Życie to wszystko co mam :

Sny i wizje

sobota, 14 października 2017

Po wczorajszej akcji z odkurzaczem wpadłam na pomysł, żeby okadzić kuchnię białą szałwią. Przy okazji dym rozprowadziłam po całym domu. Gdy przyszła pora snu, trzeba było wywietrzyć mieszkanie, bo było siwo.

Okadzony umysł wyprodukował taki oto sen:

Był wieczór. Kupowałam coś od handlarza, który stał na ulicy. Żeby do niego podejść musiałam wejść po 3 szerokich stopniach. Wokół nikogo nie było, tylko on i ja i półmrok.

Kupiłam jakieś warzywa i dałam mu 200 zł. A on mi wydał 100 zł i inne banknoty i drobne. Spojrzałam na banknot 100 złotowy i się zdziwiłam, bo był fioletowy. Kolor był ładny, intensywny, zwracający uwagę, jakby prosto z drukarki, nieużywany w obiegu. Przecież nie ma u nas banknotu o takim nominale w kolorze fioletowym. Świadomie go wzięłam, choć wiedziałam, że jest fałszywy. Na drugi dzień rano w samoobsługowym sklepie znowu coś kupowałam i podałam kasjerce fałszywy banknot. A ona spytała skąd go mam. Odpowiedziałam jej, że dał mi go uliczny handlarz. Odebrałam go od niej i dałam jej prawdziwe pieniądze. A potem poszłam na policję zgłosić przestępstwo. Spisywali mnie długo, a ja cierpliwie wyjaśniałam całą sytuację, opisywałam handlarza, specyficzne miejsce itd. Oczywiście dowód przestępstwa zostawiłam i poszłam do domu. Przez cały czas byłam spokojna i wyluzowana. Wiedziałam, że jestem niewinna i nic mi nie będzie. W końcu wszędzie są kamery. Jest dowód mojej prawdomówności.

Od początku snu wiedziałam, że to sen. Bo ja nigdy tak się zachowuję. Gdy kupuję warzywa na bazarze to mam banknoty o niskim nominale. W sklepie zawsze płacę kartą. I na pewno nie wzięłabym do ręki fioletowego banknotu, chyba, że byłabym w UK (20 funtów ma taki kolor). Piękny kolor fioletowy miał zwrócić mogą uwagę i chyba nie ma znaczenia. To dlaczego nie był żółty lub czerwony? Takie banknoty byłyby dziwne.

Właściwie to sen bez znaczenia. Wczoraj przypomniał mi się przyjaciel mojego eks, który zmarł 2 lata temu. Moja mama nie wiedziała, że on nie żyje, a ja myślę, że ona o tym zapomniała. Ten przyjaciel jeździł po bazarach i oszukiwał ludzi w 3 karty. Zarobił sporo szmalu i wszystko przepił, a potem umarł na ulicy jako bezdomny. To była ważna osoba dla naszej rodziny i wszyscy go znali. To w końcu świadek mojego męża na naszym ślubie.

Cały sen to wczorajsze pogaduchy z rodzicami. Pieniądze to przecież forma energii.

Na wszelki wypadek dzisiaj byłam ostrożna.

Dzień zaczął się od dzwonka domofonu. Jakaś Agnieszka chciała zdradzić mi, co robić, żeby podobać się Bogu. Ciągle istnieją domokrążcy. Dobrze, że jest bariera w postaci domofonu i nie muszą już wchodzić na górę. Akurat mój Bóg mnie kocha, a czy mu się podobam czy nie, to jest mi obojętne. Miłość jest ważniejsza niż ładność.

Potem zakupy na bazarze. Gdy poprosiłam o 2 kg jabłek to pan dał mi siatkę, żebym sama sobie wybrała, bo on nie umiał wybrać średnich i czerwonych. Gdy nałożyłam i pan sprawdził ich wagę to okazało się, że jest dokładnie 2,00 kg. Waga elektroniczna, więc dokładna ;) Pan stwierdził, że „mam oko”. A ja mam 2 oka, jak wszyscy. Mogłabym pracować w handlu. Wiedziałam, że nie dam się oszukać.

Potem byłam świadkiem stłuczki. Samochody skręcały w prawo, jechały wolno. Gdy nagle jedno auto zahamowało to kolejne na niego wjechało. Nic wielkiego, bo był tylko odgłos łamanego plastiku. Są kamery i satelity, więc ktoś chyba zadzwonił po patrol.

 

Sen opowiadał bliską przeszłość i bliską przyszłość. Wszystko OK.

 

Super dzień. A jednak mi czegoś brakowało. Muszek!!! To pierwszy dzień bez muszek ;)))

Jak szybko człowiek się przyzwyczaja.



piątek, 15 września 2017

Sen bez akcji. Miałam o nim nie wspominać, a jednak po coś mi się przyśniła ta lala.

 

Byłam w jakimś mieszkaniu. Kogoś odwiedziłam. Otworzyłam drzwi do pokoju, a w nim na łóżku siedziało małe dziecko. Gdy przyjrzałam się bliżej to okazało się, że to lala. Była nieruchoma.

Lala była z tych niedzisiejszych. Była grubiutka jak małe dziecko. Miała na sobie słodką sukienkę, a na głowie ażurową czapeczkę zrobioną na szydełku. Podobną lalkę widziałam jako dziecko u mojej łódzkiej prababki, a byłam u niej tylko raz.

Nie jestem pewna czy to miał być mój pokój, czy tylko ktoś mi go pokazał. Miałam podziwiać lalę.

I to koniec.

Prawda, że to sen o niczym.

 

Zdjęcie prezentuje lalkę, która jest moją własnością i siedzi na moim łóżku. Jest zupełnie inna niż we śnie. Nie zachęca do podziwiania.

Wg sennika lalka zapowiada powiększenie rodziny. Mało wiarygodne tłumaczenie, bo dziecko w rodzinie pojawiło się 2 miesiące temu i nikt już tego nie przeżywa.

Lalka może symbolizować moje dzieciństwo, ale ja nie bawiłam się lalą, którą widziałam we śnie. To była lala do oglądania, a nie do zabawy. Jak w muzeum – oglądaj i podziwiaj, ale nie dotykaj eksponatów.

Może to chęć powrotu do czasów dzieciństwa?

Nie mam czasu na zastanawianie się nad tym. Świat dba, żebym miała zajęcie 20 godzin na dobę.

 

Dostałam środki czystości z UK i rzuciłam się w wir sprzątania i prania. Efekty są jak w reklamach: czyste po jednym praniu, czyste po jednym pociągnięciu szmatką.

Życie w różnych krajach powoduje, że jest coraz mniej wspólnych tematów do rozmowy.

Nikt już nie ma czasu na czytanie książek, a proza życia i czas spędzony w pracy nie pozwala na więcej aktywności. Trzeba zaakceptować to, że nadajemy już na innych falach.

 

Ojciec jest już po drugiej operacji na zaćmę. Robił to ten sam lekarz, w tym samym szpitalu, ale teraz za pieniądze nfz, a nie nasze. Ciekawe, że odkąd zaczął brać tabletki na obniżenie cholesterolu to wzrok mu się bardzo pogorszył. Ale nie ma na ten temat badań, bo kto by się przejmował ludzkim życiem. Jest praktyka.

W tv Maryla Rodowicz. To jest prawdziwa artystka, której piosenki zna większość ludzi w Polsce. Śpiewa już 50 lat, przeżyła wiele rządów i wiele widziała. Co ona robi, żeby utrzymać się na rynku? Rządy się zmieniają (oficjalnie), a ona śpiewa swoje piosenki i bawi ludzi. Chciałabym, żeby napisała książkę o swoich spotkaniach z ważnymi ludźmi. Np. bardzo interesuje mnie jak pachniał Fidel Castro. Może ktoś wie? Gdy spotkam Marylę (Marię Antoninę) to ją zapytam, może pamięta. Fidela nie spotkam, bo nie żyje od ponad 10 miesięcy (zm. 25.11.2016 r.). Miał 90 lat, więc nie okaże się, że nie umarł. Jak Mandela. Gdy zmarł to byłam przekonana, że on od dawna nie żyje. Pamiętałam nawet nagłówki gazet i transmisję z pogrzebu. A potem się okazało, że to nieprawda, bo on żył jeszcze lata. Nie zwariowałam, bo jest wiele takich osób na świecie.

Jesteśmy z innego świata. Tak działa Transerfing ;)

Sonia Braga – latynoska aktorka, powiedziała w jednym z wywiadów, że „z góry decyduje się kto będzie znany, a kto nie. Jedna z oscarowych nominacji zawsze musi być zarezerwowana dla Meryl Streep.” Ciekawe, nie patrzyłam na ten cyrk w ten sposób. Sonia Braga zagrała wiele ról, ale najbardziej była znana z romansów z Robertem Redfordem czy Clintem Eastwoodem. Ostatnio ciekawie grała w filmie Aquarius (2016).

A więc kto zdecydował o karierze Maryli?



poniedziałek, 24 lipca 2017

Obserwowałam kontener na jakimś parkingu. Z wysokości, ale nie mam pojęcia czy na czymś stałam czy siedziałam. Raczej moja świadomość tam była i unosiła się w powietrzu. Czekałam na coś, co miało się wydarzyć. Kontener był trochę oświetlony, ale niewyraźny. Inne kontenery stały dalej. W pewnej chwili przyszedł mężczyzna. Bardzo znany, ze szczytu władzy, wszyscy go znają. Nie podam nazwiska, bo po co. Był sam, bez ochrony. Otworzył drzwi konteneru i zobaczyłam, że tam są kilkuletnie dzieci. Nie widziałam je, ale słyszałam taki szmerek rozmów, jak w przedszkolu. On wszedł zamknął drzwi za sobą. I wtedy struktura konteneru jakby się rozluźniła i widziałam co się dzieje w środku. On się zmienił w zwierzę i zjadł wszystkie dzieci. Zrobiło się cicho. Kontener zgęstniał i dalej nic nie widziałam, więc gdzieś poleciałam.

kontener3
Po obudzeniu poczułam niesmak. Jednak ten sen nie zrobił na mnie dużego wrażenia, chociaż zginęły dzieci. Bardziej mnie zachwyciła umiejętność widzenia przez ścianę kontenera. Bo ona nie zrobiła się szklana, czy przezroczysta, a jakby materia się rozrzedziła, atomy się od siebie oddaliły. Widziałam równocześnie i kontener i to co było w środku.

Sen dziwny i głupi i nie mam zamiaru dochodzić jego znaczenia. Po co.

Najlepsze było potem, w ciągu dnia. Otóż, momentami czułam piękny zapach. Na kilka dni wyjechałam pooddychać innym powietrzem. Bez tv i internetu. Ubrania raczej nie pachniały, a właściwie zalatywały stęchlizną czy wilgocią. Czekają, żeby je wyprać. Szukałam źródła zapachu. Wąchałam różne rzeczy w każdym pomieszczeniu. Wszędzie coś pachniało. Czułam lawendę, cytryny, maciejkę, mydła i proszki w łazience, spoconą rękę, zakurzony koc, pościel czekającą na wypranie, herbatkę owocową, oddech, coś z zewnątrz itp. Nie znalazłam nic co by przypominało ten zapach. Właściwie powinno być czuć bałagan. Czeka mnie kilka dni porządków, więc będzie pachniało, ale jak skończę.

A zapach był świeży, czysty, trochę jak mydło, jak wiatr. Oddychałam tym świeżym zapachem przez cały dzień. Doszłam do wniosku, że pachnie mi wnętrze nosa, te małe włoski, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Chyba, że z innego wymiaru, co jest mało prawdopodobne. Zapach był przy mnie, obojętnie gdzie byłam. Nic co miałam na sobie tak nie pachniało.

Ciekawe jak będzie jutro, czy mi to zostanie na dłużej.




 

wtorek, 11 lipca 2017

Muszę uważać co oglądam przed snem.

 

Byłam w jakimś sklepie – butiku. Stałam na środku, bo nie było lady. Pełno półek wokół i lekki półmrok. Ktoś wszedł i kierował się w moją stronę. Gdy był blisko mnie rozpoznałam w nim kogoś podobnego do Johna Travolty. Naprawdę ;)

Wiedziałam, że chce mi zrobić krzywdę. Podszedł bardzo blisko. Zauważyłam, że nie ma noża ani pistoletu i mi ulżyło. Zaciekawiło mnie jak mnie zabije. Może sobie poradzę. Chciał mnie chwycić za gardło, a ja już kombinowałam jakiś unik z krav magi. Wiedziałam, że sobie dam radę. I w tej chwili do sklepu wpadł jakiś koleś, a za nim uzbrojeni i zamaskowani ludzie z sił specjalnych. Powalili Travoltę na ziemię, zakuli w kajdanki i wyszli. Powiedziano mi, że to była pułapka, a ja byłam przynętą. Tylko nic mi nikt nie powiedział. Nikt mnie nie przeprosił, bo przecież nic mi się nie stało. Wszystko było pod kontrolą. Okazało się to był groźny przestępca i wszystkim ulżyło, że już siedzi.

Potem jeszcze musiałam udzielić paru wywiadów i kilka razy opowiadać co się wydarzyło.

Nareszcie mogłam pójść do domu. Z mamą i siostrą poszłyśmy do sklepu. Nic nie kupiłyśmy. Wracałyśmy szeroką ulicą. Było ślisko, śnieg był udeptany. A my trzymałyśmy się za ręce, mama w środku, ja po jej lewej stronie, siostra po prawej. Rozpędzałyśmy się i ślizgałyśmy się po tej ulicy. Było super. Nie wiem jak nam się udało równocześnie ślizgać w jednym rytmie. Było fajnie. O napadzie zapomniałam.

 

Obudziłam się. Było widno. Od razu zachciało mi się śmiać. Bo wczoraj wieczorem, gdy gasiłam telewizor to właśnie leciał film z Johnem Travoltą Punisher. I mnie się przyśniła dokładnie ta scena z filmu. Dobrze, że nie puszczali zwierzęcej kreskówki, bo co wtedy by mi się przyśniło ;) Tylko, że ja przeżyłam.



Nie mam wytłumaczenia na ten śnieg.

W ciągu dnia nic specjalnego się nie wydarzyło. Uciekł mi autobus, bo komunikacja jeździ jak chce. Do pracy dojechałam 2 tramwajami i 4 autobusami. Spóźniłam się tylko 10 minut. Zapomniałam jednego telefonu, którego używam jako radia. Było cicho.

Nie zdarza mi się to. Rozśmieszyło mnie to, bo to ewidentnie „wina” snu. Tak miało być.

Wieczorem wysypałam na podłogę pół puszki groszku. Wyrzuciłam. W sałatce było mniej.

Samo życie. Nikt mnie nie napadł w realu.



poniedziałek, 03 lipca 2017

Ktoś przyszedł. Byliśmy w salonie. I ten ktoś powiedział, że trzeba wymienić gniazdka elektryczne. Trzy. Ja wiedziałam, że trzeba, ale jakoś nikt nie miał czasu, żeby to zrobić. Skąd on to wie? Przecież nie są zepsute tylko stare. I dlaczego trzy skoro są dwa i jeden kontakt do światła.. Coś z tym człowiekiem nie tak. O co tu chodzi? Obudziłam się. Bo robiło się dziwnie. Obcy człowiek mówi mi co mam robić.


Wczoraj na kolację było wino. Urodziła się dziewczynka. Trzeba było uczcić.

Stałam się mniej czujna.

Sen o elektryczności. Mamy 5 snów co noc, a ja zapamiętałam właśnie ten.

Trzy miesiące temu pożegnałam mój ostatni czajnik. Elektryczny. Kupiłam zwykły z gwizdkiem, bo ten się nie spali. Miałam kilkanaście czajników, które nagle przestawały działać. Moja mama mówi, że coś ze mną nie tak. Oni mają trzeci w życiu, a ja chyba 15.

To chyba nie o to chodzi.


Popsuł się kabelek do ładowania telefonu, ale działa. Mam inne, ale ten jest wyjątkowo długi. Może powinnam wyrzucić? Czy to ten kabelek chciał zwrócić moją uwagę?

Dostałam 3 miesiące temu dzwonek bezprzewodowy, ale nikomu nie chce się go zamontować. Mamy domofon, więc wiadomo kto wchodzi. Czekam w drzwiach na gościa. Nie musi dzwonić.

Przecież rzeczy martwe nie mogą myśleć, nie mogą same z siebie pojawiać się w snach i czegoś chcieć.

A może to Nikola Tesla przewraca się w grobie. Przeczytałam właśnie Autobiografię Nikoli Tesli. Szybko się czyta, wystarczył jeden dzień.

Chciał zupełnie co innego. Chciał latających maszyn dla każdego i bezprzewodowej transmisji energii. A Elon nie dość, że nazwał swoją firmę Tesla, to jeszcze zamiast latających samochodów stawia na elektryczne auta. Miała być wolna energia, a będą akumulatory, które zatrują ziemię. I jeszcze drąży tunele pod ziemią, zamiast wylecieć w przestrzeń. Czy on ma mózg czy musk?

Nie takie były wizje genialnego wynalazcy.

Sen bez znaczenia.

 

 

wtorek, 13 czerwca 2017

Rano zapisałam tylko jedno słowo: pampers. I od razu sobie przypomniałam sen.

Byłam w parku albo jakimś ogrodzie. Siedziałam i coś robiłam, opalałam się, czytałam i przebywałam na łonie. Zobaczyłam jakiegoś młodego faceta z wózkiem. W wózku był niemowlak płci męskiej. Nie wiem skąd to wiedziałam. Dziecko leżało w wózku, przykryte kołderką. Spokojnie oddychało i spało smacznie. I ten facet tak chodził z tym dzieckiem wiele godzin. Ja siedziałam i coś robiłam, a on co jakiś czas był w moim polu widzenia. To trwało cały dzień. Od razu wiedziałam, że to sen, bo w realu nigdy nie jestem w jednym miejscu tak długo. Zresztą, które dziecko śpi bez przerwy cały dzień. Gdy tak patrzyłam na tego ojca z niemowlakiem, to zaczęłam się zastanawiać, dlaczego dziecko nie zapłakało ani razu. Dlaczego nie było głodne. A potem zaczęłam się zastanawiać nad pieluszką, którą miało dziecko. Skoro nie płakało to musiało spać w pampersie. Wtedy dziecko załatwia się „pod siebie”, w tym śpi, chodzi, potem bawi się. Dziecko zupełnie ie czuje dyskomfortu. Za to dorośli czują. Zwłaszcza gdy pieluszkę jednorazową dziecko nosi długo. Woń amoniaku jest straszna, tak jak pupa cała wysuszona.

Siedziałam i zastanawiałam się nad tą pieluszką, a facet chodził dookoła z cichym dzieckiem. Miałam ochotę nawet powiedzieć mu, żeby sprawdził, czy dziecko nie ma mokro, ale zrezygnowałam. Jak dziecko nie płacze to jest OK. Koniec.


Do końca czerwca w mojej rodzinie pojawi się dziewczynka, więc może podświadomie wszyscy na nią czekamy. Stąd taki temat snu.

Ciekawe jak szybko pieluszki jednorazowe weszły do domów z dziećmi. W Polsce przynajmniej od 2000 roku są standardem. Wszyscy wiedzą, że takie pieluszki niszczą środowisko. Po zasikaniu takiego pampersa, zwija się go zamykając w środku odchody i taką paczuszkę wyrzuca się do śmieci. Potem trafiają te paczuszki na wysypisko i tam sobie leżą 500 lat.

W reklamach pokazują jakie to pieluszki są wygodne i chłonne. Pokazują też jak niebieski płyn wlewa się do środka i nie wypływa. Jaki kolor mają płyny wydalane przez człowieka? Mocz może być przezroczysty, cytrynowy lub żółty. Mamy też krew, która jest czerwona. Pot zwykle jest biały, podobnie łzy są przezroczyste. Żaden znany mi człowiek nie wydala niczego niebieskiego.

A w reklamach są niebieskie płyny. Skoro w tak prostej sprawie reklamy kłamią, to co jeszcze jest ukrywane?

Konstrukcja oraz skład chemiczny każdej pieluszki, bez względu na markę, są podobne:

  • warstwa zewnętrzna: porowaty polietylen o małej gęstości uzyskiwany z ropy naftowej (ok. szklanki na pieluszkę),

  • wnętrze pieluszki to mieszanka chemicznie przetworzonej, bielonej chlorem miazgi drzewnej z poliakrylanem sodu (bardzo chłonna substancja chemiczna zamieniająca wilgoć w żel) oraz wodoodporna wkładka, która powoduje brak wentylacji w pieluszce,

  • powszechne jest również dodawanie bardzo uczulających sztucznych substancji zapachowych oraz barwników do tworzenia kolorowych aplikacji.

Źródło: dziecisawazne

Można tam przeczytać o wpływie takich jednorazówek na zdrowie maluszków. Alergie, brak odporności nie biorą się znikąd.

Chlorem wybiela się nie tylko pieluszki, ale też tampony dla kobiet, który mają niebieskie płyny ustrojowe. Właściwie to reklama pokazuje, dla kogo są tampony i pieluszki – dla niebieskich ludzików.

Nie ma powrotu do pieluszek tetrowych, ale są pieluszki wielorazowego użytku. Tylko trzeba je prać. Pieluszki takie prało się i gotowało, a potem prasowało w pierwszych dniach życia dziecka. Potem wystarczyło tylko wyprać w wysokiej temperaturze. Takie pieluszki zmieniało się często, bo dzieci nie lubiły leżeć w mokrych majtkach. Pieluszki tetrowe były przewiewne i nie było odparzeń. Używało się mniej kosmetyków i dzieci miały własną odporność. Tamte dzieci szybciej uczyły się załatwiać swoje fizjologiczne potrzeby do nocnika. Teraz nawet 3 latki chodzą w pampersach.

A matki ciągle kupują pampersy i nie zdają sobie sprawy co robią swoim dzieciom. Środowisko jest metodycznie niszczone.

Dla uspokojenia swojego sumienia ludzie czasem robią widowiskowe akcje typu „sprzątanie świata”. To szczyt hipokryzji. Akcje polegają na usunięciu śmieci z pola widzenia, ale one nie znikają. Śmieci pakuje się w worki, które zalegają na wysypiskach. Dlaczego nie uczy się dzieci nie śmiecenia, czyli nie kupowania np. plastikowych butelek. Dlaczego nie ma protestów przeciw nadużywaniu opakowań. Ciastka najpierw pakowane są w folię, a potem w kartoniki i dalej w pudełka. Tak jest z każdym produktem. I coraz więcej jest artykułów jednorazowych. I one nie znikają na setki lat.





sobota, 10 czerwca 2017

Kto jest obrzydliwy to niech nie czyta.

Sen z wczoraj, ale nie byłam w stanie o nim napisać. Musiałam sprawdzić czy wszystko w porządku.

Byłam razem z mamą. Stała z mojej lewej strony i pokazała mi swoją lewą stopę. Była spuchnięta. Zdjęła buty, a jej stopa i palce puchły. I ona mówi do mnie: zrób coś z tym. A ja bagatelizuję jej problem (czasem jestem podła) i mówię, że to nic i że takie opuchnięcie to normalne ?! I patrzę dalej, a jej stopa nadal puchnie i robi się biała. Palce wyglądają jak małe kiełbaski, które zaraz wybuchną, tak są napięte. No to ja mówię, żeby mama sobie nogi wymoczyła to opuchlizna zejdzie. Widzę, że nie bardzo ma siły cokolwiek zrobić, ale zupełnie mnie to nie martwi. I ona nacisnęła jeden z tych nabrzmiałych palców. I popłynęła biała ropa. Ohyda. Wzdrygam się na samo wspomnienie tamtego widoku. Pomyślałam, że sprawa się sama rozwiązała i obudziłam się.


Na zegarze zobaczyłam datę 9:06:2017 godzina 2.34. To dziwne, bo zwykle sny mam nad ranem, a nie w środku nocy. Czy ja zdążyłam wejść w fazę REM? Położyłam się po północy.

Zapisałam ten sen w notesie, z 5 słów, raczej z przyzwyczajenia. Taki sen głęboko zapada w pamięć. Zwłaszcza, że wieszczy jakieś nieszczęście, złą wiadomość itp. (spuchnięte stopy).

Zadzwoniłam do rodziców i wszystko OK. Niepokój pozostał.

Żeby sobie poprawić nastrój poszłam na zakupy. Na osiedlowym bazarku kupiłam kolejne kwiatki – surfinie. Potem zajęłam się sadzeniem w skrzynce. Myśli trochę popłynęły w inną stronę.


Całe szczęście, że nie mam snów proroczych. Nikt nie choruje, więc będzie dobrze.

 


poniedziałek, 15 maja 2017

Właściwie to nie wiem czy mi się coś śniło. Obudziłam się rano i w tej mikrosekundzie przed otwarciem oczu pomyślałam, że pogniotłam swoje skrzydła. Podczas snu. Uczucie było tak silne, byłam tak tego pewna, że chciałam iść do przedpokoju (tam mam duże lustro) sprawdzić jak bardzo się pogniotły. Moje skrzydła były duże, sięgały do sufitu, więc musiały się pognieść. Potem otworzyłam oczy i dotarło do mnie gdzie jestem, jaki mamy dzień tygodnia i że muszę wstać. Oczywiście poszłam do lustra sprawdzić „moje skrzydła”. Zniknęły. Nie dziwię się.

 

Coś musiało się wydarzyć w nocy skoro takie było przebudzenie. Nic nie pamiętam i nigdy sobie nie przypomnę. Czarna zasłona.

Ptaki mają skrzydła, ale śpią na siedząco. A rano rozpościerają skrzydła, machają i wszystko OK.

 

Właściwie to po co człowiekowi skrzydła. Mamy samoloty, więc jak ktoś bardzo chce latać to można wygodnie sobie usiąść i patrzeć z góry. Nie trzeba machać skrzydłami tylko popijać drinki.

Pegazowi dano skrzydła, by trudniej mu było wierzgać

– to słowa Stanisława Jerzego Leca. Jak w życiu. Często dostajemy coś, żeby odstąpić od czegoś i nie iść swoją drogą.

 

Spotkałam dzisiaj panią, która ma nawrót raka. Normalka. Minęło 5 lat i znowu chodzi na chemię. Wypadły jej wszystkie włosy, chodzi z chustką na głowie. Jest słaba i zupełnie nie myśli o swojej odporności. Nie ma siły. Pytałam ją czego by chciała jeszcze w życiu. A ona mówi, że spokoju, o niczym nie marzy. Jej córki podrzucają jej swoje dzieci do opieki, a ona nie ma siły się nimi zajmować. Gdy córki wychodzą z dziećmi, to ta pani leży i śpi, bo nic jej się nie chce. Nie umiem jej zainspirować. Ona chyba chce odejść, ale jest potrzebna dzieciom i wnukom. Długo tak nie pociągnie. Ona nie widzi swojej przyszłości, jakby jej nie miała. Czy skrzydła by jej pomogły? Dam jej swoje.

A mówi się, że

Pokochaj przyszłość, a wyrosną ci skrzydła.

Gdy widzisz przyszłość to chce ci się żyć. Możesz mieć różne plany, ale jak „widzisz je” to osiągniesz sukces.

O kimś komu wiedzie się coraz lepiej mówi się, że

Rozwinął skrzydła.

Czyli jego pole się powiększyło, bo przecież skrzydła zajmują dużo miejsca. Mając skrzydła nie musisz nikomu płacić za bilet, chcesz lecieć to lecisz. Dokądkolwiek.

To tylko słowa.

Zwiąż Aniołowi skrzydła, a siłą wiary wzleci.

 

Więc nie ubolewam nad brakiem skrzydeł. Musiałabym przerabiać bluzki i sukienki, bo duże skrzydła nie zmieściłyby się pod nimi ;)

 

A w tv nareszcie emitują Zaszczepionych.

 

piątek, 12 maja 2017

Byłam w jakimś urzędzie, albo na granicy, albo na lotnisku. To była taka sytuacja, w której pokazywałam jakiemuś urzędnikowi dokument tożsamości albo się przedstawiłam z imienia i nazwiska. Nie wiem dokładnie, bo akcja rozpoczęła się od stwierdzenia tego pana, że „mam dziwne nazwisko, takie niepolskie”. Zdziwiłam się, że coś takiego powiedział, bo to nie jego sprawa. Każdy ma takie nazwisko jakie ma i nikomu nic do tego. Ten facet miał mnie gdzieś wpuścić albo przepuścić. A on do mnie zagaduje i komentuje. Jakie to nieprofesjonalne. Wokół byli inni i słuchali. Co ich obchodzi moje nazwisko? Przecież dane osobowe są pod ochroną. Nie wiem dokładnie czy to ja powiedziałam swoje nazwisko czy ten pan je wypowiedział na głos. Na pewno moje nazwisko padło głośno i wyraźnie.

Obudziłam się zdziwiona tą sytuacją. W życiu realnym miałam też takie zdarzenia, że ktoś zastanawiał się nad moją narodowością słysząc moje nazwisko. Ale były to sytuacje prywatne.

Moje nazwisko jest krótkie, ale można w nim zrobić 3 błędy. Gdy komuś je podaję, żeby zapisał, to zawsze literuję.

Zmieniając jedną literę otrzymujemy markę samochodów albo ciepły i wilgotny wiatr.

Zmieniając ostatnią literę otrzymujemy nazwę jednej z 4 epok materialnego świata w hinduizmie.

Wg strony nazwiska-polskie w Polsce jest 235 osób o takim samym nazwisku. Na pewno nie jest rzadkie.

Moje nazwisko jest bezpłciowe,Brzmi tak samo dla kobiety i mężczyzny. I dobrze, bo jest uniwersalne.

I to nazwisko po mężu. Kobiety nie mają swoich nazwisk. Gdy się rodzą to dostają zwykle nazwisko po ojcu, a gdy wychodzą za mąż to dostają nazwisko męża. Moje nazwisko po ojcu w młodości sprawiło mi wiele przykrości ze strony rówieśników, więc z ochotą je zmieniłam. Podoba mi się i nie zmienię go już.

Kiedyś ludzie mieli tylko imiona. W miarę wzrostu liczby ludności imiona nie wystarczyły i dodawano określenia. Jest taki angielski serial Dr Who, w którym bohater wchodząc do budki podróżuje w czasie i przestrzeni. Lubię ten serial, bo Dr uważa, że może zrobić wszystko, bo nie ma ograniczeń. Historie są ciekawe, bo w różnych czasach dysponuje aktualnymi gadżetami. W ostatnim odcinku nadawał mieszkańcom wioski określenia zamiast imion, których nie mógł zapamiętać. Jednego człowieka nazwał Dużutki ;) Tłumacz pojechał, bo nie ma takiego określenia.

Ja w dzieciństwie dostałabym przydomek B.Krnąbrna :)))

W świecie arabskim Człowiek dostaje swoje imię i dalej ma imię po ojcu i kolejne po dziadku. Od razu wiadomo jakie kto ma korzenie i przodków. Ciekawa jest historia imion i nazwisk, jak to dawniej było.

Wg sennika znaczenie snu to „otrzymasz pomyślne wiadomości”. Codziennie dostaję jakieś wiadomości. Dzisiaj dostałam list od klienta z fakturami ;) Spotkałam też dwie kobiety, które rozmawiały głośno. Gdy je mijałam to jedna powiedziała do drugiej, że ładnie wygląda. Uśmiechnęłam się. Żyję w cudnym świecie miłych ludzi :)

 

 



wtorek, 25 kwietnia 2017

We śnie chodziłam po sklepach i kupowałam. Same ubrania, bieliznę, ciuchy. I to bez przymierzania. Wystarczył rzut oka i wiedziałam czy dana rzecz będzie na mnie dobrze leżała. Chodziłam i chodziłam po centrach handlowych, kilku. Odwiedziłam kilkanaście sklepów i w każdym coś kupiłam. Miałam jakiś przymus i zero radości. Wszystko odbywało się mechanicznie, jakbym musiała kupować i wydawać pieniądze. Jakbym to nie była ja?

 

Obudziłam się zmęczona tym nocnym chodzeniem.

Rozejrzałam się i nie zauważyłam żadnych toreb. Więc to był tylko sen ;)

Sen nic nie znaczący, bo odreagowałam zdarzenia z minionego dnia.

Poszłam do drogerii, bo kończy mi się podkład. Wiem jaki potrzebuję, więc nie chodzę i nie oglądam wszystkiego. Po co tracić czas. Była jakaś promocja. Kilka nastolatek stało przed „moją” witryną i oglądało każdy produkt. Trzymały w rękach gazetki. Była promocja 1+1, więc chyba dla dziewczyn korzystna. Na chwilę przepchnęłam się, zobaczyłam, że mojego kosmetyku nie ma i wyszłam. Szkoda mi czasu na spędzenie pół dnia w sklepie. Staram się ograniczać w kupowaniu kosmetyków i raczej idę w jakość, a nie w ilość.

Ciekawe, bo moje zachowanie we śnie było zupełnym przeciwieństwem mojego realnego życia. Nie łażę po centrach handlowych. Manu szczególnie nie lubię. To sklep w murach fabryki, w której wykorzystywano pracę ludzi. Prawie fizycznie czuję krew, pot i łzy robotników. Żadna muzyka i zapachy tego nie przykryją. Źle na mnie działają. Zawsze czuję potem przygnębienie. A jednak pracują tam ludzie, którzy muszą tam spędzać kilkanaście godzin dziennie.

Codziennie coś wyrzucam, ale nie mam potrzeby kupować w to miejsce czegoś nowego. Ostatnie dżinsy kupiłam 2,5 roku temu. Są świetne i ciągle pasują idealnie, to po co kupować kolejne. Sukienki kupuję częściej, ostatnią kupiłam 2 tygodnie temu, bo miałam wyjście.

 

Nastąpiła równowaga między rzeczywistością, a snem. I jest dobrze.

 

piątek, 10 marca 2017

Dzisiejszy sen można określić 3 słowami: pociąg, hotel, Poznań. To miałam zapisane na kartce. Przypomniał mi się dopiero teraz, wieczorem, więc niespecjalnie go pamiętam.

Ktoś kazał mi jechać pociągiem do Poznania. Miałam zamówiony hotel na jedną noc, kupione bilety. Musiałam jak najszybciej się spakować i pojechać na dworzec. Miałam dylemat co spakować, bo to tylko jedna noc. Wzięłam kosmetyki i ubranie na kolejny dzień. Nawet nie brałam walizki. Spakowałam się do zwykłej torby. Miałam jakieś spotkanie, coś musiałam załatwić. Potem do hotelu spać. A rano w pociąg i powrót. Musiałam następnego dnia zdać relację. W XXI wieku można takie sprawy załatwić przez Skypa. Ale ja musiałam jechać i coś załatwić. Mogłam to być tylko ja, nikt inny. Nie lubię jak mi się rozkazuje, ale był jakiś dobry powód, że zgodziłam się to załatwić dla szefa bez szemrania.

Nigdy nie byłam w Poznaniu, a tu taki krótki pobyt. Czy ja naprawdę muszę tam być tak krótko? Mogłabym chociaż na krótko połazić po mieście i zobaczyć jacy ludzie tam mieszkają. Może nigdy nie będę miała okazji tam pojechać. Niestety, miałam kupione bilety na konkretną godzinę.

Wszystko załatwiłam. Należała mi się nagroda.

Najbardziej z tego snu pamiętam pośpiech i zmęczenie po podróży. A Poznań to poznaj siebie - takie miasto ;)

 

Ciekawostka ;)

Dwa dni temu dostałam 5 tulipanów. Gdy wkładałam je do wody, to zauważyłam, że jeden z nich jest wiotki, zwisał z wazonu i ma porwane liście. Mogłam go wyrzucić. Dałam mu drugą szansę. Oparłam go o inny zdrowy i poprosiłam, żeby się wziął w garść (w myślach). Dzisiaj patrzę, a on wygląda dobrze, samodzielnie stoi, tylko te liście nie doszły do siebie. Na razie :) Dawno temu robiłam podobny eksperyment z peoniami. Pisałam na pewno na którymś blogu. Tamte peonie wszystkie były rozwinięte, tylko jeden miał pączek. Wtedy postawiłam przed nim lustro i powiedziałam mu, żeby spojrzał na siebie. Rozwinięty będzie ładniejszy. Rano wszystkie peonie były piękne. Oczywiście przez kilka dni, bo kwiaty cięte zmierzają szybko do śmierci. Teraz wydaję polecenia w myślach, nawet je nie formułuje, tylko przekazuję intencję. Rośliny świetnie mnie rozumieją. ;)

To ten po prawej stronie, jakby ktoś nie dojrzał ;)

 


piątek, 24 lutego 2017

Byłam tak zmęczona, że padłam na łóżko i od razu zasnęłam. Było ok. 1 w nocy.

 

Poleciałam gdzieś z moją walizką, która jest niebieska lub granatowa (zależy jak kto widzi). Walizka jest bardzo lekka i ma kółka obracające się we wszystkie strony, więc jest supersterowna. Czasem ją pożyczam, bo ma idealne wymiary do samolotu. Dwa tygodnie temu wróciła z wojaży u obcych.


Wyszłam z lotniska. Miałam ze sobą torebkę i tą walizkę. Poszłam w jedno miejsce, trochę pogadałam. Potem w kolejne i też tam trochę zabawiłam. Potem poszłam do jakiegoś sklepu, potem do jakiejś knajpy, potem do znajomych. Wszędzie szłam pieszo i miałam walizkę ze sobą. Aż w pewnej chwili zorientowałam się, że jej nie mam. Musiałam ją gdzieś zostawić, ale nie pamiętałam, w którym miejscu ją miałam, a w którym już nie. Powinnam wrócić po kolei do wszystkich odwiedzanych miejsc.

W jakimś miejscu pokazano mi wściekle czerwoną walizkę. Powiedziałam, że to moja. Lepsza ta niż żadna. Zabrałam, podziękowałam i wyszłam. Pomyślałam, że to walizka jakiejś kobiety więc będę mogła się przebrać. Zamiast iść tam gdzie miałam spać, poszłam na lotnisko. A tam stoi moja walizka i na mnie czeka. Więc zostawiłam czerwoną walizkę i wzięłam moją, a potem poszłam na nocleg.

Obudził mnie budzik. Byłam umówiona skoro świt, o 8 rano.

 

Nie mam pojęcia gdzie poleciałam i jakich to ja mam znajomych w obcym kraju. Ciekawe gdzie byłam, gdzie wszędzie można dojść pieszo w krótkim czasie. Normalnie nie wzięłabym cudzej walizki. Przecież właścicielka mogłaby mnie spotkać na ulicy i byłby wstyd.

Ciekawe, że kiedy kupowałam walizkę do samolotu to zastanawiałam się nad wyborem koloru. Myślałam o jakimś zajebistym odblaskowym żółtym, zielonym albo czerwonym. Jednak wybrałam granatowy, bo mniej rzuca się w oczy. Może dlatego o niej zapomniałam w jakimś ekscytującym miejscu.

A to wszystko ze zmęczenia.

 


piątek, 10 lutego 2017

Obudziłam się rano i zdziwiłam się, że niebo jest zachmurzone. Wypowiedziałam zaklęcie, poszłam do łazienki. Gdy wyszłam na niebieskim niebie świeciło słoneczko. Mówisz – masz.

W ciągu dnia, telefony, mejle, zwykły dzień w pracy.

Klient przesłał mi zwolnienie lekarskie mmsem. Zapisałam obraz w galerii, żeby potem przesłać sobie na mejla i wydrukować. I zauważyłam nowe 3 zdjęcia nocnego nieba. W informacjach sprawdziłam, że zrobiono je dzisiaj w nocy o godz. 2:49 i 2:51. Przypomniałam sobie, że w nocy obudziło mnie światło księżyca w pełni. Uwieczniłam ten obraz i zasnęłam. Skoro widać było księżyc to niebo nie było zachmurzone, tylko usiane chmurkami. Dlatego rano zdziwiłam się, że jest pochmurno.

I wtedy przypomniał mi się sen.

 

Szliśmy gdzieś w gości. Pojechaliśmy do mojej siostry, która mieszkała w starej kamienicy. Wyglądała jak teraz, a przecież mieszka w domu, który sobie wybudowali. Pomyślałam, że w tym świecie (we śnie) ciągle mieszka w tym samym mieszkaniu co 17 lat temu. W mieszkaniu było pełno ludzi. W kuchni i 2 pokojach stali i rozmawiali różni ludzie, ponad 20 osób. Ubrani byli w długie do ziemi rozkloszowane suknie, białe z czerwonymi lamówkami. Wszyscy byli tak ubrani, moja siostra też. Dyskutowali o jakiejś ważnej osobie, guru, czy mistrzu. Gdzie ja trafiłam? Czy to jakaś sekta? Co mnie obchodzą ci ludzie. Przecież nie zamierzam z nimi dyskutować, a tym bardziej wyznawać ich poglądów i ubierać się w katany.

Wyszliśmy. Postanowiliśmy pójść do innych znajomych. A tam podobne zgromadzenie. Było tam pełno ludzi, ubranych w szare szaty, jak kolejna sekta. Też rozmawiali o jakimś cudotwórcy czy zbawicielu. Zupełnie nie moje klimaty. Nie zostaliśmy tam i poszliśmy w jeszcze jedno miejsce. A tam kolejna sekta, mężczyźni i kobiety ubrani tak samo w czarne suknie do ziemi.

Tego było za wiele. Chcieliśmy pogadać, zjeść coś dobrego i dobrze się bawić. A ogarnęło nas zniechęcenie i jakiś marazm.

Co to za świat, w którym żyjemy? To chyba nie nasz świat. Pewnie, że nie.

 

Dlatego się obudziłam. I o śnie zapomniałam.

 

Przynależność do sekty zwalnia człowieka z myślenia. Wystarczy, że myśli tak jak przywódca i jest OK. Nie dla mnie. Nie kupuję nikogo w całości, bo przecież mogę mieć inne poglądy na niektóre sprawy. To tak jak czekanie na koniec świata. Wiadomo, że nasza cywilizacja jest młoda i zgadzam się z Hawkingiem, że najwcześniej za 30 mld lat może się "skończyć". Ale już nie zgadzam się z nim, że człowiek narodził się na ziemi przypadkiem. Za dużo jest matematycznych prawidłowości, żeby zwalać wszystko na przypadek. Są ludzie, którzy co chwila ogłaszają kolejne końce świata i ciągle mają się dobrze i mają swoich wyznawców.

Dzisiaj pomogłam przejść przez jezdnię staruszce, a ona bez przerwy mówiła o jakiejś miss, która dostała jakąś nagrodę, a nie umie się wysławiać, myli się i macha łapami. Nie mam pojęcia o kim mówiła, ale czy miss może mieć łapy? Rzadko wchodzę teraz na pudelka, to nie jestem na bieżąco. Czy ludzie nie mają swojego życia? Po co się przejmować innymi.

Pełnia jest dopiero jutro.

Chyba jestem zmęczona. A inni chorują na grypę.

 

środa, 08 lutego 2017

Długo nie mogłam zasnąć. A jak już zasnęłam to:

się obudziłam. To początek snu. Było rano, wstałam z łóżka. Mieszkanie to samo, ale ja jakaś inna.Większa. Spuściłam nogi z łóżka, a na podłodze leżały papucie jak dwie paletki od badmintona. Od razu wiedziałam, że coś nie tak. Noszę teraz po mieszkaniu papcie z futerka, które dostałam po wypadzie do Zakopanego. Wstałam, z trudem. Miałam ciężki oddech. Szłam wolno do łazienki. Krok za krokiem, jak mamut. Chciałam jak najszybciej spojrzeć w lustro. Idę i idę. W końcu się udało. A tam spogląda na mnie jakaś kobieta, tęga do niemożliwości. Na upartego ma jakieś moje rysy, oczy, usta, ale to nie ja. Mieszkanie moje, ale nie moje ubrania. Gdy w ciąży przytyłam 16 kg, to nie byłam aż tak gruba. Nie wiedziałam co ma robić ze sobą taką grubą. Czy ja pracuję, czy mam gdzieś iść, a może jestem chora na otyłość i nie wychodzę z domu? Więc się obudziłam. Naprawdę.

 

Ot, zwykły sen odreagowujący rzeczywistość.Poprzedni tydzień mogłabym nazwać tygodniem pizzy. Pizza była na obiad i kolację. Ale nie przytyłam. Moja waga waha się +-2 kg. Nie mam poczucia winy.

 

Czy ktoś widział grubą Barbie? W końcu imię zobowiązuje.

Tutaj mamy jedną Barbie (bez butów), ale reszta jej koleżanek też jest szczupła. I nawet w swetrach wyglądają dobrze. Jak ja ;)

Gdybym miała więcej lalek, to byłoby więcej sweterków. Jeszcze zostało materiału. Może coś wymyślę w wolnej chwili.

 

Nigdy nie oceniam ludzi po ich wyglądzie. To w końcu kod genetyczny. Ja nigdy nie będę filigranową blondyneczką. Jestem normalna. Niedawno czytałam, że jakaś 17 letnia "gwiazda internetu" gardzi grubymi ludźmi, bo "przecież mogą przestać jeść."

Tylko, że nadmierne jedzenie rekompensuje braki, albo ma uchronić przed atakiem. Taka osoba "obudowuje się" tłuszczem i nikt jej nie zrani, nie sięgnie do jej serca. Powody są różne, ale jakieś są. Jak jest im ciężko przekonałam się we śnie, wchodząc w kogoś takiego. Nikomu tego nie życzę.


W ostatnich odcinkach LOST, które obejrzałam ostatnio, bohaterowie lecieli helikopterem. Uciekało paliwo, więc pilot kazał im wyrzucić wszystko co niezbędne. A oni wyrzucali jakieś torby po pół kg każda. Śmialiśmy się do łez. Naprawdę sytuacja była komiczna. Najcięższą osobą był Hugo – Harvey. Ale to Sawyer wyskoczył z helikoptera do oceanu, a nie Harvey. Może nie umiał pływać. Ale zupełnie nie przyszło mu to na myśl. Był jeszcze odcinek, w którym była konferencja prasowa 6 uratowanych. Kłamali jak najęci. I jedna dziennikarka zadała pytanie: byliście na wyspie kilka miesięcy, odżywialiście się tym co tam rosło, a nie wyglądacie na zabiedzonych, wręcz przeciwnie. Harvey odpowiedział, że to chyba jego ma na myśli. Wszyscy się zaśmiewali, ale nikt nie odpowiedział. A swoją drogą serial kręcono kilka lat, a Harvey nic nie schudł. Ciągle jadł batoniki. I ciągle widział szczęśliwe liczby, które przyniosły mu fortunę, a nieszczęście wszystkim wokół. Ale to inny temat.

 

A więc wszystko jasne. Musiałam to jakoś odreagować. Więc taki sen.

 


środa, 11 stycznia 2017

Byłam na jakimś spotkaniu. Odbywało się ono na wyjeździe w jakimś hotelu. Znałam tylko moją przyjaciółkę i jeszcze dwie osoby. A to było spotkanie po latach paczki znajomych z dawnych czasów. Wyglądaliśmy jak teraz.

Opowiadaliśmy sobie różne rzeczy z przeszłości, ale ja pamiętałam tylko te sytuacje, w których były osoby mi znane z obecnego życia. Wszyscy dobrze mnie znali i mieli ze mną wspomnienia. Ja niestety nie pamiętałam tych rzeczy. Bawiliśmy się świetnie. Tańczyliśmy, ale nie pamiętam do jakiej muzyki, bo nie ona była ważna. Ważni byli ludzie, oni mnie fascynowali. Było mało alkoholu, bo nie był on nam potrzebny. Ale ja nie wypiłam nic, bo tak postanowiłam kilka miesięcy temu w obecnym życiu. (Nie zdążyłam jeszcze o tym napisać.)

Potem poszliśmy do pokoi, ale nie do swoich. Wszystko się wymieszało. W końcu jesteśmy dorośli, nie wszyscy mają zobowiązania. A potem przeniosłam się do zwykłego życia, tamtej ja. Przyszła do mnie jakaś dziewczyna, a ja jej powiedziałam, że na tym wyjeździe nic ważnego się nie wydarzyło. Ona wyszła. Nie umiem kłamać, bo mam za małą samokontrolę, żeby udawać i tego pilnować. Oczywiście coś się wydarzyło, ale nie ważnego dla mnie. Nie skłamałam. Potem minęło jeszcze trochę zwykłego życia i znowu pojawiły się osoby z przeszłości, które były na imprezie wyjazdowej. Miałam zupełnie innych przyjaciół. W obecnym życiu nie stawiałabym na nich, minęło. Moje życie wywróciło się, byłam z kim innym, w zupełnie innym mieście. Gdy miałam coś powiedzieć po niemiecku to się obudziłam. Zorientowałam się, że to sen, bo przecież język niemiecki jest ostatnim, którego mogłabym się nauczyć. Nie dałam się nabrać. Co za przedziwne splątanie części mojego życia z życiem w innym wymiarze.

Obudziłam się uśmiechnięta. Ten sen mnie totalnie zrelaksował.

Można tańczyć całą noc, śpiewać, dyskutować, spacerować i obudzić się w doskonałym nastroju. Ciekawe. To możliwe tylko w snach.

Miałam nie pisać o tym osobistym śnie, ale zaczęłam się zastanawiać nad anomaliami. Nie wiem czy to ktoś zrozumie.

Pomyślałam, że trafiłam na inny wariant mojego życia. W pewnym momencie drogi moje i niektórych znajomych się rozeszły. Z przyjaciółką poszłam w stronę, którą obecnie zmierzam. Dlatego ona była w moim śnie. Potem zobaczyłam co mnie "ominęło" w innym wariancie mojego życia. Ale nie mogę sobie przypomnieć kiedy i jaką decyzje podjęłam, że skoczyłam gdzie indziej. Widocznie nie są to decyzje "życiowe", ale czasem zwykłe małe: komuś odmówimy i on nie wróci. Podobno to się dzieje gdy widzimy jakieś dziwne postacie. Tylko, że ja takie postacie spotykam często. Podczas studiów to nawet codziennie, bo chyba mieszkali blisko uczelni.

Wiadomo z mechaniki kwantowej, że najbardziej splątani jesteśmy z sobą samym. Dlatego gdy zaczniemy się sami uzdrawiać to będzie najbardziej skuteczne i nieodwracalne. Tylko, że we śnie splątałam się z inną wersją siebie. Rodin mówił też, że przeszłość ulega rozpadowi, to dlaczego ja kiedyś cofnęłam się w czasie i nie dopuściłam do zranienia. Opisałam to na starym blogu dość szczegółowo. Teraz myślę, że to nie było cofnięcie się w czasie tylko przeskok na najbardziej zbliżoną wersję mojego wariantu życia. Czy mam ranę czy nie, nie było to ważne dla Losu, dlatego uszło mi na sucho.

Wiadomo, że nie ma żadnej komunikacji między wariantami w przestrzeni. A jednak mnie to spotkało. Na razie we śnie. A skoro we śnie było to możliwe, to może i w realu.

Rodin mówił też, że nie ma zdeterminowanej przyszłości. Ważne jest co myślimy, bo w ten sposób kształtujemy swoje jutro. Dlatego w tv ciągle nadają filmy katastroficzne, a czarnowidze (ciekawe, że nazywają ich jasnowidzami) wieszczą wojny. To wszystko zależy od naszego myślenia. Nie dajmy się wplątać w cudze gierki.

We śnie byłam świadoma siebie z tego świata. Było łatwo, bo wyglądałam jak teraz. Ale też czułam, że weszłam w inną wersję mnie, właśnie z innego tunelu.

Nie mam pojęcia po co mi ta wiedza. Czuję się we właściwym czasie i miejscu i nie mam żadnych niespełnionych marzeń. Wszystko jest na swoim miejscu, niczego nie żałuję. Owszem dziwne rzeczy dzieją się z czasem. W moim życiu nie płynie jednakowo codziennie. Czasem jak mam coś ważnego do zrobienia to czas płynie wolniej, żebym wszystko zdążyła zrobić. A podobno czas płynie szybciej.

Postanowiłam być dziś maksymalnie uważna, bo może spotkam kogoś z przeszłości.

Spotkałam się z klientami, z którymi rozmawiałam wcześniej kilka razy przez telefon. W realu są tak samo mili.

Ponieważ jestem leniwa to wymyśliłam sobie, że zawsze mam zielone światło gdy przechodzę przez ulicę. Rzadko jest inne. Ale dziś mnie ono rozśmieszyło. Gdy szłam na przystanek to z ok. 300 m widziałam, że światło jest dla mnie zielone. OK, zmieni się na czerwone, ale jak dojdę to znowu się zmieni. Nic z tego. Światło się zacięło i było cały czas dla mnie zielone. Zrobił się korek. Kilka samochodów nie wytrzymało i przejechało. Ja wolno doszłam na przystanek, wsiadłam do autobusu i wtedy zrobiło się zielone dla mnie. Autobus ruszył i wszystko wróciło do normy. Nieustannie takie sytuacje wprawiają mnie w dobry nastrój. Wystarczy je tylko dostrzec.

Jeden z umówionych klientów wyjechał, ale nic to. Kto inny dał mi dokumenty. A potem był jeszcze dzień kawy, więc tanio kupiłam mój ulubiony napój.

A w piekarni kupiłam sezamki. Są pyszne. Często je kupowałam, ale w wakacje przestali produkować z powodu upału. A potem chyba o nich zapomnieli, bo nie było ich w ofercie. Aż do dzisiaj. Po pół roku przerwy.

Wszystkie sprawy załatwiłam szybko, jakby czas się rozciągnął.

I przez cały dzień świeciło słoneczko.

Nikogo ze starych znajomych nie spotkałam.

A ja uśmiechałam się nieustannie :)

 


wtorek, 27 grudnia 2016

Siedziałam z P. na podłodze przedpokoju z podkurczonymi nogami. A nad nami stał jakiś koleś z pistoletem (rewolwerem) i coś na nas krzyczał. Obok niego klęczeli dwaj inni i pilnowali, żebyśmy nie wstali. Przedpokój jest mały i wąski, ale jakoś się pomieściliśmy.


Sen się zaczął w środku akcji, tzn. moja świadomość właśnie weszła w ciało w tej właśnie chwili. Zastanawiałam się czy to ja zawiniłam, czy P. A czy to ważne. Mieliśmy wspólny problem.

Gdy tak patrzyłam na tą sytuację to czas zwolnił. Facet coś krzyczał i wymachiwał pistoletem. Pomyślałam, że chyba pistolet nie jest odbezpieczony, bo od tego wymachiwania już by wypalił. Nie bałam się, choć nie rozumiałam czego koleś chce od nas. Chyba chciał nas nastraszyć, ale słabo mu to wychodziło. My się nie baliśmy, bo czego tu się bać. Jeśli chciałby nas zabić to nic nam nie pomoże. Zabije i już. Więc po co krzyczeć i się miotać. Na filmach ofiary krzyczą, błagają o litość, a my siedzieliśmy spokojnie. To napastników wkurzało, bo ciągle nas szarpali. Cała ta sytuacja wydawała mi się dziwna. Od ich krzyków powinni się zlecieć sąsiedzi. W końcu byliśmy w przedpokoju, a przez drzwi wszystko słychać.

Gdy tak zaczęłam się zastanawiać nad tą sytuacją to pomyślałam, że skoro nikt nie słyszy napastników to oni są nierealni, wymyśleni. Nie zrobili nam krzywdy, tylko straszyli. Źle trafili, bo my nie mieliśmy nic do stracenia, oprócz życia. Byliśmy spokojni, choć siedzieliśmy skuleni na podłodze.

I wtedy oni zniknęli. We śnie. Ja wstałam z podłogi, P. też. Poszłam do kuchni zrobić kawę. Chciałam o tym porozmawiać i wtedy się obudziłam.

 

Ciekawy sen. Rozpoznawalność wahadeł tak mi weszła w krew, że nawet we śnie nie daję sobą manipulować. Nie wiedziałam, że śniłam, a jakimś sposobem uniknęłam kłopotów. Obserwowałam biernie sytuację i wybrałam najlepszy dla nas wariant rzeczywistości. Byłam niewiarygodnie spokojna, ale pewna czego chcę. Tylko spokój mógł nas uratować. Napastnicy we śnie byli realni, więc nie mogli zniknąć. To my wybraliśmy inny wariant rzeczywistości. Ciekawe czy P. był "stary" czy z nowej linii. Nie zdążyliśmy zamienić słowa. Może to ja sama się wpakowałam do innego wariantu świata. I co wtedy. Jak tu żyć z P., ale jakimś innym. ;)

Chyba, że warianty niewiele się różnią między sobą.

Nad uczuciem strachu już kiedyś pracowałam. Bałam się jednej osoby i nie mogłam sobie wmówić, że nie ma czego. Miałam myśli, że mogła nawet kogoś wynająć, żeby mnie zbił, albo zabił. Strach nie do opanowania. Co miałam robić. To bardzo niszczące uczucie. Więc zapisałam się na policyjny kurs samoobrony dla kobiet. Uczyliśmy się technik obezwładniania przeciwnika i dźwigni. Ale to nie działało na znajomych i domownikach. Nie chcieli współpracować ;) Więc zapisałam się na Krav Magę. Było ciężko uderzyć w twarz bez powodu wysokiego osiłka. Nauczyłam się jak unikać kłopotów, co robić gdy już napastnik na tobie leży, jak wyjść cało z opresji, niewielkim wydatkiem energii. Strach ulotnił się nie wiadomo kiedy. Już nie ćwiczę, ale został analityczny umysł i refleks.

Dzięki temu mogłam uratować nas z opresji. Jeśli to we śnie działa to w realu może też. Przecież wszyscy powtarzają, że żyjemy w wirtualnym świecie. Więc wszystko jest możliwe.

 

 


sobota, 17 grudnia 2016

Stałam na brzegu dużego jeziora. To było popołudnie. Jezioro było duże, ale widziałam jego krańce. Całe jezioro otoczone było lasem. Nie można było iść brzegiem. Musiałam się dostać na drugi brzeg, bo tam las był rzadszy i można było gdzieś iść. Spojrzałam na wodę, a ona była nieruchoma, czarna i mętna. Nawet pomyślałam, że to może staw. Jednak to było jezioro.


Chciałam je przepłynąć wpław, ale rozważałam czy dam radę. Gdy będę płynąć na wprost to mogę się zmęczyć i utopić. Więc zastanawiałam się co robić. Wtedy zauważyłam dziecko po prawej stronie, które płynęło niedaleko brzegu. No właśnie, to jest dobry pomysł. Będę płynęła wzdłuż brzegu, tak aby mieć dno jeziora pod nogami. Gdy się zmęczę to będę mogła stanąć. A potem popłynę dalej. Jezioro jest owalne, więc dotrę na przeciwległy brzeg. Kolor wody zupełnie mi nie przeszkadzał. Nie wzbudzał żadnych negatywnych skojarzeń. Tylko to, że nie będę wiedziała gdzie jest dno Nie bałam się, skoro dziecko pływało w tym jeziorze. A dzieci są mądre..

Obudziłam się. Była 6:06. Zapisałam godzinę i 5 słów, żeby pamiętać sen.

Przewróciłam się na drugi bok i zasnęłam. Przecież nie będę wstawać w środku nocy.

Nie sądziłam, że coś mi się przyśni. Był ciąg dalszy.

Zaczął się w tym samym miejscu, w którym pierwsza część się skończyła. Nie zdążyłam wejść do wody. Stałam ciągle na brzegu tego samego jeziora. Było widniej, a woda w jeziorze czysta, niebieska. Sama się zmieniła. To nie omamy.


Wyglądało na to, że to to samo jezioro, ale woda była zupełnie inna. Ciągle była na brzegu i zastanawiałam się czy przepłynąć na wprost czy wzdłuż brzegu, tak jak planowałam w pierwszym śnie. Ciekawe, że we śnie wiedziałam co było wcześniej. Dalej moje umiejętności pływackie były takie same, więc postanowiłam płynąć wzdłuż brzegu. Weszłam do wody po prawej stronie. Woda była ciepła i wspaniała. Położyłam się, żeby płynąć.

I obudziłam się. Była godzina 8:18.

Ciekawy sen. Nie pamiętam, żebym miała ten sam sen w 2 częściach i żebym wiedziała w 2 części co zrobiłam w części pierwszej snu. Nie był to świadomy sen, więc skąd wiedziałam, że już o tym śniłam?

Od razu zajrzałam do sennika książkowego, bo stoi na półce w sypialni.

Dobrze, że nie wiedziałam nic o potworach i zmarłych. Moje jezioro najpierw było ciemne, więc nic się w nim nie odbijało, lustro bez odbicia. A potem, z niewiadomych przyczyn było krystalicznie czyste. Nie było w tym mojej zasługi. We śnie miałam zadanie do wykonania, żadnych lęków.

Może powinnam zapisać się na basen, żeby nauczyć się dobrze pływać?

 


sobota, 10 grudnia 2016

I kolejny sen. Artystyczny. Bez fabuły.

 

Był piękny słoneczny dzień. Boskie światło.Wszystko wydawało się ładniejsze i lepsze. Ktoś pokazywał mi obrazy na ścianach. Ale te były inne niż znane mi do tej pory. Obrazy zaczynały się na chodniku a kończyły na ścianie. Tworzyły spójną całość. Były obłędnie perfekcyjne i kolorowe. Zupełnie inne niż w moim mieście. Oglądaliśmy jeden obraz, a za chwilę obracaliśmy się w prawo i byliśmy w Brazylii. A tam inny street art. Potem spoglądałam w lewo i znalazłam się w NY dokładnie przed kolejnym obrazem. I tak jeszcze kilkakrotnie. Wystarczyło się obrócić i byliśmy w innym miejscu na ziemi, gdzie artysta namalował coś wspaniałego. W serialu Sliders potrzebny był portal, który otwierał przejścia do innych światów. W filmie Władcy umysłów (lubię Matta Damona) trzeba było przejść przez niebieskie drzwi w kapeluszu. A w moim śnie wystarczyło się obrócić. Ja nawet nie wiedziałam gdzie są najpiękniejsze graffiti, a byłam tam kierowana. Piękna podróż. Na pewno nigdy nie odwiedzę tych miejsc w realu. Zajęłoby mi to za dużo czasu.

3d-graffiti-street-art-anamorphic-odeith

Na dworze szaro, buro i ponuro, więc taki sen nie dziwi. Jednak dla mnie dzisiejszy sen ma głębszy sens. Utarł mi nosa.

Piszę tu o wszystkim co mnie spotyka, o tym co mnie ciekawi i co zatrzymuje mnie na chwilę. To nie jest blog o snach, a sny zaczęły dominować. Dlatego postanowiłam przez jakiś czas nie śnić.

Nie zdawałam sobie sprawy z konsekwencji. Dla mnie to było sprawdzenie czy mogę to zrobić. Innego powodu nie było, bo sny w żaden sposób nie rzutowały na moje samopoczucie. A właściwie wprowadzały mnie w dobry nastrój i byłam wyspana.

Dla mnie to była zabawa, a dla duszy więzienie. Zatrzasnęłam drzwi i dusza siedziała w ciemnym pokoju, czy futerale. W przedszkolu byłam zamykana, moje dziecko też. Inne dzieci też były i będą zamykane. (Tego chyba uczą przedszkolanki.) Więc wiem jak czuje się ktoś zamknięty. Zapewniam, że niekomfortowo. Nie rób innemu co tobie niemiłe.

Moja podświadomość jest świetnie wychowana. Nie przeszkadza mi, ale gdy coś się dzieje niekorzystnego dla mnie to daje znać. I ten sen jest takim właśnie znakiem. W życiu najważniejsza jest współpraca ciała, duszy i umysłu. Wtedy realizujemy się najlepiej jak potrafimy. A moja Dusza zamiast latać gdzie chce, siedziała sobie cichutko i się nie odzywała. Do czasu. Dała o sobie znać w swoim i zrozumiałym dla mnie języku.

A więc Hulaj Duszo, piekła nie ma ;) Wolność jest najważniejsza.


We śnie były piękne graffiti, sztuka ulicy. Sztuka zbliża się do ciebie, jest w zasięgu twego wzroku. Nie musisz za nią płacić, żeby doświadczać. Zresztą to co najlepsze jest za darmo.

Tak jest z rysunkami dzieci.

Jest w nich zaklęta energia chwili, emocje z danego dnia. Poczujesz to gdy widzisz oryginał. Żadne zdjęcie czy kopia tego nie przekazuje. A bogaci trzymają swoje oryginalne obrazy w klimatyzowanych sejfach i nikt tego nie ogląda i nie doświadcza.

 

Przepraszam Cię Duszo i proszę wybacz mi. Wybrałaś najlepszy sposób, żebym zrozumiała. Dziękuję za zwrócenie uwagi.

Wiesz, że Cię kocham. :)

 


środa, 07 grudnia 2016

Zaskoczyło mnie to, że śniłam dzisiaj. Myślałam, że mam to pod kontrolą. Myliłam się.

Sen był dziwny. Nie umiałabym coś takiego wymyślić.

 

Siedziałam przed telewizorem. Był on starego typu, tzn. Z dużą częścią z tyłu. Stał na osobnym stoliku, ok. Pół metra od ściany. I zza tego telewizora w pewnej chwili wyłonił się mały człowieczek. Najpierw pojawiła się głowa, a potem reszta ciała. Wyglądał jak pacynka, ale był prawdziwy. Proporcje miał dobre, więc nie był to karzeł. Był do dorosły facet, ale małych rozmiarów. Człowieczek. Miał lekki zarost i w oczach chochliki. Nie przestraszyłam się go. Chciałam mu tylko zrobić fotkę, ale na stole nie było telefonu. Zdziwiłam się, bo telefon mam zawsze w zasięgu wzroku. Zadzwoniłam z telefonu stacjonarnego do siebie i nic, cisza. A więc telefonu nie było w domu, choć powinien był być. Chyba z niego wcześniej dzwoniłam.

Gdy spojrzałam za telewizor to zauważyłam, że diabełek zrobił się większy. Nie bałam się go i wiedziałam, że on o tym wie. Czasem spotykam ludzi, którzy jakby wiedzieli o czym myślę i nie warto ich okłamywać.

Diabełek stał za tym telewizorem i patrzył na mnie. W pewnej chwili wskoczył na sufit i dreptał po nim, aż doszedł do najdalszego prawego rogu i zniknął. Pojawił się kolejny osobnik na suficie i też chodził sobie w różne strony. To krzyżówka człowieka ze zwierzęciem. Wyciągnęłam rękę po telefon. Leżał tam gdzie powinien. (Widocznie miał wyłączony dzwonek, skoro wcześniej go nie było). Zrobiłam mu fotkę. Potem kolejnemu osobnikowi i kolejnemu, a wszyscy znikali w prawym najdalszym rogu sufitu, jakby tam były drzwi.

Pomyślałam sobie, że gdyby nie fotki to nikt by mi nie uwierzył w to co widzę. Zrobiłam kilkanaście zdjęć. Przyszedł mój mąż. Wszyscy zniknęli w mgnieniu oka. Mąż oznajmił mi, że jedziemy do Wenecji. OK. Chyba to normalne, że w środku nocy gdzieś jedziemy. Zeszliśmy na dół do piwnicy. Tam wsiedliśmy na skuter wodny, taki ślizgacz. Naprawdę. I ruszyliśmy. Przez ściany. Jechaliśmy pod ziemią, przez różne fundamenty. My materialni i domy też z materii, a jednak mogliśmy to wszystko przeniknąć. Jechaliśmy bardzo szybo. A najlepszy był wiatr na twarzy. Czułam się jak Małgorzata od Bułhakowa. Prawie. Tylko, że ja byłam ubrana i lecieliśmy pod ziemią. Nie dość, że czułam wiatr, to jeszcze takie mlaśnięcia gdy przelatywaliśmy przez różne budynki. Bo przecież każdy był z czego innego. Pod ziemią były szare i przezroczyste. Łatwo było w nie wejść. A potem było morze.

Nie potrzebowaliśmy niczego, żeby oddychać w wodzie. Prędkość była taka sama, czyli szybka. Wokół pływały duże ryby, ale na nas nie zwracały uwagi. Nawet ogromne rozgwiazdy nas nie widziały. Kolory jakie widziałam w przepięknej błękitnej wodzie nie do opisania. Żadne zdjęcie tego nie odda. Było widno jak w dzień, czyli nie było głęboko, albo to inny wymiar. Jechaliśmy dalej. Bo to była jazda, a nie pływanie.

Nagle obudziłam się, na lewym boku. A właściwie obudziły mnie k...y zza ściany. Matka poganiała dzieci, które szły do szkoły. Co drugie słowo to k...a. Dziwiła się, że codziennie jest to samo. Żadne dziecko nie było gotowe do szkoły i robiło jej na złość. Skutecznie mnie wybudziła, a dzieci miały niewątpliwie zły dzień. Była 7:32, wschód słońca. Niedawno wprowadziła się jakaś rodzina, ale ich nie widziałam. Aż do dzisiaj. Usłyszałam ich.

Sen był bardzo realny. Wzięłam telefon, żeby pooglądać fotki, które zrobiłam w nocy. Nic nie było. A więc wszystko to był sen. Nie mogło być inaczej. Przecież nie można zrobić realnym aparatem zdjęć we śnie. Chociaż ;)

Trudno zinterpretować mi ten sen. Kluczem był diabełek (bez rogów). Mały, ale miał moc. Mógł zrobić wszystko co chciał. Pokazał mi próbkę swoich możliwości. W jego świecie nie działały żadne prawa. Tylko dlaczego akurat to mi pokazał? Chodzić po suficie może każdy w specjalnych butach. Z przenikaniem trochę gorzej do wytłumaczenia. A może to inny wymiar lub równoległy świat ze mną jako element wspólny.

Nigdy wcześniej we śnie nie czułam zapachów i smagania wiatru. Powinnam mieć czerwone policzki. Biegałam już wiele razy, ale dzisiaj było co innego. Miałam już kolorowe sny, ale kolory morza czy oceanu w tym śnie były nieziemskie. Mogłabym to narysować, ale nie ma takich farb.

 

Ostatnio oglądam powtórki serialu Lost. Zastanawiam się czy to nie mogliby by być rozbitkowie z samolotu malezyjskiego, który zniknął 8 marca 2014 roku. W filmie ludzie domyślają się, że świat o nich nic nie wie i ich nie uratuje. Mają komputer, ale nie wzywają pomocy, bo ktoś na taśmie im tego zakazał. Co 108 minut wpisują ciąg liczb i wciskają klawisz. Nie ma tam nikogo, kto by to wymuszał, a jednak to robią. Ludzie są dziwni.

Chyba stąd dziwny sen. :)

 


niedziela, 06 listopada 2016

Obudziłam się zdziwiona, że miałam sen. Przywykłam, że mam spokojny sen i nic mi się nie śni. A tu niespodzianka.

Byłam gdzieś na wsi lub letnisku. Ja i kilku znajomych siedzieliśmy na werandzie otoczonej drewnianym parawanem, po którym pięły się winorośle. Było to dość zarośnięte miejsce. My nie widzieliśmy niczego na zewnątrz i nikt nas nie mógł zobaczyć. Siedzieliśmy przy okrągłym stoliku z białych desek. Stało tam ciasto w kształcie tortu czekoladowego. Zjedliśmy po kawałku. Potem pojawiło się drugie takie samo ciasto – torcik. Zanim ktoś je pokroił wypełzł z niego mały wąż, koloru ciasta, czyli czekoladowy. Nie mogłam się ruszyć, ale chyba nie ze strachu, raczej z ciekawości. Bo zaczęłam się zastanawiać czy w cieście, które zjedliśmy mógł być taki wąż. I czy możliwe było, że nikt nie zauważył co zjadł. Kolega poszedł śladem węża, który pełzał po ścieżce z kamyków. Miał go zabić. Kolega wrócił i powiedział, że problem zniknął. Super – dyplomata. Nie wiem czy go dopadł, czy dał mu odpełznąć.


Nie był to straszny sen. Wąż był malutki i w pierwszej chwili pomyślałam, że to dżdżownica. Ale one inaczej pełzają.

Zajrzałam do mojego sennika.


Interpretacja zupełnie nie dla mnie. Taka malutka transformacja ?;)

Możliwe, że to nawiązanie do chrześcijaństwa, bo dzisiaj byłam w kościele. Pierwszy raz od lat.

Musiałam. Wczoraj powiedziałam, że pójdę, ale nie uklęknę. I dostałam wykaz zasad, których miałam przestrzegać. Nie wolno mi było machać różańcem (nie mam, więc nie ma problemu), miałam wyłączyć telefon i w żadnym wypadku się nim nie bawić, miałam się nie wpatrywać głupio w księdza, bo może się zdenerwować. Wytrzymałam tą godzinę. Nie słuchałam księdza. Obejrzałam sobie witraże.


Mierzyłam też czas osobom, które się spowiadały. Ludzie mają strasznie dużo grzechów. A ja nie mam żadnych i nikomu się nie spowiadam.

Było też 5 dzieci do chrztu. Wszystkie płakały jak ksiądz oblewał je wodą. Potem płakały inne małe dzieci. Czy do kościoła powinny chodzić takie maleństwa?

No i mamy winorośle we śnie i na dzienniczku (element wspólny).

Świadomość sobie radzi z ekstremalnymi sytuacjami. Dusza raczej była strachliwa i stąd taki, a nie inny sen. Tylko w tej religii wąż jest postrzegany jako wcielenie szatana. We śnie ten szatan był malutki i strachliwy.

W kościele nie dokonała się moja transformacja. Od lat Pan już ze mną jest.

 



niedziela, 04 września 2016

Około południa zadzwoniła moja mama z pytaniem dlaczego nie dzwonię. Rozmawiałyśmy 3 dni temu, więc dla mnie było ok. Okazało się, że miała sen o mnie.

Śniło jej się, że była u mnie i wkropliła mi coś do lewego oka. Ja zaczęłam płakać, bo to nie były krople do oczu tylko olejek miętowy. Słuchając mojego płaczu krzyczała na mnie, że nie trzyma się w apteczce olejku udającego krople do oczu. I koniec.

Cała mama. Spytała się tylko czy nic mnie nie boli.

Oczy to okno na świat i zwierciadło duszy, przez wzrok odbieramy rzeczywistość. I ona widzi ten świat niepełny, na jedno oko. Mnie krzywdzi, bo czasem staram się jej powiedzieć jak ja coś widzę. Ona nie chce słuchać, bo wie lepiej i dlatego spowodowała, że to ja mam jedno oko uszkodzone. I jeszcze winę zrzuciła na mnie. Kiedyś miałam zapalenie spojówek i sama sobie wkraplałam krople. Przetestowałam wszystkie jakie są na rynku, a poprawy nie było. Przestałam chodzić do okulisty i dałam oczom spokój. Zaczerwienienie odeszło. Samo z siebie.

Jak mi ktoś powie, że Jedenastki są to osoby rozwinięte duchowo i wyjątkowe to zaśmieję się w twarz. Taka osoba nie słucha co inni mają do powiedzenia i nie pozwala innym być innymi. Nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności, bo wie lepiej. To inni się mylą. To typowe wahadło. Ona chce, żebym robiła wszystko jak ona. A ja słucham i robię jak chce. Nie ma mnie za co zaczepić. Wszystko przeze mnie przelatuje, nic nie zostaje. Nie kłócę sie z nią. Szkoda energii.

A ja kupiłam wczoraj kilka papryczek chili i dzisiaj pokroiłam do suszenia. Bardzo uważałam, żeby nie zatrzeć oka, bo nie użyłam rękawiczek. Oko było OK, ale zatarłam usta i nos i mnie trochę szczypało. Do wytrzymania ;)

 

A ja miałam miły sen.


Leżałam w wodzie, a wokół mnie pływały 3 delfiny. Nie wiem co to była za woda, bo ja nie pływałam tylko byłam zanurzona, a nie tonęłam. Ciekawe doświadczenie. Woda była ciepła, było mi błogo, totalny relaks. I jeszcze te delfiny. Mają one coś w twarzy, że wydaje się, że się śmieją. Dobra energia się mieszała. Odpoczęłam i się obudziłam.

 

Akurat kilka dni temu zmieniłam tapetę na komputerze, bo robię to często. Zmiany są dobre. I wybrałam właśnie taką z delfinami.

Czy mój mózg już nie ma o czym śnić?

I w realu i we śnie mam dobre samopoczucie. Czy to normalne?



sobota, 27 sierpnia 2016

Wczoraj coś mi się śniło, ale nie mogłam tego poskładać, tylko urwane scenki. Więc zaprogramowałam się na to, żeby pamiętać ze szczegółami jak mi się coś przyśni. Mówisz-masz.

Dzisiejszy sen zapamiętałam. To był wczorajszy sen, jeszcze raz to samo, ale jakby wolniej wszystko się rozgrywało. Tak, żebym zapamiętała.

Poszłam z kimś do sklepu ze starymi rzeczami. Może to antyki, ale się na tym nie znam. Oglądałam różne rzeczy. Nie byłam pewna czy wolno było dotykać eksponatów. Ale zainteresowało mnie pudełko. Taki sześcian z ciemno brązowego drewna. Nic ciekawego, a jednak mnie przyciągnął. Wzięłam go w dłonie, poprzekręcałam, coś tam stuknęłam, nacisnęłam, obróciłam parę razy. I to pudełko otworzyło się, wyszły jakieś szufladki, zapaliły się światełka. Wnętrze pudełka było większe niż samo pudełko. Zupełnie nie wiem jak je otworzyłam. Po prostu moje ręce wiedziały co robić. Chyba znałam to pudełko, a teraz sobie tylko o nim przypomniałam.

Pojawił się sprzedawca i zabrał mi to otwarte pudełko. Powiedział, że długo czekał, aż ktoś zdoła je otworzyć. Dlatego pozwalał klientom wszystko dotykać.

Osoba, z która byłam, okazała się naganiaczem. Wyszukiwała różne osoby, które mogły otworzyć to pudełko. Nie wiem co było dalej, bo wyprowadził mnie ze sklepu. Stałam na ulicy. Rozejrzałam się i wiedziałam, że jestem w innym kraju. Musiałam chyba specjalnie tam pojechać. Nie wiedziałam jak wrócić do domu.

Poczułam się wykorzystana.

Obudziłam się.

Kolejny sen bez znaczenia, ale chociaż go zapamiętałam ze szczegółami. Pamiętam zapach sklepu, kolory, kurz i wszystko. Tylko po co.


Kilka dni temu obejrzałam po raz kolejny film z Cameron Diaz The box. Pułapka. Młode małżeństwo dostaje paczkę. Potem przychodzi facet i oferuje im milion dolarów za naciśnięcie przycisku. Gdy to zrobią ktoś na świecie umrze. I ona naciska przycisk. Okazuje się, że większość kobiet nacisnęło przycisk, choć potem żałuje. Facet z walizką ciekawie wygląda. Trafił w niego piorun i nie miał połowy twarzy. Wyglądał jak częściowo spalony prokurator z filmu Mroczny rycerz. Też niedawno powtarzali w tv. Interesująca była w nim postać Jokera, którą grał Heath Ledger. Miałam o nim napisać.

W tym filmie też jest pudełko z przyciskiem. Były dwa statki, na jednym byli więźniowie, na drugim zwykli ludzie. Na każdym statku było pudełko z przyciskiem. Do określonej godziny mieli nacisnąć przycisk, a wtedy drugi statek wyleciałby w powietrze. Ciekawe, że w tamtym filmie nikt nie wyleciał w powietrze. Ale to był komiks. Te dwa filmy łączyły pudełka i facet z połową twarzy. Ciekawe.

Mój sen to reakcja po obejrzeniu tych dwóch filmów. Nic więcej.

Ciekawe jak ja bym postąpiła. Przecież wiem. :)



wtorek, 23 sierpnia 2016

Byłam w jakimś mieście, w którym są same wysokie biurowce. Właściwie to były drapacze chmur, ale nie był to NY. Ludzie tam nie mieszkali tylko pracowali. Biurowce były całe z niebieskiego szkła. Jak się przyjrzeć to widać było biurka, krzesła i siedzących ludzi. Nie ma pojęcia czy ja też miałam wejść do takiej klateczki i pracować, ale poczułam się przytłoczona. Stałam tak na dole i zaczęłam tracić oddech, brakowało mi powietrza do oddychania. Te biurowce wszystko zabierały – przestrzeń, widok nieba, słońce i powietrze do oddychania. Czułam, że robi mi się słabo i jedynym wyjściem było opuścić to miejsce. Wyciągnęłam ręce i wzniosłam się w górę.

Zaczęłam latać. Wzniosłam się ponad chmury, a potem w kosmos. Leciałam szybko, przemierzałam ogromne przestrzenie. Mogłam lecieć gdzie chcę, a ja chciałam przelecieć przez wszechświat. Do latania nic mi nie było potrzebne. Nawet nie wiem czy oddychałam. To było nieistotne. Ale powietrze nie było rześkie, raczej stęchłe. Leciałam wyprostowana jak Neo w Matriksie.

Latałam dość długo, widziałam wszystko. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że wszechświat jest skończony i ja go właśnie obleciałam. Wróciłam do punktu wyjścia. Czułam się zrelaksowana. Fantastycznie było się przelecieć. Nie było to coś wyjątkowego, a raczej coś zwykłego. Choć nikogo nie spotkałam po drodze. Chyba wszyscy byli w pracy. A ja na wagarach ;)

Pojawiło się też rozczarowanie, że wszechświat jest zamknięty. Wszystko jest w nim na ustalonych pozycjach, niezmienne, przez wieku takie samo. Sprawdziłam to oblatując kosmos.

Obudziłam się.

Kolejny nic nie znaczący sen. Po ostatnich wykładach z kosmologii przekonałam się, że to nie jest nauka odkrywająca coś. To raczej nauka zajmująca się dopasowywaniem rzeczywistości do wymyślonych teorii. Ludzie, którzy się zajmują kosmologią są bardzo mądrzy. Ale nie przekonałam się do Big Bangu i nieustannego rozszerzania wszechświata. Dlatego we śnie obleciałam układ zamknięty i ten zapach stęchlizny.

Ostatnio po raz kolejny obejrzałam uważnie wszystkie części Matrixa, stąd ta tęsknota za nieskrępowanym lataniem. A może to ucieczka przed pająkiem. Bo poprzedniej nocy coś mnie ugryzło w twarz i rękę. Mam swędzące kropki.

No i te biurowce. W moim mieście buduje się kolejne biurowce. Te, które już stoją są puste, a stawiają kolejne. Kto tam będzie pracował? Ukraińcy. Jest ich mnóstwo.

Nie ma znaczenia czy śniłam czy nie. Gdy się budzę to nieustannie mam dobry nastrój, dlatego zawsze wyrażam wdzięczność za życie. Wszystko wprawia mnie w dobry humor. Mam więcej energii i pieniędzy. Taki dobrostan :)


sobota, 13 sierpnia 2016

Zasypiałam na wznak, ale tuż przed zaśnięciem przewróciłam się na lewy bok.

Chyba się fiksuję. ;)

Stałam na progu nowego mieszkania. Było popołudnie. Od razu miałam informację, że wcześniej mieszkałam w domu z ogrodem. W wyniku jakiegoś zdarzenia przeprowadziłam się do mieszkania w bloku, w wieżowcu.

Wyszłam z mieszkania. Nie zamykałam go, bo chyba zamknęłam je przed rozpoczęciem snu ;) Westchnęłam. Jakby już nic gorszego nie mogło mnie spotkać.

Zaczęłam schodzić schodami w dół. Zeszłam bez problemu kilka pięter. Aż natrafiłam na jakieś meble leżące na schodach. Ktoś się chyba wprowadzał, albo wyprowadzał. Chyba to drugie, bo meble były ustawione jedne na drugim. Były to stare meble, jak z czasów komuny. Teraz takie meble niektórzy promują jako fajne. A to była tandeta.Kanapy o krzesła miały obicie w drobną kratkę w kolorze buro-beżowo-szaro-brudnym. Niektóre stoły były połamane, nogami do góry.Dość dużo tego było, kilka pięter. Udawało mi się omijać przeszkody. Prawie na samym dole meble były tak ustawione, że musiałam je nadepnąć. Zrobiłam to bardzo uważnie, bo przecież to była czyjaś własność. W końcu zeszłam na parter i wyszłam z klatki. Był letni wieczór. Wokoło było dużo zieleni, trawników, krzewów i drzewek. Było też pełno ławek, na których siedzieli ludzie i ze sobą rozmawiali. Gdy mijałam kolejne ławki to niektórzy do mnie zagadywali. Byli serdeczni i mili. Pomyślałam, że jednak nie trafiłam źle i będzie dobrze.

 

Gdy się obudziłam to pomyślałam, że to nie ja śniłam swój sen, ale weszłam w buty kogoś innego. Nigdy nie mieszkałam w domu z ogrodem.  3 razy były to bloki, a 2 razy stare domy.

Czas snu to wydarzenia z przeszłości. Nie jest zielono. Teraz w mieście ulice i parki są betonowane, a drzewa ustawia się w donicach. Ponieważ nie mają korzeni więc szybko usychają. I ciągle kupuje się nowe. Wszędzie beton.

Atmosfera we śnie była zupełnie inna. Ludzie byli życzliwi do siebie, pomocni, choć biedni. Teraz tak nie ma.

Ciekawe, ale dzisiaj w ciągu dnia spotkałam kilkunastu sąsiadów. Zwykle 1-2. To chyba dlatego, że poniedziałek będzie wolny i wszyscy ruszyli na zakupy.

Było miło :)

 

 


środa, 10 sierpnia 2016

Wczoraj zasnęłam na lewym boku. Tak dla sprawdzenia, czy rzeczywiście pozycja zasypiania ma znaczenie. U mnie tak to działa. Śniłam i zapamiętałam.

Byłam w jakiejś wsi. A właściwie na łonie natury. Miałam sprawdzić, jaka jest przyczyna, że wszystko słabo rośnie. Nie jestem pewna czy byłam sobą, ale chyba byłam mężczyzną. Byłam szefem. Rozkazywałem ludziom, a oni robili wszystko co kazałem. Musiało coś być z ziemią nie w porządku skoro drzewa słabo się ukorzeniały, a uprawy były słabe. Nie była to wina ziemi, bo ona była doskonała. Kazałem ludziom kopać. I oni kopali. Zrobili coś podobnego do odkrywki w wykopaliskach archeologicznych. Nie musieli długo kopać. Po odkryciu ok. 2 metrów pojawił się chodnik. Naprawdę wyglądał jak chodnik, bo był zbudowany z kostek. Ale był piękny. Kafelki były równiutko położone, czyściutkie i ten kolor! Kostki były koloru czerwonego, błyszczące. Kolor podobny do domów w Chorzowie, moim rodzinnym mieście. Tam cegły miały inny, bordowy kolor.


Ten chodnik był bardzo porządnie wykonany i z doskonałego materiału. Zdziwiło mnie to, że przetrwał w stanie nienaruszonym tyle lat. Nie mam pojęcia w ciągu ilu lat przybyło 2 metry ziemi.

Wszystko było jasne. Plony były słabe, bo korzenie nie mogły się przebić przez ten wspaniały chodnik, który działał jak zapora. Pomyślałam, że to był chodnik, ale to wyglądało jakby ktoś wcześniej zabetonował całą ziemię, a potem przysypał czarną ziemią. Oczywiście dostałem pochwały, że rozwiązałem problem. A ja po prostu czułam, że tak trzeba było zrobić.

Ewidentnie moja dusza marzy o pięknych rzeczach. W realu wszystkie chodniki w mieście są brudne. Co 5 lat są wymieniane na jeszcze gorsze. Nie mają żadnej ochronnej powłoki i wystarczy splunąć, żeby ślad został na wieki wieków. Taki produkt zawsze wygrywa przetargi. Za każdym razem. Nie mam na to żadnego wpływu.

To też tęsknota za dzieciństwem, a może za dziadkami Ślązakami. Wszystko jest możliwe.

Gdy zasypiam na wznak to nic mi się nie śni.

Wykorzystałam zdjęcia ze strony http://www.sktj.pl/epimenides/globtrot/rumunia08_p.html 

Jak tylko je zobaczyłam to pomyślałam, że właśnie tam byłam.

 

 


 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
bajka107@gazeta.pl