Życie to wszystko co mam :

Sny i wizje

wtorek, 13 czerwca 2017

Rano zapisałam tylko jedno słowo: pampers. I od razu sobie przypomniałam sen.

Byłam w parku albo jakimś ogrodzie. Siedziałam i coś robiłam, opalałam się, czytałam i przebywałam na łonie. Zobaczyłam jakiegoś młodego faceta z wózkiem. W wózku był niemowlak płci męskiej. Nie wiem skąd to wiedziałam. Dziecko leżało w wózku, przykryte kołderką. Spokojnie oddychało i spało smacznie. I ten facet tak chodził z tym dzieckiem wiele godzin. Ja siedziałam i coś robiłam, a on co jakiś czas był w moim polu widzenia. To trwało cały dzień. Od razu wiedziałam, że to sen, bo w realu nigdy nie jestem w jednym miejscu tak długo. Zresztą, które dziecko śpi bez przerwy cały dzień. Gdy tak patrzyłam na tego ojca z niemowlakiem, to zaczęłam się zastanawiać, dlaczego dziecko nie zapłakało ani razu. Dlaczego nie było głodne. A potem zaczęłam się zastanawiać nad pieluszką, którą miało dziecko. Skoro nie płakało to musiało spać w pampersie. Wtedy dziecko załatwia się „pod siebie”, w tym śpi, chodzi, potem bawi się. Dziecko zupełnie ie czuje dyskomfortu. Za to dorośli czują. Zwłaszcza gdy pieluszkę jednorazową dziecko nosi długo. Woń amoniaku jest straszna, tak jak pupa cała wysuszona.

Siedziałam i zastanawiałam się nad tą pieluszką, a facet chodził dookoła z cichym dzieckiem. Miałam ochotę nawet powiedzieć mu, żeby sprawdził, czy dziecko nie ma mokro, ale zrezygnowałam. Jak dziecko nie płacze to jest OK. Koniec.


Do końca czerwca w mojej rodzinie pojawi się dziewczynka, więc może podświadomie wszyscy na nią czekamy. Stąd taki temat snu.

Ciekawe jak szybko pieluszki jednorazowe weszły do domów z dziećmi. W Polsce przynajmniej od 2000 roku są standardem. Wszyscy wiedzą, że takie pieluszki niszczą środowisko. Po zasikaniu takiego pampersa, zwija się go zamykając w środku odchody i taką paczuszkę wyrzuca się do śmieci. Potem trafiają te paczuszki na wysypisko i tam sobie leżą 500 lat.

W reklamach pokazują jakie to pieluszki są wygodne i chłonne. Pokazują też jak niebieski płyn wlewa się do środka i nie wypływa. Jaki kolor mają płyny wydalane przez człowieka? Mocz może być przezroczysty, cytrynowy lub żółty. Mamy też krew, która jest czerwona. Pot zwykle jest biały, podobnie łzy są przezroczyste. Żaden znany mi człowiek nie wydala niczego niebieskiego.

A w reklamach są niebieskie płyny. Skoro w tak prostej sprawie reklamy kłamią, to co jeszcze jest ukrywane?

Konstrukcja oraz skład chemiczny każdej pieluszki, bez względu na markę, są podobne:

  • warstwa zewnętrzna: porowaty polietylen o małej gęstości uzyskiwany z ropy naftowej (ok. szklanki na pieluszkę),

  • wnętrze pieluszki to mieszanka chemicznie przetworzonej, bielonej chlorem miazgi drzewnej z poliakrylanem sodu (bardzo chłonna substancja chemiczna zamieniająca wilgoć w żel) oraz wodoodporna wkładka, która powoduje brak wentylacji w pieluszce,

  • powszechne jest również dodawanie bardzo uczulających sztucznych substancji zapachowych oraz barwników do tworzenia kolorowych aplikacji.

Źródło: dziecisawazne

Można tam przeczytać o wpływie takich jednorazówek na zdrowie maluszków. Alergie, brak odporności nie biorą się znikąd.

Chlorem wybiela się nie tylko pieluszki, ale też tampony dla kobiet, który mają niebieskie płyny ustrojowe. Właściwie to reklama pokazuje, dla kogo są tampony i pieluszki – dla niebieskich ludzików.

Nie ma powrotu do pieluszek tetrowych, ale są pieluszki wielorazowego użytku. Tylko trzeba je prać. Pieluszki takie prało się i gotowało, a potem prasowało w pierwszych dniach życia dziecka. Potem wystarczyło tylko wyprać w wysokiej temperaturze. Takie pieluszki zmieniało się często, bo dzieci nie lubiły leżeć w mokrych majtkach. Pieluszki tetrowe były przewiewne i nie było odparzeń. Używało się mniej kosmetyków i dzieci miały własną odporność. Tamte dzieci szybciej uczyły się załatwiać swoje fizjologiczne potrzeby do nocnika. Teraz nawet 3 latki chodzą w pampersach.

A matki ciągle kupują pampersy i nie zdają sobie sprawy co robią swoim dzieciom. Środowisko jest metodycznie niszczone.

Dla uspokojenia swojego sumienia ludzie czasem robią widowiskowe akcje typu „sprzątanie świata”. To szczyt hipokryzji. Akcje polegają na usunięciu śmieci z pola widzenia, ale one nie znikają. Śmieci pakuje się w worki, które zalegają na wysypiskach. Dlaczego nie uczy się dzieci nie śmiecenia, czyli nie kupowania np. plastikowych butelek. Dlaczego nie ma protestów przeciw nadużywaniu opakowań. Ciastka najpierw pakowane są w folię, a potem w kartoniki i dalej w pudełka. Tak jest z każdym produktem. I coraz więcej jest artykułów jednorazowych. I one nie znikają na setki lat.





sobota, 10 czerwca 2017

Kto jest obrzydliwy to niech nie czyta.

Sen z wczoraj, ale nie byłam w stanie o nim napisać. Musiałam sprawdzić czy wszystko w porządku.

Byłam razem z mamą. Stała z mojej lewej strony i pokazała mi swoją lewą stopę. Była spuchnięta. Zdjęła buty, a jej stopa i palce puchły. I ona mówi do mnie: zrób coś z tym. A ja bagatelizuję jej problem (czasem jestem podła) i mówię, że to nic i że takie opuchnięcie to normalne ?! I patrzę dalej, a jej stopa nadal puchnie i robi się biała. Palce wyglądają jak małe kiełbaski, które zaraz wybuchną, tak są napięte. No to ja mówię, żeby mama sobie nogi wymoczyła to opuchlizna zejdzie. Widzę, że nie bardzo ma siły cokolwiek zrobić, ale zupełnie mnie to nie martwi. I ona nacisnęła jeden z tych nabrzmiałych palców. I popłynęła biała ropa. Ohyda. Wzdrygam się na samo wspomnienie tamtego widoku. Pomyślałam, że sprawa się sama rozwiązała i obudziłam się.


Na zegarze zobaczyłam datę 9:06:2017 godzina 2.34. To dziwne, bo zwykle sny mam nad ranem, a nie w środku nocy. Czy ja zdążyłam wejść w fazę REM? Położyłam się po północy.

Zapisałam ten sen w notesie, z 5 słów, raczej z przyzwyczajenia. Taki sen głęboko zapada w pamięć. Zwłaszcza, że wieszczy jakieś nieszczęście, złą wiadomość itp. (spuchnięte stopy).

Zadzwoniłam do rodziców i wszystko OK. Niepokój pozostał.

Żeby sobie poprawić nastrój poszłam na zakupy. Na osiedlowym bazarku kupiłam kolejne kwiatki – surfinie. Potem zajęłam się sadzeniem w skrzynce. Myśli trochę popłynęły w inną stronę.


Całe szczęście, że nie mam snów proroczych. Nikt nie choruje, więc będzie dobrze.

 


poniedziałek, 15 maja 2017

Właściwie to nie wiem czy mi się coś śniło. Obudziłam się rano i w tej mikrosekundzie przed otwarciem oczu pomyślałam, że pogniotłam swoje skrzydła. Podczas snu. Uczucie było tak silne, byłam tak tego pewna, że chciałam iść do przedpokoju (tam mam duże lustro) sprawdzić jak bardzo się pogniotły. Moje skrzydła były duże, sięgały do sufitu, więc musiały się pognieść. Potem otworzyłam oczy i dotarło do mnie gdzie jestem, jaki mamy dzień tygodnia i że muszę wstać. Oczywiście poszłam do lustra sprawdzić „moje skrzydła”. Zniknęły. Nie dziwię się.

 

Coś musiało się wydarzyć w nocy skoro takie było przebudzenie. Nic nie pamiętam i nigdy sobie nie przypomnę. Czarna zasłona.

Ptaki mają skrzydła, ale śpią na siedząco. A rano rozpościerają skrzydła, machają i wszystko OK.

 

Właściwie to po co człowiekowi skrzydła. Mamy samoloty, więc jak ktoś bardzo chce latać to można wygodnie sobie usiąść i patrzeć z góry. Nie trzeba machać skrzydłami tylko popijać drinki.

Pegazowi dano skrzydła, by trudniej mu było wierzgać

– to słowa Stanisława Jerzego Leca. Jak w życiu. Często dostajemy coś, żeby odstąpić od czegoś i nie iść swoją drogą.

 

Spotkałam dzisiaj panią, która ma nawrót raka. Normalka. Minęło 5 lat i znowu chodzi na chemię. Wypadły jej wszystkie włosy, chodzi z chustką na głowie. Jest słaba i zupełnie nie myśli o swojej odporności. Nie ma siły. Pytałam ją czego by chciała jeszcze w życiu. A ona mówi, że spokoju, o niczym nie marzy. Jej córki podrzucają jej swoje dzieci do opieki, a ona nie ma siły się nimi zajmować. Gdy córki wychodzą z dziećmi, to ta pani leży i śpi, bo nic jej się nie chce. Nie umiem jej zainspirować. Ona chyba chce odejść, ale jest potrzebna dzieciom i wnukom. Długo tak nie pociągnie. Ona nie widzi swojej przyszłości, jakby jej nie miała. Czy skrzydła by jej pomogły? Dam jej swoje.

A mówi się, że

Pokochaj przyszłość, a wyrosną ci skrzydła.

Gdy widzisz przyszłość to chce ci się żyć. Możesz mieć różne plany, ale jak „widzisz je” to osiągniesz sukces.

O kimś komu wiedzie się coraz lepiej mówi się, że

Rozwinął skrzydła.

Czyli jego pole się powiększyło, bo przecież skrzydła zajmują dużo miejsca. Mając skrzydła nie musisz nikomu płacić za bilet, chcesz lecieć to lecisz. Dokądkolwiek.

To tylko słowa.

Zwiąż Aniołowi skrzydła, a siłą wiary wzleci.

 

Więc nie ubolewam nad brakiem skrzydeł. Musiałabym przerabiać bluzki i sukienki, bo duże skrzydła nie zmieściłyby się pod nimi ;)

 

A w tv nareszcie emitują Zaszczepionych.

 

piątek, 12 maja 2017

Byłam w jakimś urzędzie, albo na granicy, albo na lotnisku. To była taka sytuacja, w której pokazywałam jakiemuś urzędnikowi dokument tożsamości albo się przedstawiłam z imienia i nazwiska. Nie wiem dokładnie, bo akcja rozpoczęła się od stwierdzenia tego pana, że „mam dziwne nazwisko, takie niepolskie”. Zdziwiłam się, że coś takiego powiedział, bo to nie jego sprawa. Każdy ma takie nazwisko jakie ma i nikomu nic do tego. Ten facet miał mnie gdzieś wpuścić albo przepuścić. A on do mnie zagaduje i komentuje. Jakie to nieprofesjonalne. Wokół byli inni i słuchali. Co ich obchodzi moje nazwisko? Przecież dane osobowe są pod ochroną. Nie wiem dokładnie czy to ja powiedziałam swoje nazwisko czy ten pan je wypowiedział na głos. Na pewno moje nazwisko padło głośno i wyraźnie.

Obudziłam się zdziwiona tą sytuacją. W życiu realnym miałam też takie zdarzenia, że ktoś zastanawiał się nad moją narodowością słysząc moje nazwisko. Ale były to sytuacje prywatne.

Moje nazwisko jest krótkie, ale można w nim zrobić 3 błędy. Gdy komuś je podaję, żeby zapisał, to zawsze literuję.

Zmieniając jedną literę otrzymujemy markę samochodów albo ciepły i wilgotny wiatr.

Zmieniając ostatnią literę otrzymujemy nazwę jednej z 4 epok materialnego świata w hinduizmie.

Wg strony nazwiska-polskie w Polsce jest 235 osób o takim samym nazwisku. Na pewno nie jest rzadkie.

Moje nazwisko jest bezpłciowe,Brzmi tak samo dla kobiety i mężczyzny. I dobrze, bo jest uniwersalne.

I to nazwisko po mężu. Kobiety nie mają swoich nazwisk. Gdy się rodzą to dostają zwykle nazwisko po ojcu, a gdy wychodzą za mąż to dostają nazwisko męża. Moje nazwisko po ojcu w młodości sprawiło mi wiele przykrości ze strony rówieśników, więc z ochotą je zmieniłam. Podoba mi się i nie zmienię go już.

Kiedyś ludzie mieli tylko imiona. W miarę wzrostu liczby ludności imiona nie wystarczyły i dodawano określenia. Jest taki angielski serial Dr Who, w którym bohater wchodząc do budki podróżuje w czasie i przestrzeni. Lubię ten serial, bo Dr uważa, że może zrobić wszystko, bo nie ma ograniczeń. Historie są ciekawe, bo w różnych czasach dysponuje aktualnymi gadżetami. W ostatnim odcinku nadawał mieszkańcom wioski określenia zamiast imion, których nie mógł zapamiętać. Jednego człowieka nazwał Dużutki ;) Tłumacz pojechał, bo nie ma takiego określenia.

Ja w dzieciństwie dostałabym przydomek B.Krnąbrna :)))

W świecie arabskim Człowiek dostaje swoje imię i dalej ma imię po ojcu i kolejne po dziadku. Od razu wiadomo jakie kto ma korzenie i przodków. Ciekawa jest historia imion i nazwisk, jak to dawniej było.

Wg sennika znaczenie snu to „otrzymasz pomyślne wiadomości”. Codziennie dostaję jakieś wiadomości. Dzisiaj dostałam list od klienta z fakturami ;) Spotkałam też dwie kobiety, które rozmawiały głośno. Gdy je mijałam to jedna powiedziała do drugiej, że ładnie wygląda. Uśmiechnęłam się. Żyję w cudnym świecie miłych ludzi :)

 

 



wtorek, 25 kwietnia 2017

We śnie chodziłam po sklepach i kupowałam. Same ubrania, bieliznę, ciuchy. I to bez przymierzania. Wystarczył rzut oka i wiedziałam czy dana rzecz będzie na mnie dobrze leżała. Chodziłam i chodziłam po centrach handlowych, kilku. Odwiedziłam kilkanaście sklepów i w każdym coś kupiłam. Miałam jakiś przymus i zero radości. Wszystko odbywało się mechanicznie, jakbym musiała kupować i wydawać pieniądze. Jakbym to nie była ja?

 

Obudziłam się zmęczona tym nocnym chodzeniem.

Rozejrzałam się i nie zauważyłam żadnych toreb. Więc to był tylko sen ;)

Sen nic nie znaczący, bo odreagowałam zdarzenia z minionego dnia.

Poszłam do drogerii, bo kończy mi się podkład. Wiem jaki potrzebuję, więc nie chodzę i nie oglądam wszystkiego. Po co tracić czas. Była jakaś promocja. Kilka nastolatek stało przed „moją” witryną i oglądało każdy produkt. Trzymały w rękach gazetki. Była promocja 1+1, więc chyba dla dziewczyn korzystna. Na chwilę przepchnęłam się, zobaczyłam, że mojego kosmetyku nie ma i wyszłam. Szkoda mi czasu na spędzenie pół dnia w sklepie. Staram się ograniczać w kupowaniu kosmetyków i raczej idę w jakość, a nie w ilość.

Ciekawe, bo moje zachowanie we śnie było zupełnym przeciwieństwem mojego realnego życia. Nie łażę po centrach handlowych. Manu szczególnie nie lubię. To sklep w murach fabryki, w której wykorzystywano pracę ludzi. Prawie fizycznie czuję krew, pot i łzy robotników. Żadna muzyka i zapachy tego nie przykryją. Źle na mnie działają. Zawsze czuję potem przygnębienie. A jednak pracują tam ludzie, którzy muszą tam spędzać kilkanaście godzin dziennie.

Codziennie coś wyrzucam, ale nie mam potrzeby kupować w to miejsce czegoś nowego. Ostatnie dżinsy kupiłam 2,5 roku temu. Są świetne i ciągle pasują idealnie, to po co kupować kolejne. Sukienki kupuję częściej, ostatnią kupiłam 2 tygodnie temu, bo miałam wyjście.

 

Nastąpiła równowaga między rzeczywistością, a snem. I jest dobrze.

 

piątek, 10 marca 2017

Dzisiejszy sen można określić 3 słowami: pociąg, hotel, Poznań. To miałam zapisane na kartce. Przypomniał mi się dopiero teraz, wieczorem, więc niespecjalnie go pamiętam.

Ktoś kazał mi jechać pociągiem do Poznania. Miałam zamówiony hotel na jedną noc, kupione bilety. Musiałam jak najszybciej się spakować i pojechać na dworzec. Miałam dylemat co spakować, bo to tylko jedna noc. Wzięłam kosmetyki i ubranie na kolejny dzień. Nawet nie brałam walizki. Spakowałam się do zwykłej torby. Miałam jakieś spotkanie, coś musiałam załatwić. Potem do hotelu spać. A rano w pociąg i powrót. Musiałam następnego dnia zdać relację. W XXI wieku można takie sprawy załatwić przez Skypa. Ale ja musiałam jechać i coś załatwić. Mogłam to być tylko ja, nikt inny. Nie lubię jak mi się rozkazuje, ale był jakiś dobry powód, że zgodziłam się to załatwić dla szefa bez szemrania.

Nigdy nie byłam w Poznaniu, a tu taki krótki pobyt. Czy ja naprawdę muszę tam być tak krótko? Mogłabym chociaż na krótko połazić po mieście i zobaczyć jacy ludzie tam mieszkają. Może nigdy nie będę miała okazji tam pojechać. Niestety, miałam kupione bilety na konkretną godzinę.

Wszystko załatwiłam. Należała mi się nagroda.

Najbardziej z tego snu pamiętam pośpiech i zmęczenie po podróży. A Poznań to poznaj siebie - takie miasto ;)

 

Ciekawostka ;)

Dwa dni temu dostałam 5 tulipanów. Gdy wkładałam je do wody, to zauważyłam, że jeden z nich jest wiotki, zwisał z wazonu i ma porwane liście. Mogłam go wyrzucić. Dałam mu drugą szansę. Oparłam go o inny zdrowy i poprosiłam, żeby się wziął w garść (w myślach). Dzisiaj patrzę, a on wygląda dobrze, samodzielnie stoi, tylko te liście nie doszły do siebie. Na razie :) Dawno temu robiłam podobny eksperyment z peoniami. Pisałam na pewno na którymś blogu. Tamte peonie wszystkie były rozwinięte, tylko jeden miał pączek. Wtedy postawiłam przed nim lustro i powiedziałam mu, żeby spojrzał na siebie. Rozwinięty będzie ładniejszy. Rano wszystkie peonie były piękne. Oczywiście przez kilka dni, bo kwiaty cięte zmierzają szybko do śmierci. Teraz wydaję polecenia w myślach, nawet je nie formułuje, tylko przekazuję intencję. Rośliny świetnie mnie rozumieją. ;)

To ten po prawej stronie, jakby ktoś nie dojrzał ;)

 


piątek, 24 lutego 2017

Byłam tak zmęczona, że padłam na łóżko i od razu zasnęłam. Było ok. 1 w nocy.

 

Poleciałam gdzieś z moją walizką, która jest niebieska lub granatowa (zależy jak kto widzi). Walizka jest bardzo lekka i ma kółka obracające się we wszystkie strony, więc jest supersterowna. Czasem ją pożyczam, bo ma idealne wymiary do samolotu. Dwa tygodnie temu wróciła z wojaży u obcych.


Wyszłam z lotniska. Miałam ze sobą torebkę i tą walizkę. Poszłam w jedno miejsce, trochę pogadałam. Potem w kolejne i też tam trochę zabawiłam. Potem poszłam do jakiegoś sklepu, potem do jakiejś knajpy, potem do znajomych. Wszędzie szłam pieszo i miałam walizkę ze sobą. Aż w pewnej chwili zorientowałam się, że jej nie mam. Musiałam ją gdzieś zostawić, ale nie pamiętałam, w którym miejscu ją miałam, a w którym już nie. Powinnam wrócić po kolei do wszystkich odwiedzanych miejsc.

W jakimś miejscu pokazano mi wściekle czerwoną walizkę. Powiedziałam, że to moja. Lepsza ta niż żadna. Zabrałam, podziękowałam i wyszłam. Pomyślałam, że to walizka jakiejś kobiety więc będę mogła się przebrać. Zamiast iść tam gdzie miałam spać, poszłam na lotnisko. A tam stoi moja walizka i na mnie czeka. Więc zostawiłam czerwoną walizkę i wzięłam moją, a potem poszłam na nocleg.

Obudził mnie budzik. Byłam umówiona skoro świt, o 8 rano.

 

Nie mam pojęcia gdzie poleciałam i jakich to ja mam znajomych w obcym kraju. Ciekawe gdzie byłam, gdzie wszędzie można dojść pieszo w krótkim czasie. Normalnie nie wzięłabym cudzej walizki. Przecież właścicielka mogłaby mnie spotkać na ulicy i byłby wstyd.

Ciekawe, że kiedy kupowałam walizkę do samolotu to zastanawiałam się nad wyborem koloru. Myślałam o jakimś zajebistym odblaskowym żółtym, zielonym albo czerwonym. Jednak wybrałam granatowy, bo mniej rzuca się w oczy. Może dlatego o niej zapomniałam w jakimś ekscytującym miejscu.

A to wszystko ze zmęczenia.

 


piątek, 10 lutego 2017

Obudziłam się rano i zdziwiłam się, że niebo jest zachmurzone. Wypowiedziałam zaklęcie, poszłam do łazienki. Gdy wyszłam na niebieskim niebie świeciło słoneczko. Mówisz – masz.

W ciągu dnia, telefony, mejle, zwykły dzień w pracy.

Klient przesłał mi zwolnienie lekarskie mmsem. Zapisałam obraz w galerii, żeby potem przesłać sobie na mejla i wydrukować. I zauważyłam nowe 3 zdjęcia nocnego nieba. W informacjach sprawdziłam, że zrobiono je dzisiaj w nocy o godz. 2:49 i 2:51. Przypomniałam sobie, że w nocy obudziło mnie światło księżyca w pełni. Uwieczniłam ten obraz i zasnęłam. Skoro widać było księżyc to niebo nie było zachmurzone, tylko usiane chmurkami. Dlatego rano zdziwiłam się, że jest pochmurno.

I wtedy przypomniał mi się sen.

 

Szliśmy gdzieś w gości. Pojechaliśmy do mojej siostry, która mieszkała w starej kamienicy. Wyglądała jak teraz, a przecież mieszka w domu, który sobie wybudowali. Pomyślałam, że w tym świecie (we śnie) ciągle mieszka w tym samym mieszkaniu co 17 lat temu. W mieszkaniu było pełno ludzi. W kuchni i 2 pokojach stali i rozmawiali różni ludzie, ponad 20 osób. Ubrani byli w długie do ziemi rozkloszowane suknie, białe z czerwonymi lamówkami. Wszyscy byli tak ubrani, moja siostra też. Dyskutowali o jakiejś ważnej osobie, guru, czy mistrzu. Gdzie ja trafiłam? Czy to jakaś sekta? Co mnie obchodzą ci ludzie. Przecież nie zamierzam z nimi dyskutować, a tym bardziej wyznawać ich poglądów i ubierać się w katany.

Wyszliśmy. Postanowiliśmy pójść do innych znajomych. A tam podobne zgromadzenie. Było tam pełno ludzi, ubranych w szare szaty, jak kolejna sekta. Też rozmawiali o jakimś cudotwórcy czy zbawicielu. Zupełnie nie moje klimaty. Nie zostaliśmy tam i poszliśmy w jeszcze jedno miejsce. A tam kolejna sekta, mężczyźni i kobiety ubrani tak samo w czarne suknie do ziemi.

Tego było za wiele. Chcieliśmy pogadać, zjeść coś dobrego i dobrze się bawić. A ogarnęło nas zniechęcenie i jakiś marazm.

Co to za świat, w którym żyjemy? To chyba nie nasz świat. Pewnie, że nie.

 

Dlatego się obudziłam. I o śnie zapomniałam.

 

Przynależność do sekty zwalnia człowieka z myślenia. Wystarczy, że myśli tak jak przywódca i jest OK. Nie dla mnie. Nie kupuję nikogo w całości, bo przecież mogę mieć inne poglądy na niektóre sprawy. To tak jak czekanie na koniec świata. Wiadomo, że nasza cywilizacja jest młoda i zgadzam się z Hawkingiem, że najwcześniej za 30 mld lat może się "skończyć". Ale już nie zgadzam się z nim, że człowiek narodził się na ziemi przypadkiem. Za dużo jest matematycznych prawidłowości, żeby zwalać wszystko na przypadek. Są ludzie, którzy co chwila ogłaszają kolejne końce świata i ciągle mają się dobrze i mają swoich wyznawców.

Dzisiaj pomogłam przejść przez jezdnię staruszce, a ona bez przerwy mówiła o jakiejś miss, która dostała jakąś nagrodę, a nie umie się wysławiać, myli się i macha łapami. Nie mam pojęcia o kim mówiła, ale czy miss może mieć łapy? Rzadko wchodzę teraz na pudelka, to nie jestem na bieżąco. Czy ludzie nie mają swojego życia? Po co się przejmować innymi.

Pełnia jest dopiero jutro.

Chyba jestem zmęczona. A inni chorują na grypę.

 

środa, 08 lutego 2017

Długo nie mogłam zasnąć. A jak już zasnęłam to:

się obudziłam. To początek snu. Było rano, wstałam z łóżka. Mieszkanie to samo, ale ja jakaś inna.Większa. Spuściłam nogi z łóżka, a na podłodze leżały papucie jak dwie paletki od badmintona. Od razu wiedziałam, że coś nie tak. Noszę teraz po mieszkaniu papcie z futerka, które dostałam po wypadzie do Zakopanego. Wstałam, z trudem. Miałam ciężki oddech. Szłam wolno do łazienki. Krok za krokiem, jak mamut. Chciałam jak najszybciej spojrzeć w lustro. Idę i idę. W końcu się udało. A tam spogląda na mnie jakaś kobieta, tęga do niemożliwości. Na upartego ma jakieś moje rysy, oczy, usta, ale to nie ja. Mieszkanie moje, ale nie moje ubrania. Gdy w ciąży przytyłam 16 kg, to nie byłam aż tak gruba. Nie wiedziałam co ma robić ze sobą taką grubą. Czy ja pracuję, czy mam gdzieś iść, a może jestem chora na otyłość i nie wychodzę z domu? Więc się obudziłam. Naprawdę.

 

Ot, zwykły sen odreagowujący rzeczywistość.Poprzedni tydzień mogłabym nazwać tygodniem pizzy. Pizza była na obiad i kolację. Ale nie przytyłam. Moja waga waha się +-2 kg. Nie mam poczucia winy.

 

Czy ktoś widział grubą Barbie? W końcu imię zobowiązuje.

Tutaj mamy jedną Barbie (bez butów), ale reszta jej koleżanek też jest szczupła. I nawet w swetrach wyglądają dobrze. Jak ja ;)

Gdybym miała więcej lalek, to byłoby więcej sweterków. Jeszcze zostało materiału. Może coś wymyślę w wolnej chwili.

 

Nigdy nie oceniam ludzi po ich wyglądzie. To w końcu kod genetyczny. Ja nigdy nie będę filigranową blondyneczką. Jestem normalna. Niedawno czytałam, że jakaś 17 letnia "gwiazda internetu" gardzi grubymi ludźmi, bo "przecież mogą przestać jeść."

Tylko, że nadmierne jedzenie rekompensuje braki, albo ma uchronić przed atakiem. Taka osoba "obudowuje się" tłuszczem i nikt jej nie zrani, nie sięgnie do jej serca. Powody są różne, ale jakieś są. Jak jest im ciężko przekonałam się we śnie, wchodząc w kogoś takiego. Nikomu tego nie życzę.


W ostatnich odcinkach LOST, które obejrzałam ostatnio, bohaterowie lecieli helikopterem. Uciekało paliwo, więc pilot kazał im wyrzucić wszystko co niezbędne. A oni wyrzucali jakieś torby po pół kg każda. Śmialiśmy się do łez. Naprawdę sytuacja była komiczna. Najcięższą osobą był Hugo – Harvey. Ale to Sawyer wyskoczył z helikoptera do oceanu, a nie Harvey. Może nie umiał pływać. Ale zupełnie nie przyszło mu to na myśl. Był jeszcze odcinek, w którym była konferencja prasowa 6 uratowanych. Kłamali jak najęci. I jedna dziennikarka zadała pytanie: byliście na wyspie kilka miesięcy, odżywialiście się tym co tam rosło, a nie wyglądacie na zabiedzonych, wręcz przeciwnie. Harvey odpowiedział, że to chyba jego ma na myśli. Wszyscy się zaśmiewali, ale nikt nie odpowiedział. A swoją drogą serial kręcono kilka lat, a Harvey nic nie schudł. Ciągle jadł batoniki. I ciągle widział szczęśliwe liczby, które przyniosły mu fortunę, a nieszczęście wszystkim wokół. Ale to inny temat.

 

A więc wszystko jasne. Musiałam to jakoś odreagować. Więc taki sen.

 


środa, 11 stycznia 2017

Byłam na jakimś spotkaniu. Odbywało się ono na wyjeździe w jakimś hotelu. Znałam tylko moją przyjaciółkę i jeszcze dwie osoby. A to było spotkanie po latach paczki znajomych z dawnych czasów. Wyglądaliśmy jak teraz.

Opowiadaliśmy sobie różne rzeczy z przeszłości, ale ja pamiętałam tylko te sytuacje, w których były osoby mi znane z obecnego życia. Wszyscy dobrze mnie znali i mieli ze mną wspomnienia. Ja niestety nie pamiętałam tych rzeczy. Bawiliśmy się świetnie. Tańczyliśmy, ale nie pamiętam do jakiej muzyki, bo nie ona była ważna. Ważni byli ludzie, oni mnie fascynowali. Było mało alkoholu, bo nie był on nam potrzebny. Ale ja nie wypiłam nic, bo tak postanowiłam kilka miesięcy temu w obecnym życiu. (Nie zdążyłam jeszcze o tym napisać.)

Potem poszliśmy do pokoi, ale nie do swoich. Wszystko się wymieszało. W końcu jesteśmy dorośli, nie wszyscy mają zobowiązania. A potem przeniosłam się do zwykłego życia, tamtej ja. Przyszła do mnie jakaś dziewczyna, a ja jej powiedziałam, że na tym wyjeździe nic ważnego się nie wydarzyło. Ona wyszła. Nie umiem kłamać, bo mam za małą samokontrolę, żeby udawać i tego pilnować. Oczywiście coś się wydarzyło, ale nie ważnego dla mnie. Nie skłamałam. Potem minęło jeszcze trochę zwykłego życia i znowu pojawiły się osoby z przeszłości, które były na imprezie wyjazdowej. Miałam zupełnie innych przyjaciół. W obecnym życiu nie stawiałabym na nich, minęło. Moje życie wywróciło się, byłam z kim innym, w zupełnie innym mieście. Gdy miałam coś powiedzieć po niemiecku to się obudziłam. Zorientowałam się, że to sen, bo przecież język niemiecki jest ostatnim, którego mogłabym się nauczyć. Nie dałam się nabrać. Co za przedziwne splątanie części mojego życia z życiem w innym wymiarze.

Obudziłam się uśmiechnięta. Ten sen mnie totalnie zrelaksował.

Można tańczyć całą noc, śpiewać, dyskutować, spacerować i obudzić się w doskonałym nastroju. Ciekawe. To możliwe tylko w snach.

Miałam nie pisać o tym osobistym śnie, ale zaczęłam się zastanawiać nad anomaliami. Nie wiem czy to ktoś zrozumie.

Pomyślałam, że trafiłam na inny wariant mojego życia. W pewnym momencie drogi moje i niektórych znajomych się rozeszły. Z przyjaciółką poszłam w stronę, którą obecnie zmierzam. Dlatego ona była w moim śnie. Potem zobaczyłam co mnie "ominęło" w innym wariancie mojego życia. Ale nie mogę sobie przypomnieć kiedy i jaką decyzje podjęłam, że skoczyłam gdzie indziej. Widocznie nie są to decyzje "życiowe", ale czasem zwykłe małe: komuś odmówimy i on nie wróci. Podobno to się dzieje gdy widzimy jakieś dziwne postacie. Tylko, że ja takie postacie spotykam często. Podczas studiów to nawet codziennie, bo chyba mieszkali blisko uczelni.

Wiadomo z mechaniki kwantowej, że najbardziej splątani jesteśmy z sobą samym. Dlatego gdy zaczniemy się sami uzdrawiać to będzie najbardziej skuteczne i nieodwracalne. Tylko, że we śnie splątałam się z inną wersją siebie. Rodin mówił też, że przeszłość ulega rozpadowi, to dlaczego ja kiedyś cofnęłam się w czasie i nie dopuściłam do zranienia. Opisałam to na starym blogu dość szczegółowo. Teraz myślę, że to nie było cofnięcie się w czasie tylko przeskok na najbardziej zbliżoną wersję mojego wariantu życia. Czy mam ranę czy nie, nie było to ważne dla Losu, dlatego uszło mi na sucho.

Wiadomo, że nie ma żadnej komunikacji między wariantami w przestrzeni. A jednak mnie to spotkało. Na razie we śnie. A skoro we śnie było to możliwe, to może i w realu.

Rodin mówił też, że nie ma zdeterminowanej przyszłości. Ważne jest co myślimy, bo w ten sposób kształtujemy swoje jutro. Dlatego w tv ciągle nadają filmy katastroficzne, a czarnowidze (ciekawe, że nazywają ich jasnowidzami) wieszczą wojny. To wszystko zależy od naszego myślenia. Nie dajmy się wplątać w cudze gierki.

We śnie byłam świadoma siebie z tego świata. Było łatwo, bo wyglądałam jak teraz. Ale też czułam, że weszłam w inną wersję mnie, właśnie z innego tunelu.

Nie mam pojęcia po co mi ta wiedza. Czuję się we właściwym czasie i miejscu i nie mam żadnych niespełnionych marzeń. Wszystko jest na swoim miejscu, niczego nie żałuję. Owszem dziwne rzeczy dzieją się z czasem. W moim życiu nie płynie jednakowo codziennie. Czasem jak mam coś ważnego do zrobienia to czas płynie wolniej, żebym wszystko zdążyła zrobić. A podobno czas płynie szybciej.

Postanowiłam być dziś maksymalnie uważna, bo może spotkam kogoś z przeszłości.

Spotkałam się z klientami, z którymi rozmawiałam wcześniej kilka razy przez telefon. W realu są tak samo mili.

Ponieważ jestem leniwa to wymyśliłam sobie, że zawsze mam zielone światło gdy przechodzę przez ulicę. Rzadko jest inne. Ale dziś mnie ono rozśmieszyło. Gdy szłam na przystanek to z ok. 300 m widziałam, że światło jest dla mnie zielone. OK, zmieni się na czerwone, ale jak dojdę to znowu się zmieni. Nic z tego. Światło się zacięło i było cały czas dla mnie zielone. Zrobił się korek. Kilka samochodów nie wytrzymało i przejechało. Ja wolno doszłam na przystanek, wsiadłam do autobusu i wtedy zrobiło się zielone dla mnie. Autobus ruszył i wszystko wróciło do normy. Nieustannie takie sytuacje wprawiają mnie w dobry nastrój. Wystarczy je tylko dostrzec.

Jeden z umówionych klientów wyjechał, ale nic to. Kto inny dał mi dokumenty. A potem był jeszcze dzień kawy, więc tanio kupiłam mój ulubiony napój.

A w piekarni kupiłam sezamki. Są pyszne. Często je kupowałam, ale w wakacje przestali produkować z powodu upału. A potem chyba o nich zapomnieli, bo nie było ich w ofercie. Aż do dzisiaj. Po pół roku przerwy.

Wszystkie sprawy załatwiłam szybko, jakby czas się rozciągnął.

I przez cały dzień świeciło słoneczko.

Nikogo ze starych znajomych nie spotkałam.

A ja uśmiechałam się nieustannie :)

 


wtorek, 27 grudnia 2016

Siedziałam z P. na podłodze przedpokoju z podkurczonymi nogami. A nad nami stał jakiś koleś z pistoletem (rewolwerem) i coś na nas krzyczał. Obok niego klęczeli dwaj inni i pilnowali, żebyśmy nie wstali. Przedpokój jest mały i wąski, ale jakoś się pomieściliśmy.


Sen się zaczął w środku akcji, tzn. moja świadomość właśnie weszła w ciało w tej właśnie chwili. Zastanawiałam się czy to ja zawiniłam, czy P. A czy to ważne. Mieliśmy wspólny problem.

Gdy tak patrzyłam na tą sytuację to czas zwolnił. Facet coś krzyczał i wymachiwał pistoletem. Pomyślałam, że chyba pistolet nie jest odbezpieczony, bo od tego wymachiwania już by wypalił. Nie bałam się, choć nie rozumiałam czego koleś chce od nas. Chyba chciał nas nastraszyć, ale słabo mu to wychodziło. My się nie baliśmy, bo czego tu się bać. Jeśli chciałby nas zabić to nic nam nie pomoże. Zabije i już. Więc po co krzyczeć i się miotać. Na filmach ofiary krzyczą, błagają o litość, a my siedzieliśmy spokojnie. To napastników wkurzało, bo ciągle nas szarpali. Cała ta sytuacja wydawała mi się dziwna. Od ich krzyków powinni się zlecieć sąsiedzi. W końcu byliśmy w przedpokoju, a przez drzwi wszystko słychać.

Gdy tak zaczęłam się zastanawiać nad tą sytuacją to pomyślałam, że skoro nikt nie słyszy napastników to oni są nierealni, wymyśleni. Nie zrobili nam krzywdy, tylko straszyli. Źle trafili, bo my nie mieliśmy nic do stracenia, oprócz życia. Byliśmy spokojni, choć siedzieliśmy skuleni na podłodze.

I wtedy oni zniknęli. We śnie. Ja wstałam z podłogi, P. też. Poszłam do kuchni zrobić kawę. Chciałam o tym porozmawiać i wtedy się obudziłam.

 

Ciekawy sen. Rozpoznawalność wahadeł tak mi weszła w krew, że nawet we śnie nie daję sobą manipulować. Nie wiedziałam, że śniłam, a jakimś sposobem uniknęłam kłopotów. Obserwowałam biernie sytuację i wybrałam najlepszy dla nas wariant rzeczywistości. Byłam niewiarygodnie spokojna, ale pewna czego chcę. Tylko spokój mógł nas uratować. Napastnicy we śnie byli realni, więc nie mogli zniknąć. To my wybraliśmy inny wariant rzeczywistości. Ciekawe czy P. był "stary" czy z nowej linii. Nie zdążyliśmy zamienić słowa. Może to ja sama się wpakowałam do innego wariantu świata. I co wtedy. Jak tu żyć z P., ale jakimś innym. ;)

Chyba, że warianty niewiele się różnią między sobą.

Nad uczuciem strachu już kiedyś pracowałam. Bałam się jednej osoby i nie mogłam sobie wmówić, że nie ma czego. Miałam myśli, że mogła nawet kogoś wynająć, żeby mnie zbił, albo zabił. Strach nie do opanowania. Co miałam robić. To bardzo niszczące uczucie. Więc zapisałam się na policyjny kurs samoobrony dla kobiet. Uczyliśmy się technik obezwładniania przeciwnika i dźwigni. Ale to nie działało na znajomych i domownikach. Nie chcieli współpracować ;) Więc zapisałam się na Krav Magę. Było ciężko uderzyć w twarz bez powodu wysokiego osiłka. Nauczyłam się jak unikać kłopotów, co robić gdy już napastnik na tobie leży, jak wyjść cało z opresji, niewielkim wydatkiem energii. Strach ulotnił się nie wiadomo kiedy. Już nie ćwiczę, ale został analityczny umysł i refleks.

Dzięki temu mogłam uratować nas z opresji. Jeśli to we śnie działa to w realu może też. Przecież wszyscy powtarzają, że żyjemy w wirtualnym świecie. Więc wszystko jest możliwe.

 

 


sobota, 17 grudnia 2016

Stałam na brzegu dużego jeziora. To było popołudnie. Jezioro było duże, ale widziałam jego krańce. Całe jezioro otoczone było lasem. Nie można było iść brzegiem. Musiałam się dostać na drugi brzeg, bo tam las był rzadszy i można było gdzieś iść. Spojrzałam na wodę, a ona była nieruchoma, czarna i mętna. Nawet pomyślałam, że to może staw. Jednak to było jezioro.


Chciałam je przepłynąć wpław, ale rozważałam czy dam radę. Gdy będę płynąć na wprost to mogę się zmęczyć i utopić. Więc zastanawiałam się co robić. Wtedy zauważyłam dziecko po prawej stronie, które płynęło niedaleko brzegu. No właśnie, to jest dobry pomysł. Będę płynęła wzdłuż brzegu, tak aby mieć dno jeziora pod nogami. Gdy się zmęczę to będę mogła stanąć. A potem popłynę dalej. Jezioro jest owalne, więc dotrę na przeciwległy brzeg. Kolor wody zupełnie mi nie przeszkadzał. Nie wzbudzał żadnych negatywnych skojarzeń. Tylko to, że nie będę wiedziała gdzie jest dno Nie bałam się, skoro dziecko pływało w tym jeziorze. A dzieci są mądre..

Obudziłam się. Była 6:06. Zapisałam godzinę i 5 słów, żeby pamiętać sen.

Przewróciłam się na drugi bok i zasnęłam. Przecież nie będę wstawać w środku nocy.

Nie sądziłam, że coś mi się przyśni. Był ciąg dalszy.

Zaczął się w tym samym miejscu, w którym pierwsza część się skończyła. Nie zdążyłam wejść do wody. Stałam ciągle na brzegu tego samego jeziora. Było widniej, a woda w jeziorze czysta, niebieska. Sama się zmieniła. To nie omamy.


Wyglądało na to, że to to samo jezioro, ale woda była zupełnie inna. Ciągle była na brzegu i zastanawiałam się czy przepłynąć na wprost czy wzdłuż brzegu, tak jak planowałam w pierwszym śnie. Ciekawe, że we śnie wiedziałam co było wcześniej. Dalej moje umiejętności pływackie były takie same, więc postanowiłam płynąć wzdłuż brzegu. Weszłam do wody po prawej stronie. Woda była ciepła i wspaniała. Położyłam się, żeby płynąć.

I obudziłam się. Była godzina 8:18.

Ciekawy sen. Nie pamiętam, żebym miała ten sam sen w 2 częściach i żebym wiedziała w 2 części co zrobiłam w części pierwszej snu. Nie był to świadomy sen, więc skąd wiedziałam, że już o tym śniłam?

Od razu zajrzałam do sennika książkowego, bo stoi na półce w sypialni.

Dobrze, że nie wiedziałam nic o potworach i zmarłych. Moje jezioro najpierw było ciemne, więc nic się w nim nie odbijało, lustro bez odbicia. A potem, z niewiadomych przyczyn było krystalicznie czyste. Nie było w tym mojej zasługi. We śnie miałam zadanie do wykonania, żadnych lęków.

Może powinnam zapisać się na basen, żeby nauczyć się dobrze pływać?

 


sobota, 10 grudnia 2016

I kolejny sen. Artystyczny. Bez fabuły.

 

Był piękny słoneczny dzień. Boskie światło.Wszystko wydawało się ładniejsze i lepsze. Ktoś pokazywał mi obrazy na ścianach. Ale te były inne niż znane mi do tej pory. Obrazy zaczynały się na chodniku a kończyły na ścianie. Tworzyły spójną całość. Były obłędnie perfekcyjne i kolorowe. Zupełnie inne niż w moim mieście. Oglądaliśmy jeden obraz, a za chwilę obracaliśmy się w prawo i byliśmy w Brazylii. A tam inny street art. Potem spoglądałam w lewo i znalazłam się w NY dokładnie przed kolejnym obrazem. I tak jeszcze kilkakrotnie. Wystarczyło się obrócić i byliśmy w innym miejscu na ziemi, gdzie artysta namalował coś wspaniałego. W serialu Sliders potrzebny był portal, który otwierał przejścia do innych światów. W filmie Władcy umysłów (lubię Matta Damona) trzeba było przejść przez niebieskie drzwi w kapeluszu. A w moim śnie wystarczyło się obrócić. Ja nawet nie wiedziałam gdzie są najpiękniejsze graffiti, a byłam tam kierowana. Piękna podróż. Na pewno nigdy nie odwiedzę tych miejsc w realu. Zajęłoby mi to za dużo czasu.

3d-graffiti-street-art-anamorphic-odeith

Na dworze szaro, buro i ponuro, więc taki sen nie dziwi. Jednak dla mnie dzisiejszy sen ma głębszy sens. Utarł mi nosa.

Piszę tu o wszystkim co mnie spotyka, o tym co mnie ciekawi i co zatrzymuje mnie na chwilę. To nie jest blog o snach, a sny zaczęły dominować. Dlatego postanowiłam przez jakiś czas nie śnić.

Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji. Dla mnie to było sprawdzenie czy mogę to zrobić. Innego powodu nie było, bo sny w żaden sposób nie rzutowały na moje samopoczucie. A właściwie wprowadzały mnie w dobry nastrój i byłam wyspana.

Dla mnie to była zabawa, a dla duszy więzienie. Zatrzasnęłam drzwi i dusza siedziała w ciemnym pokoju, czy futerale. W przedszkolu byłam zamykana, moje dziecko też. Inne dzieci też były i będą zamykane. (Tego chyba uczą przedszkolanki.) Więc wiem jak czuje się ktoś zamknięty. Zapewniam, że niekomfortowo. Nie rób innemu co tobie niemiłe.

Moja podświadomość jest świetnie wychowana. Nie przeszkadza mi, ale gdy coś się dzieje niekorzystnego dla mnie to daje znać. I ten sen jest takim właśnie znakiem. W życiu najważniejsza jest współpraca ciała, duszy i umysłu. Wtedy realizujemy się najlepiej jak potrafimy. A moja Dusza zamiast latać gdzie chce, siedziała sobie cichutko i się nie odzywała. Do czasu. Dała o sobie znać w swoim i zrozumiałym dla mnie języku.

A więc Hulaj Duszo, piekła nie ma ;) Wolność jest najważniejsza.


We śnie były piękne graffiti, sztuka ulicy. Sztuka zbliża się do ciebie, jest w zasięgu twego wzroku. Nie musisz za nią płacić, żeby doświadczać. Zresztą to co najlepsze jest za darmo.

Tak jest z rysunkami dzieci.

Jest w nich zaklęta energia chwili, emocje z danego dnia. Poczujesz to gdy widzisz oryginał. Żadne zdjęcie czy kopia tego nie przekazuje. A bogaci trzymają swoje oryginalne obrazy w klimatyzowanych sejfach i nikt tego nie ogląda i nie doświadcza.

 

Przepraszam Cię Duszo i proszę wybacz mi. Wybrałaś najlepszy sposób, żebym zrozumiała. Dziękuję za zwrócenie uwagi.

Wiesz, że Cię kocham. :)

 


środa, 07 grudnia 2016

Zaskoczyło mnie to, że śniłam dzisiaj. Myślałam, że mam to pod kontrolą. Myliłam się.

Sen był dziwny. Nie umiałabym coś takiego wymyślić.

 

Siedziałam przed telewizorem. Był on starego typu, tzn. Z dużą częścią z tyłu. Stał na osobnym stoliku, ok. Pół metra od ściany. I zza tego telewizora w pewnej chwili wyłonił się mały człowieczek. Najpierw pojawiła się głowa, a potem reszta ciała. Wyglądał jak pacynka, ale był prawdziwy. Proporcje miał dobre, więc nie był to karzeł. Był do dorosły facet, ale małych rozmiarów. Człowieczek. Miał lekki zarost i w oczach chochliki. Nie przestraszyłam się go. Chciałam mu tylko zrobić fotkę, ale na stole nie było telefonu. Zdziwiłam się, bo telefon mam zawsze w zasięgu wzroku. Zadzwoniłam z telefonu stacjonarnego do siebie i nic, cisza. A więc telefonu nie było w domu, choć powinien był być. Chyba z niego wcześniej dzwoniłam.

Gdy spojrzałam za telewizor to zauważyłam, że diabełek zrobił się większy. Nie bałam się go i wiedziałam, że on o tym wie. Czasem spotykam ludzi, którzy jakby wiedzieli o czym myślę i nie warto ich okłamywać.

Diabełek stał za tym telewizorem i patrzył na mnie. W pewnej chwili wskoczył na sufit i dreptał po nim, aż doszedł do najdalszego prawego rogu i zniknął. Pojawił się kolejny osobnik na suficie i też chodził sobie w różne strony. To krzyżówka człowieka ze zwierzęciem. Wyciągnęłam rękę po telefon. Leżał tam gdzie powinien. (Widocznie miał wyłączony dzwonek, skoro wcześniej go nie było). Zrobiłam mu fotkę. Potem kolejnemu osobnikowi i kolejnemu, a wszyscy znikali w prawym najdalszym rogu sufitu, jakby tam były drzwi.

Pomyślałam sobie, że gdyby nie fotki to nikt by mi nie uwierzył w to co widzę. Zrobiłam kilkanaście zdjęć. Przyszedł mój mąż. Wszyscy zniknęli w mgnieniu oka. Mąż oznajmił mi, że jedziemy do Wenecji. OK. Chyba to normalne, że w środku nocy gdzieś jedziemy. Zeszliśmy na dół do piwnicy. Tam wsiedliśmy na skuter wodny, taki ślizgacz. Naprawdę. I ruszyliśmy. Przez ściany. Jechaliśmy pod ziemią, przez różne fundamenty. My materialni i domy też z materii, a jednak mogliśmy to wszystko przeniknąć. Jechaliśmy bardzo szybo. A najlepszy był wiatr na twarzy. Czułam się jak Małgorzata od Bułhakowa. Prawie. Tylko, że ja byłam ubrana i lecieliśmy pod ziemią. Nie dość, że czułam wiatr, to jeszcze takie mlaśnięcia gdy przelatywaliśmy przez różne budynki. Bo przecież każdy był z czego innego. Pod ziemią były szare i przezroczyste. Łatwo było w nie wejść. A potem było morze.

Nie potrzebowaliśmy niczego, żeby oddychać w wodzie. Prędkość była taka sama, czyli szybka. Wokół pływały duże ryby, ale na nas nie zwracały uwagi. Nawet ogromne rozgwiazdy nas nie widziały. Kolory jakie widziałam w przepięknej błękitnej wodzie nie do opisania. Żadne zdjęcie tego nie odda. Było widno jak w dzień, czyli nie było głęboko, albo to inny wymiar. Jechaliśmy dalej. Bo to była jazda, a nie pływanie.

Nagle obudziłam się, na lewym boku. A właściwie obudziły mnie k...y zza ściany. Matka poganiała dzieci, które szły do szkoły. Co drugie słowo to k...a. Dziwiła się, że codziennie jest to samo. Żadne dziecko nie było gotowe do szkoły i robiło jej na złość. Skutecznie mnie wybudziła, a dzieci miały niewątpliwie zły dzień. Była 7:32, wschód słońca. Niedawno wprowadziła się jakaś rodzina, ale ich nie widziałam. Aż do dzisiaj. Usłyszałam ich.

Sen był bardzo realny. Wzięłam telefon, żeby pooglądać fotki, które zrobiłam w nocy. Nic nie było. A więc wszystko to był sen. Nie mogło być inaczej. Przecież nie można zrobić realnym aparatem zdjęć we śnie. Chociaż ;)

Trudno zinterpretować mi ten sen. Kluczem był diabełek (bez rogów). Mały, ale miał moc. Mógł zrobić wszystko co chciał. Pokazał mi próbkę swoich możliwości. W jego świecie nie działały żadne prawa. Tylko dlaczego akurat to mi pokazał? Chodzić po suficie może każdy w specjalnych butach. Z przenikaniem trochę gorzej do wytłumaczenia. A może to inny wymiar lub równoległy świat ze mną jako element wspólny.

Nigdy wcześniej we śnie nie czułam zapachów i smagania wiatru. Powinnam mieć czerwone policzki. Biegałam już wiele razy, ale dzisiaj było co innego. Miałam już kolorowe sny, ale kolory morza czy oceanu w tym śnie były nieziemskie. Mogłabym to narysować, ale nie ma takich farb.

 

Ostatnio oglądam powtórki serialu Lost. Zastanawiam się czy to nie mogliby by być rozbitkowie z samolotu malezyjskiego, który zniknął 8 marca 2014 roku. W filmie ludzie domyślają się, że świat o nich nic nie wie i ich nie uratuje. Mają komputer, ale nie wzywają pomocy, bo ktoś na taśmie im tego zakazał. Co 108 minut wpisują ciąg liczb i wciskają klawisz. Nie ma tam nikogo, kto by to wymuszał, a jednak to robią. Ludzie są dziwni.

Chyba stąd dziwny sen. :)

 


niedziela, 06 listopada 2016

Obudziłam się zdziwiona, że miałam sen. Przywykłam, że mam spokojny sen i nic mi się nie śni. A tu niespodzianka.

Byłam gdzieś na wsi lub letnisku. Ja i kilku znajomych siedzieliśmy na werandzie otoczonej drewnianym parawanem, po którym pięły się winorośle. Było to dość zarośnięte miejsce. My nie widzieliśmy niczego na zewnątrz i nikt nas nie mógł zobaczyć. Siedzieliśmy przy okrągłym stoliku z białych desek. Stało tam ciasto w kształcie tortu czekoladowego. Zjedliśmy po kawałku. Potem pojawiło się drugie takie samo ciasto – torcik. Zanim ktoś je pokroił wypełzł z niego mały wąż, koloru ciasta, czyli czekoladowy. Nie mogłam się ruszyć, ale chyba nie ze strachu, raczej z ciekawości. Bo zaczęłam się zastanawiać czy w cieście, które zjedliśmy mógł być taki wąż. I czy możliwe było, że nikt nie zauważył co zjadł. Kolega poszedł śladem węża, który pełzał po ścieżce z kamyków. Miał go zabić. Kolega wrócił i powiedział, że problem zniknął. Super – dyplomata. Nie wiem czy go dopadł, czy dał mu odpełznąć.


Nie był to straszny sen. Wąż był malutki i w pierwszej chwili pomyślałam, że to dżdżownica. Ale one inaczej pełzają.

Zajrzałam do mojego sennika.


Interpretacja zupełnie nie dla mnie. Taka malutka transformacja ?;)

Możliwe, że to nawiązanie do chrześcijaństwa, bo dzisiaj byłam w kościele. Pierwszy raz od lat.

Musiałam. Wczoraj powiedziałam, że pójdę, ale nie uklęknę. I dostałam wykaz zasad, których miałam przestrzegać. Nie wolno mi było machać różańcem (nie mam, więc nie ma problemu), miałam wyłączyć telefon i w żadnym wypadku się nim nie bawić, miałam się nie wpatrywać głupio w księdza, bo może się zdenerwować. Wytrzymałam tą godzinę. Nie słuchałam księdza. Obejrzałam sobie witraże.


Mierzyłam też czas osobom, które się spowiadały. Ludzie mają strasznie dużo grzechów. A ja nie mam żadnych i nikomu się nie spowiadam.

Było też 5 dzieci do chrztu. Wszystkie płakały jak ksiądz oblewał je wodą. Potem płakały inne małe dzieci. Czy do kościoła powinny chodzić takie maleństwa?

No i mamy winorośle we śnie i na dzienniczku (element wspólny).

Świadomość sobie radzi z ekstremalnymi sytuacjami. Dusza raczej była strachliwa i stąd taki, a nie inny sen. Tylko w tej religii wąż jest postrzegany jako wcielenie szatana. We śnie ten szatan był malutki i strachliwy.

W kościele nie dokonała się moja transformacja. Od lat Pan już ze mną jest.

 



niedziela, 04 września 2016

Około południa zadzwoniła moja mama z pytaniem dlaczego nie dzwonię. Rozmawiałyśmy 3 dni temu, więc dla mnie było ok. Okazało się, że miała sen o mnie.

Śniło jej się, że była u mnie i wkropliła mi coś do lewego oka. Ja zaczęłam płakać, bo to nie były krople do oczu tylko olejek miętowy. Słuchając mojego płaczu krzyczała na mnie, że nie trzyma się w apteczce olejku udającego krople do oczu. I koniec.

Cała mama. Spytała się tylko czy nic mnie nie boli.

Oczy to okno na świat i zwierciadło duszy, przez wzrok odbieramy rzeczywistość. I ona widzi ten świat niepełny, na jedno oko. Mnie krzywdzi, bo czasem staram się jej powiedzieć jak ja coś widzę. Ona nie chce słuchać, bo wie lepiej i dlatego spowodowała, że to ja mam jedno oko uszkodzone. I jeszcze winę zrzuciła na mnie. Kiedyś miałam zapalenie spojówek i sama sobie wkraplałam krople. Przetestowałam wszystkie jakie są na rynku, a poprawy nie było. Przestałam chodzić do okulisty i dałam oczom spokój. Zaczerwienienie odeszło. Samo z siebie.

Jak mi ktoś powie, że Jedenastki są to osoby rozwinięte duchowo i wyjątkowe to zaśmieję się w twarz. Taka osoba nie słucha co inni mają do powiedzenia i nie pozwala innym być innymi. Nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności, bo wie lepiej. To inni się mylą. To typowe wahadło. Ona chce, żebym robiła wszystko jak ona. A ja słucham i robię jak chce. Nie ma mnie za co zaczepić. Wszystko przeze mnie przelatuje, nic nie zostaje. Nie kłócę sie z nią. Szkoda energii.

A ja kupiłam wczoraj kilka papryczek chili i dzisiaj pokroiłam do suszenia. Bardzo uważałam, żeby nie zatrzeć oka, bo nie użyłam rękawiczek. Oko było OK, ale zatarłam usta i nos i mnie trochę szczypało. Do wytrzymania ;)

 

A ja miałam miły sen.


Leżałam w wodzie, a wokół mnie pływały 3 delfiny. Nie wiem co to była za woda, bo ja nie pływałam tylko byłam zanurzona, a nie tonęłam. Ciekawe doświadczenie. Woda była ciepła, było mi błogo, totalny relaks. I jeszcze te delfiny. Mają one coś w twarzy, że wydaje się, że się śmieją. Dobra energia się mieszała. Odpoczęłam i się obudziłam.

 

Akurat kilka dni temu zmieniłam tapetę na komputerze, bo robię to często. Zmiany są dobre. I wybrałam właśnie taką z delfinami.

Czy mój mózg już nie ma o czym śnić?

I w realu i we śnie mam dobre samopoczucie. Czy to normalne?



sobota, 27 sierpnia 2016

Wczoraj coś mi się śniło, ale nie mogłam tego poskładać, tylko urwane scenki. Więc zaprogramowałam się na to, żeby pamiętać ze szczegółami jak mi się coś przyśni. Mówisz-masz.

Dzisiejszy sen zapamiętałam. To był wczorajszy sen, jeszcze raz to samo, ale jakby wolniej wszystko się rozgrywało. Tak, żebym zapamiętała.

Poszłam z kimś do sklepu ze starymi rzeczami. Może to antyki, ale się na tym nie znam. Oglądałam różne rzeczy. Nie byłam pewna czy wolno było dotykać eksponatów. Ale zainteresowało mnie pudełko. Taki sześcian z ciemno brązowego drewna. Nic ciekawego, a jednak mnie przyciągnął. Wzięłam go w dłonie, poprzekręcałam, coś tam stuknęłam, nacisnęłam, obróciłam parę razy. I to pudełko otworzyło się, wyszły jakieś szufladki, zapaliły się światełka. Wnętrze pudełka było większe niż samo pudełko. Zupełnie nie wiem jak je otworzyłam. Po prostu moje ręce wiedziały co robić. Chyba znałam to pudełko, a teraz sobie tylko o nim przypomniałam.

Pojawił się sprzedawca i zabrał mi to otwarte pudełko. Powiedział, że długo czekał, aż ktoś zdoła je otworzyć. Dlatego pozwalał klientom wszystko dotykać.

Osoba, z która byłam, okazała się naganiaczem. Wyszukiwała różne osoby, które mogły otworzyć to pudełko. Nie wiem co było dalej, bo wyprowadził mnie ze sklepu. Stałam na ulicy. Rozejrzałam się i wiedziałam, że jestem w innym kraju. Musiałam chyba specjalnie tam pojechać. Nie wiedziałam jak wrócić do domu.

Poczułam się wykorzystana.

Obudziłam się.

Kolejny sen bez znaczenia, ale chociaż go zapamiętałam ze szczegółami. Pamiętam zapach sklepu, kolory, kurz i wszystko. Tylko po co.


Kilka dni temu obejrzałam po raz kolejny film z Cameron Diaz The box. Pułapka. Młode małżeństwo dostaje paczkę. Potem przychodzi facet i oferuje im milion dolarów za naciśnięcie przycisku. Gdy to zrobią ktoś na świecie umrze. I ona naciska przycisk. Okazuje się, że większość kobiet nacisnęło przycisk, choć potem żałuje. Facet z walizką ciekawie wygląda. Trafił w niego piorun i nie miał połowy twarzy. Wyglądał jak częściowo spalony prokurator z filmu Mroczny rycerz. Też niedawno powtarzali w tv. Interesująca była w nim postać Jokera, którą grał Heath Ledger. Miałam o nim napisać.

W tym filmie też jest pudełko z przyciskiem. Były dwa statki, na jednym byli więźniowie, na drugim zwykli ludzie. Na każdym statku było pudełko z przyciskiem. Do określonej godziny mieli nacisnąć przycisk, a wtedy drugi statek wyleciałby w powietrze. Ciekawe, że w tamtym filmie nikt nie wyleciał w powietrze. Ale to był komiks. Te dwa filmy łączyły pudełka i facet z połową twarzy. Ciekawe.

Mój sen to reakcja po obejrzeniu tych dwóch filmów. Nic więcej.

Ciekawe jak ja bym postąpiła. Przecież wiem. :)



wtorek, 23 sierpnia 2016

Byłam w jakimś mieście, w którym są same wysokie biurowce. Właściwie to były drapacze chmur, ale nie był to NY. Ludzie tam nie mieszkali tylko pracowali. Biurowce były całe z niebieskiego szkła. Jak się przyjrzeć to widać było biurka, krzesła i siedzących ludzi. Nie ma pojęcia czy ja też miałam wejść do takiej klateczki i pracować, ale poczułam się przytłoczona. Stałam tak na dole i zaczęłam tracić oddech, brakowało mi powietrza do oddychania. Te biurowce wszystko zabierały – przestrzeń, widok nieba, słońce i powietrze do oddychania. Czułam, że robi mi się słabo i jedynym wyjściem było opuścić to miejsce. Wyciągnęłam ręce i wzniosłam się w górę.

Zaczęłam latać. Wzniosłam się ponad chmury, a potem w kosmos. Leciałam szybko, przemierzałam ogromne przestrzenie. Mogłam lecieć gdzie chcę, a ja chciałam przelecieć przez wszechświat. Do latania nic mi nie było potrzebne. Nawet nie wiem czy oddychałam. To było nieistotne. Ale powietrze nie było rześkie, raczej stęchłe. Leciałam wyprostowana jak Neo w Matriksie.

Latałam dość długo, widziałam wszystko. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że wszechświat jest skończony i ja go właśnie obleciałam. Wróciłam do punktu wyjścia. Czułam się zrelaksowana. Fantastycznie było się przelecieć. Nie było to coś wyjątkowego, a raczej coś zwykłego. Choć nikogo nie spotkałam po drodze. Chyba wszyscy byli w pracy. A ja na wagarach ;)

Pojawiło się też rozczarowanie, że wszechświat jest zamknięty. Wszystko jest w nim na ustalonych pozycjach, niezmienne, przez wieku takie samo. Sprawdziłam to oblatując kosmos.

Obudziłam się.

Kolejny nic nie znaczący sen. Po ostatnich wykładach z kosmologii przekonałam się, że to nie jest nauka odkrywająca coś. To raczej nauka zajmująca się dopasowywaniem rzeczywistości do wymyślonych teorii. Ludzie, którzy się zajmują kosmologią są bardzo mądrzy. Ale nie przekonałam się do Big Bangu i nieustannego rozszerzania wszechświata. Dlatego we śnie obleciałam układ zamknięty i ten zapach stęchlizny.

Ostatnio po raz kolejny obejrzałam uważnie wszystkie części Matrixa, stąd ta tęsknota za nieskrępowanym lataniem. A może to ucieczka przed pająkiem. Bo poprzedniej nocy coś mnie ugryzło w twarz i rękę. Mam swędzące kropki.

No i te biurowce. W moim mieście buduje się kolejne biurowce. Te, które już stoją są puste, a stawiają kolejne. Kto tam będzie pracował? Ukraińcy. Jest ich mnóstwo.

Nie ma znaczenia czy śniłam czy nie. Gdy się budzę to nieustannie mam dobry nastrój, dlatego zawsze wyrażam wdzięczność za życie. Wszystko wprawia mnie w dobry humor. Mam więcej energii i pieniędzy. Taki dobrostan :)


sobota, 13 sierpnia 2016

Zasypiałam na wznak, ale tuż przed zaśnięciem przewróciłam się na lewy bok.

Chyba się fiksuję. ;)

Stałam na progu nowego mieszkania. Było popołudnie. Od razu miałam informację, że wcześniej mieszkałam w domu z ogrodem. W wyniku jakiegoś zdarzenia przeprowadziłam się do mieszkania w bloku, w wieżowcu.

Wyszłam z mieszkania. Nie zamykałam go, bo chyba zamknęłam je przed rozpoczęciem snu ;) Westchnęłam. Jakby już nic gorszego nie mogło mnie spotkać.

Zaczęłam schodzić schodami w dół. Zeszłam bez problemu kilka pięter. Aż natrafiłam na jakieś meble leżące na schodach. Ktoś się chyba wprowadzał, albo wyprowadzał. Chyba to drugie, bo meble były ustawione jedne na drugim. Były to stare meble, jak z czasów komuny. Teraz takie meble niektórzy promują jako fajne. A to była tandeta.Kanapy o krzesła miały obicie w drobną kratkę w kolorze buro-beżowo-szaro-brudnym. Niektóre stoły były połamane, nogami do góry.Dość dużo tego było, kilka pięter. Udawało mi się omijać przeszkody. Prawie na samym dole meble były tak ustawione, że musiałam je nadepnąć. Zrobiłam to bardzo uważnie, bo przecież to była czyjaś własność. W końcu zeszłam na parter i wyszłam z klatki. Był letni wieczór. Wokoło było dużo zieleni, trawników, krzewów i drzewek. Było też pełno ławek, na których siedzieli ludzie i ze sobą rozmawiali. Gdy mijałam kolejne ławki to niektórzy do mnie zagadywali. Byli serdeczni i mili. Pomyślałam, że jednak nie trafiłam źle i będzie dobrze.

 

Gdy się obudziłam to pomyślałam, że to nie ja śniłam swój sen, ale weszłam w buty kogoś innego. Nigdy nie mieszkałam w domu z ogrodem.  3 razy były to bloki, a 2 razy stare domy.

Czas snu to wydarzenia z przeszłości. Nie jest zielono. Teraz w mieście ulice i parki są betonowane, a drzewa ustawia się w donicach. Ponieważ nie mają korzeni więc szybko usychają. I ciągle kupuje się nowe. Wszędzie beton.

Atmosfera we śnie była zupełnie inna. Ludzie byli życzliwi do siebie, pomocni, choć biedni. Teraz tak nie ma.

Ciekawe, ale dzisiaj w ciągu dnia spotkałam kilkunastu sąsiadów. Zwykle 1-2. To chyba dlatego, że poniedziałek będzie wolny i wszyscy ruszyli na zakupy.

Było miło :)

 

 


środa, 10 sierpnia 2016

Wczoraj zasnęłam na lewym boku. Tak dla sprawdzenia, czy rzeczywiście pozycja zasypiania ma znaczenie. U mnie tak to działa. Śniłam i zapamiętałam.

Byłam w jakiejś wsi. A właściwie na łonie natury. Miałam sprawdzić, jaka jest przyczyna, że wszystko słabo rośnie. Nie jestem pewna czy byłam sobą, ale chyba byłam mężczyzną. Byłam szefem. Rozkazywałem ludziom, a oni robili wszystko co kazałem. Musiało coś być z ziemią nie w porządku skoro drzewa słabo się ukorzeniały, a uprawy były słabe. Nie była to wina ziemi, bo ona była doskonała. Kazałem ludziom kopać. I oni kopali. Zrobili coś podobnego do odkrywki w wykopaliskach archeologicznych. Nie musieli długo kopać. Po odkryciu ok. 2 metrów pojawił się chodnik. Naprawdę wyglądał jak chodnik, bo był zbudowany z kostek. Ale był piękny. Kafelki były równiutko położone, czyściutkie i ten kolor! Kostki były koloru czerwonego, błyszczące. Kolor podobny do domów w Chorzowie, moim rodzinnym mieście. Tam cegły miały inny, bordowy kolor.


Ten chodnik był bardzo porządnie wykonany i z doskonałego materiału. Zdziwiło mnie to, że przetrwał w stanie nienaruszonym tyle lat. Nie mam pojęcia w ciągu ilu lat przybyło 2 metry ziemi.

Wszystko było jasne. Plony były słabe, bo korzenie nie mogły się przebić przez ten wspaniały chodnik, który działał jak zapora. Pomyślałam, że to był chodnik, ale to wyglądało jakby ktoś wcześniej zabetonował całą ziemię, a potem przysypał czarną ziemią. Oczywiście dostałem pochwały, że rozwiązałem problem. A ja po prostu czułam, że tak trzeba było zrobić.

Ewidentnie moja dusza marzy o pięknych rzeczach. W realu wszystkie chodniki w mieście są brudne. Co 5 lat są wymieniane na jeszcze gorsze. Nie mają żadnej ochronnej powłoki i wystarczy splunąć, żeby ślad został na wieki wieków. Taki produkt zawsze wygrywa przetargi. Za każdym razem. Nie mam na to żadnego wpływu.

To też tęsknota za dzieciństwem, a może za dziadkami Ślązakami. Wszystko jest możliwe.

Gdy zasypiam na wznak to nic mi się nie śni.

Wykorzystałam zdjęcia ze strony http://www.sktj.pl/epimenides/globtrot/rumunia08_p.html 

Jak tylko je zobaczyłam to pomyślałam, że właśnie tam byłam.

 

 


wtorek, 09 sierpnia 2016

Zasnęłam na prawym boku, więc coś mi się przyśniło. ;)

Spotkałam się ze znajomym. Spotkanie było dzisiaj, bo ja wyglądałam jak teraz. Znajomy wyglądał jak kiedyś, naście lat temu. Zupełnie mi to nie przeszkadzało ani nie dziwiło. Rozmawialiśmy, mieliśmy gdzieś pójść. Ale ja nie mogłam się skupić, bo czułam dziwny zapach. Był bardzo intensywny i niepokojący. Były to jakieś perfumy, nawet ładne, ale nie dla mnie. Nie mogłam się zorientować kto tak pachniał, ja czy znajomy. A może ktoś inny?


Obudziłam się i dalej czułam ten zapach. Spojrzałam w otwarte okno, może to stamtąd tak pachnie? Poszłam do łazienki, a gdy wróciłam po zapachu nie było śladu.

Pierwszy raz czułam we śnie jakiś zapach. Dziwne uczucie.

Ten sen nic nie znaczy, bo w ostatnim tygodniu odwiedziłam 2 perfumerie i kupowałam perfumy na prezenty. W krótkim czasie obwąchałam kilkanaście papierków. Nic dziwnego, że musiałam to odreagować.

A perfumy kupiłam oczywiście oryginalne, drogie, intensywnie i długo pachnące. Mogłam kupić tańsze o 200 zł, ale papierek po minucie już nie pachniał. Kupiłam te, które znałam i zamierzałam.

Ciekawe w tym śnie było to, że po obudzeniu ciągle czułam ten zapach w domu. Nie mogę tego rozgryźć.

 

 


czwartek, 28 lipca 2016

Wiedziałam, że coś mi się przyśni. Ostatnio zasypiałam na wznak, żeby płyny mózgowe mogły wypłukiwać co tam chcą. ;)

Wczoraj zasnęłam o 0:30 na lewym boku. Tak z ciekawości, czy moja teoria się sprawdzi.

Byłam na jakimś spędzie. W swojej karierze byłam na wielu takich wyjazdach. Przez kilka godzin siedzi się i słucha wykładów, albo samemu się produkuje. A potem się imprezuje. Zwykle było wielu utytułowanych, znanych, na stanowiskach ludzi. Często po swoim wykładzie wracałam do domu, choć opłacone było kilka dni, bo czekało dziecko.

Otóż byłam w jakimś hotelu. Było wiele pokoi, a ja szukałam swojego.

Nie miałam identyfikatora i to był problem, bo nie wiedziałam gdzie będę spać. Wchodziłam do kolejnych pokoi nie pukając do drzwi. W każdym ktoś był, zwykle jakieś pary. Prowadzili jakieś rozmowy biznesowe, tajne, spiskowe, na pewno nie towarzyskie. Chyba miałam na głowie jakąś lampkę, bo gdy wchodziłam to robiło się jaśniej, oni patrzyli na mnie, a potem wracali do rozmowy. Trochę posłuchałam co mówią i szłam dalej ciemnym korytarzem. A potem wchodziłam do kolejnego pokoju i sytuacja się powtarzała – najpierw przerywali rozmowę, patrzyli na mnie, a potem wracali do rozmowy między sobą. Nie zwracali na mnie uwagi. Na pewno nie byłam niewidzialna. Osoby siedziały w półmroku, a gdy wchodziłam to robiło się jaśniej. Obeszłam wiele pokoi, ale tylko na jednej kondygnacji. Nie zauważyłam schodów, ani windy. Moim problemem był brak identyfikatora, bo dzięki niemu wiedziałabym gdzie mam iść spać. Bez niego byłam bezimienna, bez swojego miejsca. Pogaduszki i knowania w pokojach zupełnie mnie nie interesowały. Ja chciałam spać w swoim pokoju, a bez identyfikatora było to niemożliwe. On był moim problemem. Nie wiedziałam jak się tam znalazłam, ani dlaczego go nie mam. Wiedziałam, że bez niego nie powinni mnie byli tam wpuścić. A jednak weszłam do tego hotelu. I nie byłam intruzem. Tylko żadna z tych rozmów mnie nie zainteresowała na tyle, żeby się dołączyć.

Obudziłam się. Na zegarku była godzina 02:22:22. Aż się uśmiechnęłam. Dziwnie krótko spałam, a już była faza REM? Zapaliłam lampkę i zapisałam kilka zdań o moim śnie. Z doświadczenia wiem, że jak nie zapiszę choć kilku słów, to zapomnę sen. Na jawie zostało mi pytanie: dlaczego nie mam identyfikatora, skąd go wziąć, jak ja sobie bez niego poradzą, gdzie będę spała w obcym miejscu.Po przeczytaniu jednego zdania wyświetlił mi się cały sen. W domu mam kilkanaście takich przypinek, mogłabym sobie sama wypisać.

Dobrze, że zapisałam sen, bo rano miałam amnezję.We śnie mam dziwny charakter pisma, prawie nieczytelny.

Przeczytałam kilka moich snów z tego bloga. Tytuły nic mi nie mówiły. Czy to na pewno moje sny? Ale po przeczytaniu kilku zdań przypominałam sobie każdy sen ze szczegółami. Mózg jest niezwykły.

Nieustająco mam dobry nastrój. I dalej nie znam jednej przyczyny. Nieustająco gdy się budzę czuję wdzięczność choć nie wiem przecież co mnie spotka każdego dnia. Czy mi już tak zostanie?

 

 


środa, 01 czerwca 2016

Tuż przed zaśnięciem myślałam o tym, że wszechświat jest tak ogromny i pusty. Jakie to marnotrawstwo przestrzeni. I jeszcze wszechświat się rozszerza, jakby mu było mało, jakby nie mógł czegoś pomieścić.

Zasnęłam nie znajdując odpowiedzi.

Leżałam na wznak na łóżku. Materac i pościel były granatowe. Kolor był perfekcyjny, idealny. Miałam kiedyś spódnicę z aksamitu w takim kolorze. Materac też był idealny, taki jaki miał być, żeby było mi super wygodnie. Łóżko w rogach miało coś białego, może nogi, a może coś co zaznaczało koniec boków. Łóżko stało na jakimś tarasie. Może to była łąka, albo 100 piętro drapacza chmur. Wokół nie było nic. Patrzyłam w niebo, które było granatowe. Było widać miliony gwiazd. Leżałam i dalej zastanawiałam się dlaczego wszechświat jest pusty i komu potrzebna jest taka przestrzeń. I usłyszałam obok mojej głowy jak ktoś mówi, że wszechświat wcale nie jest pusty, tylko ja nic nie widzę. OK, ja mogę nic nie widzieć, bo nic w tym kierunku nie robię, żeby widzieć coś czego nie ma. Ale inni, doświadczeni, albo naukowcy musieliby coś widzieć. Usłyszałam, że to kwestia wibracji. I zaczęłam się zastanawiać o co chodzi. Ten ktoś był oszczędny w słowach i nic mi nie chciał więcej powiedzieć. Nawet nie wiem czy ktoś był obok mojej głowy, bo cały czas patrzyłam w niebo. Pomyślałam, że chyba mam negatywne wibracje albo niskie, gęste i ciężkie energie, dlatego nie mogę wibrować. I usłyszałam, żeby nie oceniać i że energia to energia. Ani dobra ani zła. Przypomniałam sobie o drganiach. Gdy macham bardzo szybko ręką, to nie widać ręki. Gdy macham wolno to widać wszystko. Zamknęłam oczy fizyczne i pomyślałam jak to jest tak drgać całym ciałem. I zniknęłam. Nie było mnie widać, bo moje ciało drgało bardzo szybko. Na zawołanie, bez żadnych ćwiczeń. I wtedy pojawił się wzrok wewnętrzny, który wychodził z tyłu głowy. I zobaczyłam tłumy różnych energii, które pływały w przestrzeni. Były długie i krótkie, proste i poskręcane, wolne jak meduza i szybkie jak owsiki, szerokie i wąskie, białe, szare i kolorowe, różnorodne nie do opisania. Zrozumiałam, że mówienie o negatywnej energii nie ma sensu, bo energia to energia. Gdy przeniosłam wzrok na ziemię i okolicę łóżka to zobaczyłam budynki, których nie było obecnie, ale były wcześniej i później. Zobaczyłam ludzi. Nie znałam ich, ale zobaczyłam też kogoś znajomego kto już umarł. Widzenie wewnętrzne miałam nieostre. Gdy postanowiłam się przyjrzeć dokładniej tym ludziom i zobaczyłam, że to zmarli, to się przestraszyłam.

Obudziłam się.

Dziwnie się poczułam. Czy to co widziałam mogło mi się przywidzieć? Może to wytwór mojego mózgu, który szukał uzasadnienia moich myśli? Strach hamuje poznanie.

To co ważne w tym śnie to wibracje i kosmos. W sennikach nie ma snu o wibracjach, a kosmos interpretowany jest pomyślnie. Dla mnie to za mało.

Czy można wibrować jak się chce na zawołanie? Ostatnio się ważyłam i pomyślałam, że przydałoby się schudnąć 3 kg. Wtedy poczuję się lepiej. Czy gruby człowiek może szybko wibrować? Może, bo to nie zależy od ciała fizycznego. Wystarczy tylko chęć i już. We śnie wszystko jest możliwe.

Człowiek jest energią, ale wibrującą wolno. Dlatego nie widzi innych energii wokół. I ocenia. Ty jesteś dobry, ty zły, ty mistrz, ty uczeń, ty głupi, ty mądry. To hamuje.

Wszędzie wokół wszystko wibruje, panuje nieustanny ruch. Nic nie stoi w miejscu.

Człowiek jest podatny na wibracje z zewnątrz. Np. operatorzy młotów pneumatycznych, operatorzy maszyn, często chorują na chorobę zawodową zw. zespołem wibracyjnym. Mają zaburzenia krążenia, drętwienie lub mrowienie w palcach rąk, zniekształcenie stawów, nadmierne zmęczenie, bezsenność i rozdrażnienie. Takie wibracje nie są korzystne dla człowieka.

Mówi się też o wibracjach liczb. Pitagorejczycy odkryli czystą liczbę i jej istotę, która jest niezmienna i wieczna. Jedynka zawsze będzie jedynką, a trójka trójką. Liczby "mówią", wibrują w pewien określony sposób, nie sposób ich pomylić.

Słowo "kosmos" powstało w Kroton (płd. Włochy), w Szkole Mistycznej Pitagorasa. Pitagoras zauważył, że wszystkie prawidłowości kosmosu mają na ziemi swoje odpowiedniki, analogie i można przedstawić je jako drgania, wahania. Człowiek jest nieodłączną częścią, wzorem tych drgań, wahań, które wykształciły się w jego rytmie życia i można je wyrazić w liczbach. Wahania i drgania działają nie tylko na płaszczyznę materialną, ale też duchową.

Pitagoras powtarzał swoim uczniom, żeby nie zbaczali z drogi. Na tej ścieżce może wydarzyć się wiele wspaniałości, niektóre zachwycają, niektóre niepokoją, niektóre utrudniają zrozumienie, ale trzymajcie się liczb, szukajcie wytrwale liczb, zapewnią wam drogę, w liczbach odnajdziecie klucz do kosmosu. Bądźcie pewni: obliczenia, które robicie, będą bez reszty się rozwijać i uzupełniać tworząc całość. Za pomocą liczb można odkryć powiązania mikrokosmosu z makrokosmosem.

Pitagoras mówił, że "liczba jest istotą wszystkich rzeczy". Wszystko ze sobą się połączyło.

Przesłanie snu: odkrywaj dalej prawidłowości tego świata. :) Nikt mnie wybrał do tego zadania.

 

 



czwartek, 21 kwietnia 2016

Dziwny sen, dziwny dzień.

Pierwsza wiadomość poranna o 9:50 - Prince nie żyje (tmz.com).


Straszna wiadomość, jakby zmarł ktoś z rodziny. Nie do uwierzenia. Nasze media jak zwykle mają opóźnienie.

Nie ma przypadków. Tydzień temu wpadła mi w ręce płyta Musicology. Oglądałam książeczkę, rysunki i pomyślałam, że wiele nas łączy, o czym zapomniałam. Podobne przyciąga podobne. Miałam napisać o jego talencie i mojej miłości, ale chciałam poczekać do 7 czerwca, do dnia jego urodzin. Tak w prezencie. Część już mam. Może opublikuję. I od 10 dni codziennie słuchałam tych utworów. W kółko. W radiu go nie puszczają. 15 kwietnia gdy składałam siostrze życzenia urodzinowe przez telefon to czytałam wiadomość (dailymail.com), że Prince źle się poczuł po koncercie w Atlancie i jego samolot awaryjnie lądował w Illinois. Ale potem niby wszystko było w porządku, bo koncertował dalej. Ciekawe – miał 157 cm wzrostu i zmarł w wieku 57 lat. Nie zostawił potomka, bo jego syn zmarł tydzień po urodzeniu. Pierwszy ślub wziął w walentynki 1996 roku. Od 15 lat był świadkiem Jehowy. Miesiąc temu zaczął pisać wspomnienia. Jakby coś przeczuwał. Miał grypę. Jego muzyka pojawiała się w moim życiu w ważnych dla mnie momentach. Nie mogę o nim zapomnieć. Jest mi smutno. Nie jestem żadną fanką czy wyznawcą, ja go po prostu kochałam. Jego muzyka mnie poruszała. (The Beatles nie słucham, nic dla mnie nie znaczą).  Ludzie kupili 100 mln jego płyt. Mega talent i fascynująca osobowość.

 

A teraz sen.

Wprowadzenie. Byłam w dużym piętrowym domu. Miał wiele pokoi, prawie jak zamek. W tym domu mieszkałam razem z mężczyzną. Był mi bliski, ale nie wiem czy to mąż czy przyjaciel. Wiele nas łączyło, wiele lat byliśmy ze sobą. Chyba był naukowcem, bo pracował w domu. Coś jak ja w realu ;)  Nie przypominał mi nikogo z mojego prawdziwego życia.

To wszystko zrozumiałam w ułamku sekundy na początku snu. Nie wiem kim byłam we śnie, bo chyba nie księgową ;) Księgowe nie mieszkają w zamku ;))) Zresztą kto by chciał mieszkać w zamku. Musiałabym codziennie być w każdym pokoju, żeby obdarować go swoją energią. Mam rolki, dałabym radę ;) Bo inaczej dom zabrałby moją. Duże domy potrzebują dużo energii.

Byłam w jednym pokoju na piętrze. Wyglądał jak gabinet, czy pokój do pracy. Na ścianie wisiała tablica. Nie spotyka się w domu czarnych tablic szkolnych, a tu taka była. Pisało się na niej kredą.

Ta tablica była cała zapisana. W innym pokoju była kolejna tablica na ścianie i też zapisana chyba przez mojego męża. Był to tekst i liczby, ale więcej tekstu. Na dole każdej tablicy były liczby schowane w tekście, które skojarzyły mi się ze współrzędnymi. Niezbyt dobrze pamiętam te liczby, bo skupiałam się na czym innym.

Do pokoju wszedł mój mąż. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Zaczęliśmy rozmawiać, ale raczej to on mnie wypytywał. Chciał się dowiedzieć czy ja odkryłam te liczby i czy komuś o tym powiedziałam. Liczb było wiele na tablicach, ale akurat te przyciągnęły moją uwagę. To tak jak na coś patrzysz a to coś "wysuwa się" na spotkanie z tobą. Inne rzeczy pomijasz. Ty wiesz co jest ważne. Udawałam, że nie wiem o jakie liczby chodzi. Lubię wszystkie liczby. Te odkryte przeze mnie liczby były zapisane inaczej i skojarzyły mi się ze współrzędnymi. Wydawało mi się, że one oznaczały jakieś miejsce, w którym miało się coś stać. Wiedza o tym była zabójcza. Nikt o tym nie miał wiedzieć. Moje życie zawisło na włosku. Oczywiście powiedziałam, że rozmawiałam z kimś o liczbach, bo nie wiedziałam co o tym myśleć. Nie podałam nazwiska. Ale mógł sprawdzić do kogo dzwoniłam, bo telefon "prawdę ci powie".


Mój mąż już postanowił co się ze mną stanie. Wiedział, że ja wiem i ja wiedziałam, że on wie, że ja wiem. To była gra. Powinnam się bać, ale ja byłam spokojna. Nic mnie nie przerażało. Zaczęłam się zastanawiać, w czasie gdy on mówił, że mieszkamy ze sobą tyle lat, znamy się, a właściwie nic o nim nie wiem. Czy on jest przestępcą i coś planuje? Przecież ja w żaden sposób mu nie zagrażam. Za mało wiem. Skoro on dał znać, że to ważne to dopiero teraz będę drążyć temat. On wyszedł z założenia, że najlepiej coś ukryć na wierzchu i zapisał te współrzędne na dwóch tablicach. Tylko, że ja lubię liczby i one mnie przyciągają. Umiem zauważać nic nie znaczące detale i je łączyć.

Chyba nadszedł mój kres. Jego oczy zrobiły się zimne, puste, świdrujące. Ja też patrzyłam na niego, ale nie bałam się. On chyba był rozczarowany, że ja nie błagam o litość, nie chcę go oszukać, czy coś takiego. Ja po prostu pogodziłam się z tym. Na każdego przychodzi czas. Widocznie zginę z ręki mojego ukochanego, który okazał się kimś zupełnie innym. Dalej rozmawialiśmy, ale to już była gra. Zaczęłam się nawet zastanawiać jak on mnie zabije. A może nie on, tylko ktoś inny. Byłam spokojna. A mąż ciągle mnie wypytywał, ale to już była formalność i zagadywanie czasu. Dowiedział się wszystkiego. Mój los go nie obchodził. Próbowałam się dowiedzieć znaczenia tych liczb, ale nic mi nie powiedział. Wystarczyło, że zwróciłam na nie uwagę i w ten sposób wydałam na siebie wyrok.

Często zastanawiam się jak bym się zachowała w różnych ekstremalnych sytuacjach. Teraz wiem.

Człowiek dąży do wiedzy, a wiedza zabija.

Nie doczekałam się śmierci. Nie wiem jak zginęłam. Obudziłam się. O 9 rano, bo położyłam się o 1:10.

W tym czasie ja nie umarłam, a umarł Prince.

 

Idę się upić. ;(

Noc długa, bezchmurna, widno jak w dzień. Nie zasnę chyba.

 

 


czwartek, 07 kwietnia 2016

To najkrótszy sen, jaki mi się kiedykolwiek śnił.

Stałam w pokoju i spojrzałam w okno. Zauważyłam, że coś kapie z wyższego piętra. Wyszłam na balkon, może to deszczyk. A tam sąsiadka wystawiła za balkon skrzynkę, coś zasadziła i obficie podlała. I to ze skrzynki kapało na mnie.

Gdy spojrzałam w bok, na sąsiedni balkon to zauważyłam podobną skrzynkę, a w niej trawnik. Tak było we wszystkich balkonach, które mogłam zobaczyć. Wszędzie były skrzynki, a w nich zamiast kwiatków była tylko trawa. I to ładnie przystrzyżona. Zupełnie jak trawnik w kilkunastu kawałkach.

Pomyślałam, że to dziwne, żeby wszyscy jednego dnia wywiesili skrzynki na balkonach i zasadzili trawę.

Obudziłam się.

Nie byłam pewna czy to był sen, więc od razu poszłam na balkon. To był sen. Na sąsiednich balkonach  nie było skrzynek z trawą, a nawet bez trawy i bez kwiatków. Nie było nic, jak wczoraj i wcześniej.

Za to gdy poszłam do łazienki to na suficie zauważyłam zaciek i krople wody. To moja sąsiadka mnie zalała. Skąd ja mogłam to wiedzieć we śnie?

Jak się mieszka w bloku to trzeba się liczyć z innymi. To nie domek, w którym nikt inny nie mieszka. A sąsiadka zalewa mnie regularnie, a ja jej zwracam uwagę, ubezpieczyciel mi zwraca kasę, ja maluję, aż do następnego razu. Czy można się do tego przyzwyczaić?

I kolejni znajomi wrócili do miasta ze wsi. Kilka lat temu wydawało im się, że mieszkanie na wsi to szczyt ich marzeń. Po roku już mieli dość, ale nie było chętnych do kupna czy zamiany. Teraz udało im się sprzedać dom. I są szczęśliwi. Ludzie miastowi powinni mieszkać w mieście. Nie zdają sobie sprawy, że to jest ich miejsce. A znajomych ta prawda kosztowała 6 lat straconego czasu. Przecież nie muszą mieszkać w bloku. Ostatnio byłam z wizytą w apartamencie 90 m, taras 70m2. Piękne. I też ktoś mieszkał nad i pod. Można tak żyć w mieście.

Gdyby mi ktoś dawał za darmo pałac na wsi, to odmówiłabym. Ja jestem miastowa i bez ludzi umarłabym. Muszę się spotykać i rozmawiać na żywo. To daje mi energię i szczęście. Wiem co jest dla mnie dobre, nie muszę sprawdzać i tracić czas.

Ważni są ludzie, a nie miejsce.

Bez ludzi każde miejsce niszczeje i umiera. Dobrze to widać w moim mieście.

 

 


 
1 , 2 , 3 , 4
bajka107@gazeta.pl