W centrum handlowym poszłyśmy na obiad, zakrapiany ciemnym piwem. Normalnie nie piję, ale nie jestem ortodoksem.


Oczywiście nic nie kupiłyśmy, ale ceny wprawiły nas w głupawkę. Co można myśleć o produkcie, który udawał kurtkę i kosztował 1500zł. Wyglądała ona jak złota wytarta stara kapa na łóżko praprababci. To nawet nie była kurtka, tylko kawałek cienkiego materiału, bez podszewki, bez kołnierzyka. Dlaczego gdy coś kosztuje bardzo dużo to tego nie widać? Gdyby nie metka nikt by o tym nie wiedział. Są też sklepy, do których nikt nie wchodzi. Jak one prosperują, a może to pralnia.

Dostałam pierwszy imieninowy prezent :)



Mało wymagająca roślinka. A na ziemi jest pełno złotych 5 groszówek. Podobno to na pieniądze. Talizmanów mi ciągle przybywa.

Mamy też taki czas, że w ciągu dnia i słońce i księżyc są obok siebie na jednym niebie. Ciekawe zjawisko. Księżyc w I kwadrze.


Dobrze się tak zresetować. Niczego nie musieć. Siedzieć i gadać. W realu.

To był piękny dzień.

 

 

22:44, bajka107
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 listopada 2017

Nie trzeba kupować drogich zabawek, żeby świetnie się bawić z dzieckiem. Wystarczy kawałek kolorowego papieru, który trzeba sprytnie skleić. Powstanie wstęga Möbiusa. Nie on ją wynalazł, ale pierwszy ją opisał, stąd nazwa. Fachowo wstęga Möbiusa to dwuwymiarowa zwarta rozmaitość topologiczna istniejąca w przestrzeni trójwymiarowej.

Od 159 lat (1858 r.) ludzie się tym bawią.

My też. Wystarczy końce paska skleić skręcając jeden koniec o 180º. Gdy się skręci 2 razy to nic się nie stanie. Musi być nieparzyście, ale trzeba mieć dłuższy pasek. Można skręcać w prawą i w lewą stronę.


Jeśli jeden ślimak się zatrzyma, to który szybciej dogoni drugiego? Oczywiście pomarańczowy szybciej dogoni stojącego zielonego niż zielony pomarańczowego. A wszyscy będą chodzić w kółko, nigdzie nie dojdą.

Wstęga ta ma tylko jedną stronę i jedną krawędź. Sprawdźmy.


Miała być kreska mazakiem, a jest wycinanka. Faktycznie, nie przestając wycinać, początek zbiega się z końcem.

Poprosiłam o drugą wstęgę. Więc rozcięto wstęgę na pół. Okazało się, że nie ma 2 wstęg, a jest jedna, dłuższa i skręcona 3 razy.

Tą właściwość wstęgi wykorzystuje się np. do szarf z medalami. Wtedy ładnie leżą.


Wykorzystuje się tę wstęgę w sztuce i produkując biżuterię. Na świecie jest pełno rzeźb wykorzystujących ten motyw. Artystom brakuje weny. A ja znalazłam jeden kolczyk.

Kiedyś wyglądał ładniej. A potem jeden zgubiłam, a ten czeka na inne wykorzystanie.

Można też zrobić wstęgę ze światła, jak w opisie tu wstega-mobiusa-ze-swiatla

Może kiedyś budowlańcy zbudują drogę w kształcie wstęgi. Tylko musi być bardzo duża, żeby ludzie się nie kapnęli, że chodzą w pętli. Jest tyle zbędnych inwestycji, więc jedna więcej nie robi różnicy. Publiczne pieniądze można marnować na różne sposoby.

Z matematyką nie jest nudno. Trochę magii i jest świetna zabawa. Iluzja.

 

 

środa, 22 listopada 2017

Otacza nas coraz więcej liczb. Każdy ma swoją datę urodzenia i numer pesel (w zeznaniach podatkowych trzeba podawać je obie, choć w peselu jest już zawarta data ur.). Mamy też liczby w adresie zamieszkania. Często ludzie nie pamiętają swego kodu pocztowego lub go nie znają. Ci co prowadzą swoje firmy muszą znać więcej numerów, jak 10 cyfr nip, 9 cyfr regon, 26 cyfr rachunku bankowego. Kierowcy muszą pamiętać numer rejestracyjny swoich samochodów. Numerów telefonu już nie pamiętamy, bo wszystkie są wbite w telefon. Wystarczy wybrać.

Ciągle chodzę na różne szkolenia. Poznałam nowego bożka. Ktoś z uczestników zadał prowadzącej pytanie: po co ciągłe zmiany, czemu mają służyć? Urzędniczka odpowiedziała: to nie my to „ustawodawca”. Taka spychotechnika. A przecież ustawodawca to nie byt nadprzyrodzony, z którym trzeba się zgadzać. Za nim stoją żywi ludzie, którzy wykonują polecenia innych ludzi, żeby uprzykrzyć życie zwykłych ludzi. Ustawodawca jest wiecznie żywy, nie umiera nigdy.

A ja i inni tracimy czas na uczenie się wykonywania poleceń i podawanie informacji, które są znane urzędnikom.

Po takich szkoleniach trzeba odreagować, żeby pozostać zdrowym na umyśle.

Zapytałam koleżanki czy zastanawiała się dlaczego są takie, a nie inne numery kodów pocztowych. A ona odpowiedziała, że moje myśli błądzą w dziwne strony, że interesuję się rzeczami, na które inni nie zwracają uwagi. Musi być przecież jakiś porządek, stąd te kody.

Dobrze, że mam w necie takie miejsce, w którym mogę się nad tym pozastanawiać. Czy ktoś się nad tym zastanawiał też?



Kody pocztowe wprowadzono 44 lata temu. Ale liczby były tam wcześniej. Na pewno to produkt masońskiego urzędnika, bo ciekawy jest klucz nadawania miejsca tych kodów. Nie idą wg alfabetu głównych miast, ani poziomo, ani pionowo tylko spiralnie. Kod składa się z 5 cyfr. Sprawdzę tylko pierwszą cyfrę związaną z okręgami.

Zaczynamy od zera.

0 – okręg warszawski

O zerze już dużo pisałam. O tym rejonie można powiedzieć w jednym zdaniu „od zera do milionera”. Zero to pustka, z której wyłania się cokolwiek i wszystko. Możesz być każdym jak trafisz na korzystne wiatry. Na pewno zrobisz karierę, czasem ogromnym wysiłkiem i kosztem. Zero to też czarna dziura. Możesz stać się niewidzialnym, nikt cię nie zna. Łatwo w takim miejscu zniknąć. To tu ukrywa się ustawodawca, który produkuje przepisy dla maluczkich. Tu powstają nowe, nikomu niepotrzebne urzędy jak krs, regon, urzędy pracy czy senat i wiele innych. Tu się wszystko zaczyna, dobre i złe.

1 – okręg olsztyński (z białostockim)

Jedynka kojarzy się z ciekawością świata. Ludzie tutaj są prości i naturalni, ciepli i wrażliwi. Bo tutaj bliżej do natury. To tutaj powstają nowe pomysły i plany, które będą realizowane gdzie indziej. Kody powstały niedawno, ale wibracja była wcześniej. To tutaj jest wilczy szaniec kwatera Hitlera. W wolfsschanze powstawały plany podboju świata, tak daleko od jego domu. To tutaj powstało więzienie, w którym torturowano ludzi. Jedynka to nie są działania długofalowe i takie się nie udają. Wszystko wyszło na jaw i takie więzienia są gdzie indziej. Ludzie z tego miejsca jadą na materialny zachód, bo przecież samą naturą nie każdy umie żyć.

2 – okręg lubelski (z kieleckim)

To kolejne województwa duchowe. Tu żyją ludzie wierni i lojalni, z intuicją i wyobraźnią. Tak działa Księżyc patron Dwójki. Ci ludzie nie mają uprzedzeń i są łatwowierni. Potrzebują bezpieczeństwa i dlatego są ulegli. Tutaj możliwe byłe rzezie dokonywane przez „przyjaciół” czy sąsiadów. Dwójki to pracownicy niższych szczebli. W moim mieście od lat pełno jest robotników na budowach właśnie stamtąd. Oczywiście, że są wykorzystywani, ale to nie ich wina, to ufność. To wina tych z centrum.

3 – okręg krakowski (z rzeszowskim)

W jednym zdaniu: sztuka wysoka. Do dziś pamiętam licealną wycieczkę do Krakowa. Wieczorem kilka osób uciekło na spektakl do Teatru Starego. Płakałam z zachwytu. Przeżycie nie do opisania i na zawsze do zapamiętania. Trójka jest kreatywna, uzdolniona i twórcza, ma dobry gust i jest wyrafinowana. Nie mam pojęcia czy lubią discopolo, ale nie sądzę. Ludzie stąd mają szerokie możliwości w każdym miejscu świata. To idealne miejsce na serce państwa. Dopóki tam była stolica nasz kraj był znaczący na świecie. Komuś to przeszkadzało.

4 – okręg katowicki (z opolskim)

Patronem Czwórki jest surowy Saturn, planeta ograniczeń i dyscypliny. Tu mamy tytanów pracy i silne charaktery. Tu były kopalnie i górnicy pracujący pod ziemią. Nie ma tu miejsca dla lekkoduchów. Koniecznie trzeba przestrzegać zasad, żeby przeżyć. Mój ojciec pracował pod ziemią, był elektrykiem. Miał wypadek, poraził go prąd i miał 3 ogromne , owalne blizny na plecach. Mama była w tym czasie w ciąży, stąd ja taka nerwowa byłam ;). Codziennie były tam wypadki i często śmiertelne. Saturn każe przestrzegać zasad, być odpowiedzialnym i nie zmieniać raz obranej drogi. Moja rodzina wyjechała stamtąd gdy miałam 2 lata. Bo ja jestem leniwa i źle by mi tam było. A jeszcze nic nie wiedziałam o liczbach. Czwórki przestrzegając zasad i budując struktury mają dużo kasy. Jest dużo sławnych Czwórek, o których wiele pisałam. Część mojej rodziny miała część wynagrodzenia w bonach, za które kupowała w specjalnych sklepach. Gdy przyjeżdżali do nas to było święto. To oni przywozili kabanosy i frankfurterki, jedzenie z innego świata.

Gdy kopalnie zaczęto zamykać to tym ludziom trudno zmienić swoją drogę zawodową. Nie ich wina.

5 – okręg wrocławski

W jednym zdaniu: Pomarańczowa alternatywa. Tylko tam mogła się narodzić taka inicjatywa. Piątka to wolność, swoboda i szybkie zmiany. Mieszkają tam ludzie czynu, którzy łamią stereotypy. Mają dużą wyobraźnię i są przebojowe. W czasach studenckich często tam wyjeżdżałam. Co tam przeżyłam to moje. Piękne miasta.

Sprawy finansowe nie są najważniejsze, ale tak potrafią zadziałać, że z głodu nie umrą, zawsze są przy kasie. Gdy ma wiedzę to na tej bazie wiele osiągnie.

6 – okręg poznański (z zielonogórskim)

Kojarzy się z domem i rodziną. Ma wiele umiejętności artystycznych i poczucie harmonii.

Ludzie są ciepli i serdeczni, ale też próżni. Nie mają skłonności do ryzyka. Dbają o bezpieczeństwo materialne, są oszczędni. Często inwestują, zawsze z myślą o przyszłych pokoleniach. Dbają też o przodków. Są bardziej uczuciowi niż rozsądni. W końcu to dzieci Wenus.

7 – okręg szczeciński (z koszalińskim)

Nie może być inaczej. Patron Neptun (Posejdon) to w końcu bóg morza. Dla zmyłki jego pomnik w fontannie stoi w Gdańsku. Siódemka to liczba Świata, rozumie prawa kosmosu i ma własny system wartości. Ma filozoficzne spojrzenie na świat i bogaty świat wewnętrzny. Ludzie szukają pracy, którą pokochają i która da im niezależność. Gdy świat wewnętrzny przesłania rzeczywistość to człowiek może mieć depresję.

8 – okręg gdański (z bydgoskim)

Ponad wszystko kocha dobra materialne. Ludzie stamtąd osiągają wysokie stanowiska i dużo znaczą w społeczeństwie. Są wymagający i mało tolerancyjni. Tylko stamtąd Wałęsa mógł rządzić związkami zawodowymi. Ósemka kocha władzę i kasę i to osiąga, bo jest też odważna.

9 – okręg łódzki

W jednym zdaniu: miasto wielu kultur, nie tylko 4. Dziewiątka emanuje wszystkimi wcześniejszymi wibracjami. Dlatego pozjadała wszystkie rozumy i myśli, że jest najmądrzejsza. Nieustannie naprawia świat, mówi innym co mają robić. Oczekuje pochwał i rozgłosu. Gdy inni ją nie doceniają to się irytuje. Nie lubi pomocy, taka Zosia samosia

Patronem jest Pluton – śmierć i transformacja. To tutaj trafiali wszyscy obcokrajowcy i uczyli się języka polskiego. Bo w Łodzi podobno mówią najładniej po polsku ;) Jesteśmy przyzwyczajeni do innych kultur, tolerujemy obcych, ale do czasu. Nadmiar czy brak równowagi może spowodować wybuch wulkanu.

Dziewiątki lubią podróżować. Niektórzy wyjechali na zawsze, ostatnio całe roczniki młodych ludzi opuściło to miasto. Ludzie cenią komfort życia, ale w mieście uniwersyteckim i meneli nie ma dla nich miejsca. Miasto się starzeje. Zostaną same mądrale, tylko kto będzie pracował.

 

Napisałam na początku, że to masoński człowiek wymyślił, bo tylko oni widzą to czego nie widzą inni. Dlaczego jedynkę nie dostał np. okręg gdański, a Trójkę katowicki? Bo te liczby tam nie pasują. Wszystko jest na wierzchu, nie ma nic ukrytego. Trzeba to tylko zobaczyć.

 

W trakcie ostatniego szkolenia dowiedziałam się jakie uruchomiono telefony w sprawie jpk.

Są dwa 801055055 i 223300330. Ciekawe ;) Pierwszy oznajmia, że będą częste kontakty, a linia będzie często zajęta. Drugi tel. to siódemka, która nie sprzyja dobrym kontaktom i jest pełna niespodzianek. Reklama jpk kłamie, bo zwrot vat (co nie jest częste) dostaje się w ciągu 25 albo 60 dni na podstawie deklaracji. Urząd zawsze czeka do przedostatniego dnia, ale wcześniej skontroluje wszystko. Dla przedsiębiorców nie ma żadnych korzyści, są dodatkowe obciążenia. Gdy wprowadzano jpk, to media szczekały na jakiś nieistotny temat, nikt nie protestował. (Jak ja gardzę mediami). Rządy się zmieniają, a tłamszenie zwykłych ludzi nie zna granic. Małe firmy muszą inwestować w komputery, programy, zatrudnić ludzi do ogarnięcia kwitnącej biurokracji. Nie ma znikąd pomocy. Duży sobie poradzi, bo nie wydaje własnych pieniędzy. Bożek ustawodawca kocha dużych, a małymi pomiata.

Przy jpk mamy kolejne numery urzędów skarbowych. To 4 numery zaczynające się np. dla Warszawy - 14, Poznania – 30, Łodzi – 10, Szczecina - 32, a Gdańska – 22. Jaki zamysł miał bożek ustawodawca, co chce osiągnąć?


Jeśli ktoś poczuł się obrażony to wszystko odszczekam. Przemęczona jestem durnymi szkoleniami.







piątek, 17 listopada 2017

Lubię liczby. Z wzajemnością.

Zawsze jestem uważna, na ile mi starcza sił. Na liczby zwracam uwagę z sympatii.


Na początku listopada byłam w piekarni. Kupiłam makowiec. Z kilku ułożonych wysoko na półce wybrałam jeden. Pani mi go podała i wbiła kwotę na kasę głośno mówiąc. To było 7,77. Kobieta za mną powiedziała: jaka fajna liczba, powinna Pani zagrać na loterii. A niby dlaczego? Co ma jedno do drugiego. Za zakupy płacę sama.

Potem musiałam załatwić sprawę urzędową klienta. Gdy dostałam numerek to wiedziałam, że wszystko załatwię. Trochę to trwało (2 godziny), ale załatwiłam. Liczba 23 to jedna z moich ulubionych. Urodziłam się tego dnia, więc jak ma nie być szczęśliwa. W tym dniu spotykają mnie same fajne rzeczy. Godzina 23 to pora kiedy siadam prywatnie do komputera.

Kupowałam coś w sklepie. Wyszło 19 artykułów. Suma to 98,98. Zapłaciłam kartą. Kasjerka powiedziała, że to fajna liczba i powinnam zagrać w totka. Ciekawe dlaczego mam grać jak nie potrzebuję wygranej. Wolę też wydawać moje pieniądze na ciekawsze rzeczy, a nie inwestować w amerykańską spółkę. Zwykle nie biorę paragonów, ale ten zachowałam.

Wczoraj odbierałam dokumenty od nowego klienta. Zawsze mnie ciekawi sposób układania faktur. Jedni układają firmami, inni chronologicznie, jeszcze inni podpinają płatności, inni w ogóle nie układają tylko zbierają z podłogi jakby spadły z dużej wysokości. Faktury też mają różne zapachy. To ciekawe, przynajmniej dla mnie. Nowy klient dał mi faktury w 4 koszulkach, podzielone na zakupy wg towarów i innych kosztów. Wzięłam do ręki po kolei każdą koszulkę, wyjęłam faktury i szybko je przejrzałam. Jak branża jest znana to zakupy też są oczywiste. Trwało to może minutę. Był przy tym prezes tej firmy i poprosił o fakturę na konkretny zakup na dużą kwotę. A ja wzięłam jedną z koszulek i wyjęłam dokument złożony na pół, że nie było widać czego dotyczy. To właśnie była potrzebna faktura. Potem prezes poprosił o kolejny duży zakup, a ja wzięłam inną koszulkę i znowu trafiłam.

Wtedy usłyszałam, że powinnam zagrać w jakąś grę losową!

Jakim cudem nie związane ze sobą rzeczy mają mieć na siebie wpływ? Co to za stereotyp? Czy ktoś wygrał, bo liczby go lubią? Nie słyszałam. A jednak w tym miesiącu słyszałam to 3 razy. Oczywiście nie gram, bo jestem realistką. Jak gram to dla zabawy, albo jak nie miałam kasy to grałam. To ma sens.

Myślałam, że ja jestem dziwna, a to ludzie mają nieracjonalne poglądy.

 

środa, 15 listopada 2017

Byłam w domu rodziców. Było trochę inaczej. Mieliśmy 2 pokoje, w jednym spali rodzice, w drugim ja z siostrą. Gdy się wyprowadziłyśmy, to rodzice w naszym pokoju zrobili sobie sypialnię. Kilka lat pokój stał pusty zanim zrozumieli, że wyprowadziłyśmy się na zawsze i nie wrócimy, nawet jak nam będzie źle. A we śnie rodzice byli w dużym pokoju, a w naszym była jakaś blond dziunia. Podobno ją przygarnęli, bo nie miała się gdzie podziać. Biedna siedziała w domu i narzekała, że nie ma kasy. A ja przyszłam z jakimś facetem, ale nie był to ktoś mi bliski. Może to kolega albo sąsiad, albo nikt. I ta dziunia mówiła właśnie do niego. A nuż się facet nabierze na jej teksty. Ja jej mówiłam, że niech idzie do pracy, albo do opieki społecznej. A ten facet spijał każde jej słowo, Wierzył we wszystko co mówiła. Był bardzo zatroskany i chciał besztać moich rodziców, że tej dziuni nie dają kasy. Patrzyłam na to zjawisko damsko-męskie i się dziwiłam, że ja jestem odporna na takie osoby. Potem jednak pomyślałam, że ona może się pozbyć moich rodziców (jakiś wypadek?), a to będzie rozwiązaniem jej problemów. Moi rodzice we śnie byli starsi i słabsi niż są w rzeczywistości. Już ja jej pokażę, wyrzucę ją natychmiast, tylko muszę przekonać do tego rodziców. Od razu trafi na bruk. Biedulka. Niech pasożytuje na kimś innym.



Dobrze, że to był tylko sen. Ja wiem, że rodzice umrą, jak każdy. Mieszkania też zmieniają właścicieli. Taka kolej rzeczy. Ale przyśpieszanie jest nie do przyjęcia i trzeba problemy rozwiązywać natychmiast. W realu nie zadaję się z dziuniami, bo mi po prostu szkoda czasu.Potem jestem jakaś głupsza, jakby to było zaraźliwe.

Od kilku dni nie dzwoniłam do rodziców, bo miałam pełno spotkań. Jak miałam czas to za późno na telefon. To czas dla koleżanek. I oczywiście zadzwoniła mama, na zamówienie. Przyjdą jutro na kawę, to pogadamy. Dowiem się czy przygarnęli jakąś sierotkę ;)))



23:14, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 listopada 2017

Byłam w jakimś starym domu, chyba na wsi. Meble były stare, farba odłaziła, czuć było stęchlizną. Stałam przed starą komodą. Nie widziałam całego domu, ani innych pomieszczeń. Patrzyłam na dół komody, bo tam zauważyłam osę. Nie można jej pomylić z pszczołą. Osa latała tuż nad podłogą obok tej obdrapanej komody. Kręciła się i w końcu weszła do komody przez niewidoczną dziurkę. Jeszcze zanim weszła obok mnie po prawej stronie stanął jakiś mężczyzna w czarnych spodniach z materiału. Powiedział, że trzeba zabić osę, bo ona się rozmnoży i zbuduje ogromne gniazdo w tej komodzie. Gdy tak mówił, to ja oczyma wyobraźni widziałam rosnące gniazdo i miliony pszczół, które latają i kłują. Więc odpowiedziałam, że tak, trzeba ją zabić. Tylko trzeba poczekać aż wyjdzie i wtedy...



Znaczenie snu jest wybitnie negatywne. Leniwa i zła osa to przeciwieństwo pracowitej pszczoły.

W moim senniku to chyba jedyne hasło, którego znaczenie jest podkreślone. Osa oznacza „nieprzyjemności, kłopoty, złośliwość innych osób, natrętne i bolesne myśli, dręczące problemy.” Mogłam poczekać we śnie i ją zabić, bo to oznacza „pozbycie się wroga lub uwolnienie od kłopotów.” Gdybym to wiedziała zanim miałam ten sen ;)

Nie miałam czasu się głębiej nad tym zastanowić, bo czekałam na kogoś.

O godzinie 10.10 dostałam mejla „Stoimy w korku na autostradzie. Jakiś wypadek, a nie jesteśmy nawet w połowie drogi, nie wiadomo czy zdążymy ...”

W korku stali 40 minut. Gdy samochody ruszyły, a nawigacja pokazała, że nie zdążą na samolot, to zawrócili. Przyjechaliby 20 minut po zamknięcia bramki. Nie było sensu dalej jechać, bo nie było też innych połączeń tego dnia. Wszystko miałam ustawione pod gościa. A teraz mam dużo wolnego czasu.

Nie ma gościa – nie ma kłopotów? Czy tak mam interpretować sen? Czyli dobrze się stało, tylko dla mnie.

Następnym razem, gdy przyśni mi się osa, to ją rozdepczę, albo walnę czymś ciężkim. Zabiję na śmierć.

Człowiek się uczy cale życie.

 

22:45, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 listopada 2017

Od wczoraj nie mam tv. Jest jakaś awaria w mojej okolicy i naprawiają. Przyzwyczajenie to druga natura człowieka. Obejrzeliśmy film nagrany wcześniej z tv. To był odcinek Kości – Bones. Chyba 11 seria. W każdym odcinku jest scena w samochodzie, gdzie główni bohaterowie rozmawiają. W tym odcinku na tylnym siedzeniu siedział agent Aubrey – współpracownik męża tytułowej dr Brennan, antropolog. Nie będę opowiadała fabuły, ale dr Brennan jest naukowcem i dla niej liczy się nauka i fakty. Lubię ją, bo jest zasadnicza, nie ulega wpływom. Ten agent pił szejk z jarmużu, bo ktoś mu powiedział, że jest zdrowy. A ona go zapytała, czy ma zakażoną trudno gojącą się ranę. Zaczęłam się śmiać i nie mogłam przestać.



To takie oczywiste. Jarmuż pomaga w stanach trudno gojących się ran. Nie jest smakowity. Kiedyś był rośliną ozdobną, a teraz ludzie to jedzą. Bo ktoś im powiedział, że to zdrowe.Co ci nie smakuje - nie jedz. Zaufaj sobie.

Drzewa też są zdrowe, a nikt ich nie je. Zdrowie na zewnątrz nie daje zdrowia wewnątrz człowieka. Niby „w zdrowym ciele zdrowy duch”, ale praktyka obala ten mit. Roosevelt jeździł na wózku inwalidzkim, podobnie Hawking żyje wbrew lekarzom. Wegetarianie umierają tak jak wszyscy, a niektórzy nawet szybciej niż normalni ludzie. Jak np. River Phoenix, który pił, palił i ćpał, ale ryb i mięsa nie tknął. S.Jobs umierał w męczarniach, a jedzeniem tylko owoców przyśpieszył swój koniec. Jakby nie wiedział, że owoce to woda, cukier i trochę celulozy, a przecież rak karmi się cukrem. Kiedyś mówiło się – jedz warzywa a będziesz zdrowy. Teraz namawia się dzieci – jedz owoce i warzywa 5 razy dziennie, a będziesz zdrowy. Nie będziesz.

Jest tyle stron o zdrowiu, a wygląda na to, że pisze je jedna osoba, a reszta robi „kopiuj i wklej”. Ludzie stracili zdolność logicznego myślenia.

Z tv dowiadują się, że sery robi się z sera, bo przecież mleko to już nie mleko. To za trudne?

Najgorsi są ci, co mówią, że każdy może zachorować na raka. To ludzkie kanalie, jeśli są ludźmi. To jakby powiedzieć, że każdy może złamać rękę. Nie każdy zachoruje na raka, bo każdy jest inny. W mojej rodzinie tylko ojciec zachorował na 2 raki, a mama, ja i siostra nie. Kanalie strasząc rakiem propagują żywność, która pogarsza powoli stan zdrowia. Zarażają też ludzkie myśli strachem. Ludzie działają jak zahipnotyzowani i łykają „magnez dla mężczyzn”. Suplementy też skracają drogę życia. Są zbędne, jeśli człowiek prawidłowo się odżywia i oddycha.

Jakim cudem ludzie dali się namówić na jedzenie z plastikowych pudełek, ze styropianowych pojemników i papierowych kubków. I jeszcze sztućce z plastiku. Czy o bisfenolu nikt nie słyszał? Człowiek cofa się w rozwoju umysłowym i szybko umiera na własne życzenie.


Jest tylko jedna choroba – brak równowagi. A równowagę osiąga się jedząc najmniej węglowodanów, trochę więcej białka i jeszcze więcej tłuszczu, ale prawdziwego, czyli masła, smalcu i oliwy. Reszta to badziew, od którego się choruje, ale nie umiera. Najgorsze są przekąski, niby zdrowe, a zawierają sam cukier i chemię z suszonych owoców.

Gdy 2 lata temu złamałam nadgarstek dowiedziałam się, że nie ma takiej choroby jak osteoporoza. Powiedział mi to lekarz. A potem dotarłam do badań, które pokazały, że są ludzie na świecie, którzy mają mniejszą gęstość kości, ale nie łamią rąk i nóg. Taka ich uroda i tyle. Celebrytki chorują nagminnie na haszimoto. Nic dziwnego, nie umieją się dogadać z ludźmi i niezdrowo jedzą. Sama zielenina rozpycha żołądek, a witaminy bez tłuszczu się nie wchłaniają. Ludzie to kozy? Dzieciom rozregulowuje się system hormonalny malując malutkim dziewczynkom paznokcie. Przecież formaldehyd nie jest zdrowy, a nikt tego nie widzi. Moda na jedzenie wodorostów czy soi jest zgubna dla tarczycy. Trzeba jeść sezonowe i lokalne produkty. I mało. Nie znam żadnej biednej osoby, która byłaby gruba. Jest taki serial dokumentalny Historie wielkiej wagi, w którym pokazuje się historie 300 kg grubasów. Lekarz prowadzący daje im drugą, trzecią, a czasem i piątą szansę na życie. A oni ciągle wracają do jedzenia rzeczy niejadalnych. Pouczający serial. Zdrowienie następuje gdy odstawią węglowodany i jedzą więcej białka. Potem jeszcze psychoterapia, bo przecież tusza to nie jest normalny stan człowieka. Polecam.

Nie oglądam żadnych polskich seriali, bo szkoda mi na nie czasu. Są o niczym. Nowy serial UV obejrzałam odcinek i mnie nie zainteresował. Miał być hit, a wyszło jak zwykle. Przypadkowa obsada, dialogi napisane przez gimnazjalistę zanim zamknięto mu szkołę. Nie ma tam żadnych tajemnic, jest za to nachalna reklama w odcinkach. Czy my jesteśmy głupsi niż reszta świata?

Każdy człowiek jest ważny i zasługuje na długie życie.

 

Nie ma to jak dobrze rozpocząć tydzień. Z humorem :)





00:24, bajka107 , Zdrowie
Link Komentarze (5) »
piątek, 03 listopada 2017

Byłam gdzieś wysoko, w pustce. Nic wokół nie było, ale było widno, jasno, a nawet biało. Byłam jakby zawieszona, bo nie było przyciągania. Jednocześnie mogłam przebierać nogami, żeby gdzieś pójść. Mogłam też płynąć, żeby się przemieścić. W pewnej chwili wzięłam jakąś makietę w kształcie lekko spłaszczonej piramidy.

Ona po prostu do mnie przypłynęła. Wyglądała jakby była z białego kartonu i była dość duża. Wzięłam ją do rąk i zaczęłam się jej przyglądać. I ona zaczęła się zmieniać. Mój wzrok zagłębiał się w makietę i zaczęłam zauważać szczegóły. To było coś takiego jak człowiek patrzy z góry na ziemię i widzi drzewa, domy, samochody, zwierzęta, trawę, mrówki, podziemne korytarze, potem strumyki itd. Widziałam na wskroś. To wszystko pojawiało się przed moimi oczami w miarę jak patrzyłam w dół. W pewnej chwili coś usłyszałam i wszystko zniknęło, zwijając się do piramidy trzymanej przeze mnie w ręku. Spojrzałam w lewą stronę i zobaczyłam kilku mężczyzn, starych, siwych i grubych i w białych szatach, jak Grecy. Obok nich też płynęły piramidy, takie jak moja. Niczym się od siebie nie różniły. Wszystkich piramid było 5.

Zauważyłam też, że ja jestem kobietą o aparycji i wieku podobnym do tych mężczyzn ;) Dostałam od nich wiadomość, że mogę sobie wziąć piramidę, którą sobie wybrałam. (Musiałam to zrobić zanim sen mi się objawił.) No to wzięłam sobie moją piramidę oburącz i popłynęłam w prawą stronę, sama. Tamci zostali, nie oglądałam się za siebie. Ktoś z ziemi gdyby mnie wtedy zobaczył to by powiedział, że płynę z deską do nauki pływania i to w sukni. Tak płynąc podglądałam co się dzieje na mojej ruchomej makiecie. Co robią ludzie i co się tam dzieje. Czułam się jakbym była na spektaklu w teatrze. Obserwowałam.


Obudziłam się i pamiętałam każdy szczegół. Sen był bardzo wyraźny.Lubie sny, bo rozmawia się telepatycznie. Nie musisz pojaśniać o ci chodzi, wszyscy porozumiewają się telepatycznie i błyskawicznie.

To co widziałam to na pewno nie była to ziemia, bo ziemia jest okrągła jak piłka, a ja widziałam świat na kwadracie.

Ponieważ pojawiła się wyraźnie liczba 5, to sprawdziłam w mojej Wyroczni snów. Dawno do niej nie zaglądałam.

5 – Okno – Planeta Mars

Oznacza, że muszę zdyscyplinować swój umysł. Nie dać się zwieść przez wielkie ideały, rozdmuchane projekty lub puste obietnice, z którymi się spotkam. „Miej oczy szeroko otwarte'”. Poczuję pragnienie wolności, jakbym kiedyś przestała je czuć.Nic dziwnego, że biała piramida skojarzyła mi się z projektem i makietą.

Mam robić kolaże, które do mnie przemówią i pokażą mi co jest grane. W wolnej chwili ;)

Okno umożliwia dopływ powietrza i światło. I ja to okno otworzyłam – na zmiany.

 

23:15, bajka107 , Sny
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 listopada 2017

Nie mam specjalnie dużo grobów do odwiedzenia w mieście. Mam większość daleko i nigdy nie jeżdżę. Z reguły na lokalnym cmentarzu zapalam kilka zniczy pod krzyżem ogólnym. Jednak tam jest pełno lampek i ogrom czarnego dymu.

W tym roku postanowiłam zapalić lampki w domu.

To są specjalne lampiony zrobione ze słoików i przystrojonych firankami i koronkami po babciach. Takie nawiązanie do przeszłości. Ręczna robota. Połączyłam też wodę z ogniem, żeby było miło.

Zaświeciłam je z intencją: jeśli dusze moich przodków rzeczywiście gdzieś się błąkają, to niech idą gdzie chcą. Cokolwiek wybiorą to ja ich wspomagam. Raczej w to nie wierzę, bo moi przodkowie odeszli pogodzeni i nie mają co tu robić.

Zupełnie inaczej jest z osobą, która umarła kilka dni temu. Była zła do szpiku kości. Jej celem życiowym było manipulowanie ludźmi, sprawianie im bólu, strat materialnych i wszystkiego złego. Karmiła się nieszczęściem innych. Oczywiście była chora na wszystkie możliwe choroby, paliła paczkę papierosów dziennie. Ostatnie godziny jej życia były ciekawe. Jej świadomość znikała, oczy zrobiły się mętne, a jej twarz wykręcała się w dziwnych grymasach, robiła się czarna i miejscami szara i sina. To wyglądało jakby coś z jej wnętrza chciało wyjść. To chyba demon, który ją opętał. Zmarła po kilku godzinach w szpitalu. Podczas identyfikacji jej twarz była normalna. Osoba wyglądała pięknie, skóra lekko różowa, jakby nigdy nie paliła. Zło ją opuściło. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Odeszła na zawsze, choć nie było jeszcze pogrzebu jej ciała. Niech jej ziemia lekką będzie.



niedziela, 29 października 2017

Zaczął mi się ruszać klawisz Enter w części numerycznej mojej klawiatury. Włączam komputer prawie codziennie, więc nic dziwnego, że klawisze się wyrabiają. Pora ją wymienić na nowszy model.

Gdy tak się przyjrzałam bliżej mojej starej klawiaturze, to zauważyłam, że niektóre klawisze się starły. Prawie niewidoczne są klawisze I i O oraz R, które zgubiło nóżkę. Teraz rozumiem moje błędy. Często musiałam poprawiać w pismach zamienione litery I i O.

Kolejnym klawiszem, który uległ wytarciu jest Alt Gr. Gdyby klawiatura trafiła na śmietnik światowy to od razu każdy by wiedział, że to klawiatura używana w Polsce.

Żeby wpisać literę z ogonkiem, kreską lub kropką trzeba wcisnąć Alt Gr i klawisz z klawiatury. A polskich liter używam dużo ;) jak każdy Polak. Często używam też klawiatury numerycznej. Jedynka wytarta zupełnie, a 4 i 2 połowicznie. Ciekawe, że tych cyfr używam najczęściej, a nie innych. Klawisz Zero też często używam, ale jest długi, więc uderzam w wolne miejsce.

Pod światło można też sprawdzić, które klawisze są często wybierane. Delete używam bardzo często, a Insert prawie wcale. Bardziej świecą się klawisze po prawej stronie niż lewej. Jako praworęczna naciskam po prostu mocniej lepszą ręką.

Kto by pomyślał ile informacji można wyczytać ze starej klawiatury ;)

 

sobota, 28 października 2017

Tak wyjątkowy most musiał zbudować ktoś wyjątkowy. Była grupa konstruktorów i projektantów, ale głównym inżynierem Golden Gate był

Joseph Baermann Strauss ur. 9.01.1870=26=8

 

Dziecko szczęścia (8). Ojciec (ur. 10.03.1830=7) był uznanym pisarzem i malarzem, dawał dziecku luz w wychowaniu. Zmarł gdy syn miał 31 lat. Matka (1) była pianistką. Joseph miał dwie siostry i brata, ale nie wiadomo kiedy się urodzili i kim byli. Joseph urodził się gdy ojciec miał 40 lat, więc można się domyślać, że Joseph był najmłodszym dzieckiem. Matka niezbyt się nim interesowała. Jej kariera skończyła się po wypadku, dusza artystki została uwięziona w domu.

Pierwsze wewnętrzne dziecko to 0, czyli problemy od poczęcia do rozwiązania. Może to była ciąża zagrożona, może rodzice kłócili się. Matka musiała cierpieć, zamiast koncertować oczekiwała czwartego dziecka. To miało wpływ na syna. Miał szczęście (8), że się urodził.

Karma 7 – posłannictwo, musiał je odkryć, żeby się wypełniła. I odkrył ją w wieku 26 lat (26-praca dla ludzi).

Liczba 19 charakteryzuje jego małżeństwo i rodzinę. Mało o tym wiadomo. Liczba ta informuje o b. trudnych lekcjach, np. śmierć dziecka, poronienia, toksyczny związek. A jaki miałby być, gdy go ciągle nie było w domu, bo realizował projekty na całym świecie, nawet w Rosji wybudował dwuskrzydłowe mosty Straussa nad rzeką Nową w Piotrogrodzie w 1915 r.

9.06.1895=11 ożenił się z May Van w Chicago. On miał robić co chce, ona miała siedzieć w domu.

Joseph miał zdolności po ojcu, lubił poezję i sam też pisał. Ale poszedł na studia inżynierskie. Bo miał marzenie: "zbudować największą rzecz w swoim rodzaju, którą mógłby zbudować człowiek".

Studiował handel i ekonomię w rodzinnym Cincinnati. Zajmował się też poezją, a nawet zapisał się do drużyny piłkarskiej. Szukał swej drogi, jak każdy człowiek. Jego kariera sportowa skończyła się w szpitalu szkolnym, a podczas odpoczynku patrzył na nowo wybudowany most Cincinnati-Covington Bridge, pierwszy w Ameryce most wiszący o długim dystansie. Jako 24-latek na zakończenie studiów przedstawił pracę dyplomową - szczegółowy projekt budowy międzynarodowego mostu kolejowego przez Cieśninę Beringa łączącą Alaskę i Rosję. Choć sama propozycja wydawała się dziwaczna, jego prezentacja prawie przekonała publiczność, że taki pomysł jest możliwy.

Pierwszą pracę podjął w Biurze Ralph Modjeski (Rudolfa Modrzejewskiego), firmy specjalizującej się w budowie mostów i linii kolejowych. Już wtedy miał nowatorskie pomysły. Zwolnił się i założył własną firmę, bo miał inne pomysły w sprawie mostów wiszących.

Ważne lata w życiu to 1896, 1905, 1914, 1923, 1932.

Pierwszy jego projekt to most Burnside w Portland – w 1896 roku.

W 1905 – awans (35) założył firmę Strauss Engineering Corporation, która zaprojektowała 400 mostów w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Panamie, Japonii, Egipcie, Chinach i na całym świecie. Strauss był także posiadaczem kilku patentów związanych z budową mostów i nie tylko, jak np. wynalazł reflektor przeciwlotniczy używany w I wojnie światowej.

W 1932 roku napisał znany wiersz The Redwoods.

Po ukończeniu mostu Golden Gate powrócił do pasji poezji i napisał swój najbardziej rozpoznawalny wiersz "Potężne zadanie jest gotowe".

Strauss był uznanym konstruktorem i wynalazcą. Golden Gate było ukoronowaniem jego drogi życiowej. Tylko tak utalentowany projektant i konstruktor mógł się tego podjąć. Ósemka dostaje to co chce. Wykosił konkurencję, zadbał, żeby to on był autorem sukcesu GG. W czasie budowy było wiele problemów, które rozwiązywał, wprowadzał wiele innowacji. Znalazł fundusze (w końcu ukończył ekonomię) i wsparcie dla mostu od obywateli i sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Strauss zajmował się bezpieczeństwem swoich pracowników i montował siatki, które uratowały 19 pracowników. Budowa mostów wiązała się z dużą śmiertelnością pracowników. Strauss był ostrożny i dbał o bezpieczeństwo. Przy budowie GG zginęło tylko 11 ludzi, a to był b. dobry wynik.

Miał trudny charakter. Konkurencji się pozbywał, bo to on musiał być najlepszy. Duży wkład w powstanie GG miał też Charles Alton Ellis. Nie doceniono go.

Strauss zrealizował projekt na czas i w budżecie.


Ósemka – droga życia – kochał dobra materialne i miał wygórowaną ambicję. Tacy ludzie pchają świat naprzód.

Liczba ekspresji – 6 – wskazuje na artystyczną duszę. Wiadomo - był poetą. Dlatego też most jest ładny i przyciąga uwagę.

Liczba osobowości – 2 – ale z 11 – postrzegany był jako wzór do naśladowania, choć nie był lubiany. To idealista i marzyciel.

liczba duszy – 4 z 22 – z mostem połączyła go więź. Ciężko i bez przerwy pracował. Jo Budowniczy.

 

Tu można poczytać o jego dokonaniach bardziej szczegółowo:

http://www.engrlib.uc.edu/strauss/timeline/timext.html

Zmarł w Los Angeles w Kalifornii, zaledwie rok po zakończeniu Golden Gate. Chyba z przepracowania. Ma pomnik niedaleko swego dzieła, który sfinansowała wdowa.

Umiał ciekawie przemawiać:


"Wielkie miasto z barierami wodnymi i bez mostów jest niczym drapacz chmur bez wind. Mosty są pomnikiem postępu "- w radiu z 1930 r

"Nasz dzisiejszy świat obraca się wokół rzeczy, które w tym samym czasie nie mogły zostać zrobione, bo były poza granicami ludzkiego przedsięwzięcia ... Nie bój się marzyć".

"Budowanie mostu to wojna z siłami natury".

"Żadna stalowa stal nie toleruje ... zaniedbania".

"Kiedy budujesz most, budujesz coś na zawsze." w 1932 r.

"San Francisco jest jednym z niewielu miast, które mają całą energię, całe bogactwo, całą odwagę i całą zdolność, która jest niezbędna do realizacji tego projektu i do jego sukcesu" - 16 maja 1924 r.

 

Swój cel zrealizował. Przeszedł do historii. Urodził się w idealnym czasie.

 



Limit szkoleń na ten rok wyczerpany.

Muszę odreagować.

Zmieniłam tapetę na kompie. Pojawił się most Golden Gate.

fot: Frederic Larson

Zawsze fascynowały mnie mosty. Są magiczne. Zawsze łączą dwa brzegi. W wielu filmach to na moście następuje wymiana agentów. Myślałam, że będę projektować mosty, ale nie miałam talentu w tym kierunku. Podziw pozostał.

Ostatnio buszując po internecie i po kilkunastu kliknięciach trafiłam na ten film:

https://www.youtube.com/watch?v=yRXprhblhFQ

Ciekawe spostrzeżenia. Przyjrzałam się temu bliżej.

Golden Gate Bridge to najsłynniejszy most na świecie. Nie da się go pomylić z żadnym innym, bo ma charakterystyczny wygląd i pomarańczowy kolor. W tym roku minęło 80 lat od jego ukończenia.

Są budowle, które muszą powstać. I Golden Gate jest właśnie taką budowlą. Czas i miejsce idealne.

W 1846 r. John Fremont „Odkrywca” nazwał cieśninę między Pacyfikiem a Zatoką SF - Golden Gate. I to właśnie tam postanowiono zbudować most. Musiał być wiszący, bo prądy w zatoce były silne, dochodzące do 10 km/h.

Najpierw ukończono budowę więzienia na wyspie pelikanów. Skała i nic więcej. Ponury widok.

W 1886 roku wybudowano więzienie wojskowe, a w latach 1910-12 je rozbudowano.

Więzienie Alcatras (jak na starej widokówce) założono 1.07.1934=25=7 – niech ludzie przemyślą swoje czyny.

Otwarto je 11.08.1934=27=9, gdy na wyspę przybył pierwszy transport więźniów. Było ich 137 i 155 strażników. Alcatraz funkcjonowało 29 lat. Było sławne, bo miało sławnych więźniów i trudno było z niego uciec.

21.03.1963 roku prokurator generalny Robert Kennedy zamknął to więzienie z uwagi na wysokie koszty jego utrzymania. Dzisiaj to atrakcja turystyczna.

 

Treasure Island jest sztuczną wyspą zbudowaną przez rząd federalny w latach 1936-37. Zbudowano ją na Międzynarodową Wystawę Złotej Bramy w 1939 r. Zbudowano tam lotnisko i bazy wojskowe. Ma specyficzny kształt. Dlatego pasowała idealnie do teorii o Srebrnej Bramie. Skoro to sztuczna wyspa to jakie skarby tam schowano? Dlaczego nazwano ją Wyspą Skarbów?

Podczas II wojny światowej Treasure Island stała się częścią bazy Marynarki Wojennej i służyła jako szkoła kształcenia łączności elektronicznej i radiowej, a także jako główny punkt wyjścia marynarki wojennej na Pacyfik.

Wojsko zlikwidowało baz w 1996 roku. Teraz lotnisko jest nieczynne, bazy opustoszałe. Wyspa Skarbów jest teraz atrakcją turystyczną i nadal własnością marynarki wojennej.

 

GOLDEN GATE

 

25.05.1923=45=9 uchwalono ustawę powołującą most i szybką drogę o numerze 101 (też ciekawa).

To było mądre (9) posunięcie. Był duży opór przed budową mostu, bo żeby się dostać do miasta stosowano przeprawę promami. Promy nie nadążały i straciły zarobek. Postęp jest nieunikniony, miasto się rozrastało. Przygotowania trwały prawie 10 lat.

Budowę Golden Gate rozpoczęto 5.01.1933=6+10+6=22

Idealna równowaga. 22 to wiedza i doświadczenie, mistrzowski budowniczy (4) wprowadza porządek. 22 przynosi sławę (kolor pomarańczowy przyciąga uwagę, ale też liczba samobójców) i fortunę. Taki był zamysł. Sławę most ma, most od początku na siebie zarabiał, bo pobierano opłaty od wjeżdżających do San Francisco na południe. Most zwrócił się w 1971 roku. Jest solidny (4). Nie trzeba go zamykać, żeby naprawiać. Zamknięto go tylko 3 razy ze względu na duże prądy i wiatr. Dzień poczęcia był idealny dla mostu. To jak dzień poczęcia. U ludzi ciężko go wyznaczyć i chyba nie ma znaczenia.

Dzień otwarcia mostu to 27.05.193734=7

Patronem 7 jest Neptun, związany z wodą. Siódemka może popadać w skrajności, od euforii do depresji. I most przyciąga uwagę. Jedni piszą wiersze i się nim zachwycają inni skaczą. Most jest często we mgle – zamglone poczucie rzeczywistości. Wygląda jakby był zawieszony w przestrzeni, magiczny.

Most GG jest uważany za amerykański pomnik podobny do Statui Wolności na wschodnim wybrzeżu. Most jest pierwszą budowlą jaką widzieli imigranci z Wyspy Aniołów.

Nawiązując do cytowanego filmu w Zatoce SF mamy Treasure Island czyli Srebrną Bramę, strzeżoną przez Izydę. Wyspa ma 7 boków, a Isis ma 7 promieni. Z tego boskiego źródła wynurza się dusza, która przemieszcza się na zachód, jak amerykańscy osadnicy. Dusza ludzka trafia do Alcatraz, czyli w świat materialny, który jest dla niej więzieniem. Więzieniem może też być ciało fizyczne człowieka. Na północ od Alcatraz mamy Angel Island. Wyspa z pięknymi widokami, ma symbolizować Aniołów, którzy latają w wyższym wymiarze i obserwują lub pomagają ;) Potem dusza przechodzi przez Złotą Bramę, strzeżoną przez Ozyrysa, żeby spotkać się swe przeznaczenie. To tylko symbol, a jednak niektórzy rzeczywiście żegnają się z życiem na tym moście. W ciągu 80 lat zginęło tam ponad 2,5 tysiąca samobójców. Z innych mostów też skaczą samobójcy.

 

W tym samym czasie (1933-1937) zbudowano Wyspę Skarbów, odnowiono Więzienie Alcatraz i zbudowano most Golden Gate. Było to możliwe tylko po Wielkim Kryzysie. 32 prezydentem został F.D.Roosevelt i wdrażał New Deal. Było wtedy duże bezrobocie, ludzie zbiednieli. Nowy ład umożliwił pracę na rzecz instytucji państwowych i zagonił ludzi do robót publicznych. W Polsce też kiedyś były takie czyny społeczne, a ludzie poświęcali swój czas dla dobra publicznego. W normalnych czasach 3 duże budowy w tym samym czasie nie byłyby możliwe.

Wiadomo, że Roosevelt był masonem, a oni wierzą, że dusze idą po śmierci na Wieczny Wschód. W zupełnie innym kierunku.

Więc dla kogo jest Złota Brama?

 



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Archiwum
bajka107@gazeta.pl