Życie to wszystko co mam :

Zdrowie

poniedziałek, 01 maja 2017

Dawno temu gdy czytałam chińskie mądrości o tym jak rozpoznać choroby z twarzy człowieka to zdziwił mnie opis brwi. Autor opisywał co oznaczają różne kształty brwi i podał, że brwi podwójne to oznaka schizofrenii. Bardzo mnie to wtedy rozbawiło, bo przecież nie istnieją takie brwi. Przynajmniej ja nie znałam nikogo kto by miał coś takiego na twarzy. Potem myślałam, że to błąd w tłumaczeniu.

Gdy ostatnio zobaczyłam tę fotkę to przypomniała mi się chińska mądrość.


Szwedzka blogerka, makijażystka wymyśliła to coś i namawiała do tego innych. Potem uznała, że to dobry żart.

Żyjemy w czasach gdy blogerzy są wyrocznią, działają jak wahadła – rób to co ja. A biedni głupi ludzie bez zastanowienia ich naśladują. I czasem mogą zrobić sobie krzywdę.


Już nie śmieję się z chińskiej wiedzy.

Brwi chronią nasze oczy przed kurzem i potem. Ale główna ich cecha to nadawanie twarzy osobowości. Brwi są pierwszym owłosieniem, które pojawia się w życiu płodowym w 3 miesiącu. Potem rosną włosy nad górną i pod dolną wargą, a dopiero w 4 miesiącu pojawiają się pierwsze włosy na głowie.

Brwi są odpowiednikiem linii życia na dłoni. Jeśli ktoś miałby podwójne brwi, to jakby miał dwie drogi życia. Nie każdy umie wybrać, którą drogą ma podążać i stąd zaburzenia psychiczne, depresja, schizofrenia.

Michio Kushi w Diagnostyce wizualnej Orientu opisuje znaczenie wyglądu brwi.

Odległość między brwiami jest wynikiem sposobu odżywiania się matki w czasie ciąży. Mniejsza odległość jest wynikiem nadmiernej konsumpcji produktów zwierzęcych i długo gotowanych warzyw. Wielka odległość spowodowana jest odżywianiem się mlekiem, cukrem, owocami i surowymi warzywami. Ciężarna kobieta ma bardzo duży wpływ na wygląd swojego dziecka. Kobieta powinna odżywiać się w sposób zrównoważony, wtedy brwi będą ładne, symetryczne, łagodnie uwypuklone, a dziecko będzie w równowadze psychofizycznej.

Były kiedyś kobiety bez brwi, jak Mona Lisa.Czy ona naprawdę żyła?

Bardzo znana meksykańska malarka Frida Khalo ma bardzo charakterystyczne brwi. Chiński lekarz powiedziałby, że osoba jest emocjonalna, uparta i gwałtowna. Gęste brwi to wskaźnik witalności. Zewnętrzne końce skierowane do góry to charakter agresywny i ofensywny. Frida taka właśnie była w życiu prywatnym. Kłóciła się z mężem, dwa razy wychodziła za niego za mąż, zdradzała go z kobietami i mężczyznami. Ta jej witalność pomagała jej w rekonwalescencji po wypadku. Była bardzo schorowana, ale też zdeterminowana w dochodzeniu do zdrowia. Zmarła w wieku 47 lat od dużej ilości leków.

Edith Piaf miała zupełnie inne brwi. W młodości miała normalne, szerokie brwi. Te cieniutkie kreseczki nadały jej twarzy zupełnie inny wygląd. Duża odległość między brwiami oznacza niepewność, niezdecydowanie, brak determinacji i brak poczucia bezpieczeństwa. To znak wdowieństwa i separacji. Brwi opadające to charakter łagodny i wyrozumiały. Żyła 48 lat. Zupełnie się nie zgadza, że odżywianie wege matki gwarantuje długie życie. Obie artystki żyły prawie tyle samo lat.


MM urodziła się z łagodnymi brwiami. Po operacjach plastycznych brwi stały się spiczaste i krótsze. Zwężające się przy końcu brwi oznaczają fizyczną i psychiczną degenerację. Takie miała życie. Najpierw wzrost, a potem upadek. Nie warto wyskubywać brwi przy końcu i skracać sobie życia.

Długie brwi oznaczają długie życie. Skracanie się brwi lub ich przerywanie może oznaczać rozwijanie się poważnej choroby. Karygodne jest przekłuwanie brwi, bo można uszkodzić sobie wzrok. Zwykle ludzie robią to w 3 części brwi, czyli na starość będzie się działo (zło).

Ludzie sami sobie planują swoje życie. Patrząc na fotki wiadomo co będzie, nie trzeba być jasnowidzem.

Jeśli ktoś straci brwi to powinien jak najszybciej sobie je namalować. Osoby chore na raka, które stosują chemię tak mają. Te, które znałam już nie żyją. Znikła ich droga życia.

Nie kombinuj z brwiami. Nie warto. Każdy chce mieć długie życie w zdrowiu. A to zapewnią łagodne wyraziste brwi. Między innymi.

 

poniedziałek, 28 listopada 2016

Miałam już zakończyć notki zdrowotne, ale te sprawy są tak ciekawe, że nie wytrzymałam.

Nic dziwnego, takie moje przeznaczenie ;)

Ciągle analizuję trafność horoskopu słowiańskiego. Nie ma tam zbędnych słów pasujących do każdego. Mój jest skrojony idealnie dla mnie.

Ćwiczenie 3, krąg 8 świat dolny – dar: uzdrawianie słowem, działaniem, myślami, dotykiem. Moim przeznaczeniem (jednym z wielu) jest ratowanie ciał i dusz ludzi. Dlatego interesuję się cienką granicą między życiem i śmiercią. Powinnam mieć zawód medyczny, ale ja wolę znajomości z lekarzami. Ostatnio poznałam lekarza (chirurga), który opowiada niesamowite historie. Mówi się, że medycyna pomaga w 40%, a on mówi, że w 20%.

Człowiek, który chce żyć musi mieć „wolę życia”. Do każdej operacji przygotowuje się pacjenta tak samo. Ale jedni szybko zdrowieją, a u innych są komplikacje i proste zabiegi mogą prowadzić do śmierci. Często o tym czytamy w prasie. Oczywiście, że lekarze popełniają błędy, ale często do tragedii prowadzi wiele czynników. Pacjent z wolą życia będzie żył, nawet jak lekarz się pomyli.

Może mój ojciec przeżył 2 raki, bo ja nim manipulowałam, podrzucałam mu nowe terapie i zakazałam chemii. Mam wejścia do Wyższej Siły i mogłam mu to załatwić ;)

Jako dziecko czytałam opowieść o człowieku, który chciał popełnić samobójstwo. (Czy ja już o tym nie pisałam?) Najpierw wypił truciznę, potem podciął sobie żyły stanął na szczycie skarpy, założył pętlę na szyi i skoczył do oceanu. Przeżył, bo pętlę umocował na spróchniałym drzewie, które się rozleciało. Gdy napił się słonej wody zwymiotował truciznę, a krew z ran ciętych przestała płynąć. Może to bajka, bo nie mogłam znaleźć nigdzie opisu tego przypadku. Myślę, że zadał sobie więcej „ran”, które miały mu zapewnić pewną śmierć, ja pamiętam tylko te 3.

Dzisiaj mamy 333 dzień roku, a więc szczęście zwielokrotnione. I taki ten dzień był dla mnie :)


Może więcej szczęścia będzie miała Shannen Doherty.

Kto oglądał Beverly Hills 90210 zapamiętał Brendę Walsh. Od marca 2014 roku (albo od lutego 2015) choruje na raka piersi i udziela wywiadów. Swoją chorobę opisuje też w internecie. Mam wrażenie, że zmierza do śmierci, podobnie do Farrah Fawcett, o której pisałam dawno temu tu Farrah-Fawcett

FF zmarła ponad 7 lat temu i nagrywała film ze swego umierania. Takie wtedy były możliwości. Nie oglądałam. Od tamtej pory umarło wiele „gwiazd” internetu, które opisywały swoje umieranie, zakładały fundacje i robiły inne zbędne rzeczy.

To samo robi teraz Shannen. Pokazuje fotorelacje z golenia głowy, wstrzykiwania trucizny w żyły … Takich fotek tu nie będzie.

Dziwnie szybko zrobiono jej mastektomię (tak radzili lekarze), potem były przerzuty do węzłów chłonnych (rak ucieka), chemioterapia (rak się uzłośliwił), będzie radioterapia. A potem … Wyniszcza ją trucizna, a nie rak. Statystyki nie kłamią.

Udziela wywiadów, które brzmią jak sponsorowane, a nie jak szczere wyznania chorej kobiety.

Przeczytałam ostatnio kilka i nie zgadzam się z żadną jej wypowiedzią.

Swoją batalię dokumentuje w mediach społecznościowych, chcąc dać innym kobietom motywację do walki z chorobą.”

Dokładnie to samo robiła FF i umarła. Motywacji dla innych kobiet nie widzę. Raczej użalanie się nad sobą.

Powiedziałam mężowi, że powinien cieszyć się każdą chwilą ze mną, bo za pięć lat nie będę już żyć.”

Mówisz – masz. Moim zdaniem, jak tak dalej będzie, 2017 będzie ostatnim rokiem, który przeżyje.

Rak dał mi coś niesamowitego, bardziej pozwolił mi być sobą, osobą, która wcześniej chowała się za innymi rzeczami.”

Wow. Rak naprawdę nie jest fajny. Żeby być sobą wystarczy sobie na to pozwolić, uwolnić się od stereotypów.

Rak zmienił moje życie na lepsze. Sprawił, że jestem lepszym człowiekiem.

Choroba to sygnał, że idziesz złą drogą, robisz coś źle, brak ci harmonii i równowagi. Znam niezabójcze sposoby na zmianę życia na lepsze.

Rak ujawni kłamstwo w twoim życiu, pokazuje kto cię zawiódł, a kto jest naprawdę przy tobie.

To właśnie bliscy i przyjaciele zwracają ci uwagę, że coś z tobą nie tak. Ale ty nie słuchałaś, wiedziałaś lepiej. Przyjaciele właśnie po to są. Bliscy pielęgnują w chorobie. Przyjaciele mają swoje życie, mogą cię tylko wspierać. I po to są.

Przyjaciół poznaje się w biedzie. Czy ona naprawdę miała przyjaciół? Zwykle wokół znanych osób jest wianuszek ludzi, którzy chcą ogrzać się w sławie.

Czy ona miała przyjaciół?

Każdy może zachorować na raka w dowolnym okresie swojego życia, ta choroba nie wybieram, zależy mi, żeby ludzie badali się wcześniej, wiem, ze strach jest wielkim czynnikiem.”

Nie każdy. Tylko ten, kto pielęgnuje w sobie urazy. Badaj się, ale nie za często, nie szukaj choroby.

Bardzo ważne jest jednak, by wykryć chorobę tak wcześnie jak to tylko możliwe.”

No właśnie. Symptomy choroby występują dużo wcześniej. Nie wolno niczego ignorować i udawać, że choroby nie ma.

Nie polegajcie tylko na innych, którzy powiedzą wam co robić. Dowiedzcie się wszystkiego, bo to wasze ciało, choroba przytrafiła się wam.

Żeby wyzdrowieć trzeba wykorzystać wszystko co tylko możliwe. Tu ma rację.

 

We wrześniu 2016 r. pojawiła się na imprezie Stand Up to Cancer 2016, która odbyła się w Los Angeles. Pozowała fotoreporterom w makijażu i z uśmiechem na twarzy. Towarzyszyli jej mąż - Kurt Iswarienko oraz jej lekarz onkolog - Lawrence Piro.

Tym samym okazała wsparcie innym osobom walczącym z chorobą.”

Litości! Nie widzę tu wsparcia niczego, oprócz onkologii.

Rak ma wiele twarzy. To jest jedna z nich - napisała. Dzień Chemii z Kurtem Iswarienko, 10 sierpnia 2016.”

Epatowanie bezsilnością. Hołubienie raka.

Mimo ciężkiej choroby Doherty nie przestaje pomagać innym.”

Zamiast zająć się sobą zajmuje się innymi. W żaden sposób to nie pomoże jej wyzdrowieć.

Przez cały ten czas zastanawiam się, co mi pomoże. Czy zadziała chemioterapia? A może radioterapia? A może będę miała nawrót i drugi nowotwór?”

Szuka pomocy u lekarzy, a nie w sobie, w swoim myśleniu i postępowaniu. Nie widzę próby zmierzenia się z przyczyną raka piersi. Przyciąga kłopoty. Czy ona przeczytała jakąś książkę o przyczynach chorób? Czy ona wie dlaczego zachorowała?

Staram się dobrze odżywiać, ćwiczyć i myśleć pozytywnie.”

To nie pomoże. To udawanie, że będzie dobrze. To złudzenie, wpływ Neptuna.

Choroba to wyzwanie, z którym trzeba się zmierzyć. Zaakceptować, zatrzymać się, przeanalizować i wdrażać nowe.

Rak to brak harmonii.

Piersi symbolizują macierzyństwo, wychowanie i karmienie. Osoba, która choruje jest nadpobudliwa, nadopiekuńcza, wszystko kontroluje i jest niezwykle wymagająca. Bardziej interesuje się innymi niż sobą. Osoba ma uczucia macierzyńskie wobec osób, które kocha, matkuje im i staje się przesadnie ostrożna.

Prawa pierś osoby praworęcznej ma związek z partnerem, rodziną lub z kimś z najbliższego otoczenia. Lewa pierś to związek z dzieckiem. (Lise Bourbeau, Twoje ciało mówi: pokochaj siebie).

I to jest prawda. Moja znajoma bardzo ingerowała w życie swojej córki. Ta wyprowadziła się z domu, nawet choroba matki jej nie zatrzymała. Człowiek dusi się i w trosce o swoje życie unika takiej matki, choć ją bardzo kocha. Lekarstwo: wyluzuj, daj przestrzeń dziecku, niech popełnia własne błędy, nie dołuj jej. To samo z innymi bliskimi.

Rak piersi jest możliwy u osób bezdzietnych. Może tu chodzić o wewnętrzne dziecko, albo o nieżywe dziecko. Energia dzieci po aborcjach nie ginie, jest blisko. Trzeba sobie wybaczyć, puścić i prosić o wybaczenie (uzdrawianie miedzypokoleniowe).

Rak zatrzyma się w momencie, gdy czynnik choroby zniknie. Dopóki człowiek żyje to wszystko jest możliwe.

Shannen Maria urodziła się 12.04.1971=25=7

Numerologicznie jest podobna do FF ur. 2.02.1947=25=7

Ojciec (12) Shannen, pracownik bankowy – konsultant hipoteczny, nauczył ją przebojowości, bo działał siłą Słońca (1), albo słowem Księżyca (2), albo siłą Urana (3). Stosował różne chwyty, żeby dziecko robiło to co chciał tatuś. Nie dawał jej wyboru.

Matka (4), pracownik gabinetu kosmetycznego, silna i idealna, nakazowo-zakazowa.

Ma 2 braci, młodszego i starszego. Co w takiej rodzinie może zrobić Siódemka?

Może grać, udawać kogoś innego, być kim zechce. Musi sobie radzić.

W 1978 rodzina przeniosła się do LA. Shannen grała w spektaklach dziecięcych. Jako 9 latka ubłagała rodziców, żeby pozwolili jej zostać aktorką. Uczyła się znakomicie w prywatnej szkole francuskiej. W 1982 roku zagrała w Domku na prerii Michaela Landona. A potem grała bez przerwy w produkcjach kinowych, ale najwięcej w serialach tv (Czarodziejki, Autostrada do nieba …). Często też grała siebie.

Siódemka obdarza magiczną osobowością (podobnie jak FF). Osoba taka ma wrażenie, że Bóg ją naznaczył i wspiera. Owszem, do czasu. Siódemka to nie szczęściara jak Trójka.

Ma wyrazistą osobowość. Jako 19 latka zagrała w Beverly Hills 90210 i grała 4 sezony. Została zapamiętana. Ludzie lubili nienawidzieć jej postać. W tańcu z gwiazdami (2010 r.) ludzie nie dali jej szansy i była ostatnia.

Nie miała szczęścia do ludzi. Jej pierwszy księgowy ją okradł. Procesował się też z menadżerem, który czegoś nie zapłacił i chora Shannen nie miała środków na leczenie.

Była na rozkładówkach Playboya.

Miała negatywną opinię. „Koledzy” i „koleżanki” z planu jej nie lubili. A ona była arogancka i kłótliwa. Nie dała po sobie jeździć i wykorzystywać. „Ona nie przeprasza”. Ludzie nie lubią lepszych od siebie, a ona ma niepowtarzalną charyzmę. Jest zdolna.

W 1999 roku ujawniła, że miała chorobę Crohna. A podobno jest nieuleczalna.

W grudniu 2000 roku aktorka została aresztowana za jazdę pod wpływem alkoholu.

Miała wiele burzliwych związków. Pierwszy mąż, Ashley Hamilton (syn aktora George'a Hamiltona) był nim krótko. Pobrali się po 2 tygodniach znajomości na 5 miesięcy. Z kolejnym Rickiem Solomonem, ślub anulowano po kilku miesiącach. Od 5 lat jest szczęśliwa z fotografem Kurtem Iswarienko.

Shanen w oczach ma strach i zdziwienie (że jest chora na taką chorobę), brak jej pokory (myśli, że nie umrze). Myśli, że wszystko będzie dobrze. A niby dlaczego ma tak być skoro nie naprawia swoich relacji (ciągle zajmuje się innymi).

Człowiek to doskonała myśląca istota. Chory człowiek uparcie nie chce zauważać znaków.

Mamy kolejny spektakl hołubienia raka. Pokazuje się nam, jak wygląda życie z rakiem i że z rakiem można żyć. Tak. Tylko krótko i co to za życie.

Żeby wyzdrowieć trzeba skupić się na zdrowiu, a nie na raku. Poświęcając mu tyle czasu i uwagi wzmacnia go, daje mu energię. A przecież nie o to jej chodzi. Chyba.

Powinna często używać magicznych słów: przepraszam, proszę, dziękuję, wybacz mi, wybaczam, kocham.

Niech się rozejrzy wokół siebie, czy nie ma tam Jedynki, która ją zainspiruje do zdrowia. Inni widzą lepiej. Jako Siódemka jest pod władaniem Neptuna, żyje w iluzji. Może budować, ale może też niszczyć, jak tsunami. Z euforii może popadać w depresję. Potrzeba jej słonecznej mocy Jedynki, która rozjaśni mgłę.

Jak będzie chciała wyzdrowieć to tak będzie. Ma intuicję, powinna wiedzieć co jest dla niej dobre.

Shannen - puść tego raka, nie trzymaj go na smyczy. Zmień swoje nastawienie. Zacznij zdrowieć.



sobota, 02 lipca 2016

Mamy dwa mózgi. Jeden w głowie, drugi w brzuchu.

Są pojedyncze osoby na świecie, które fizycznie nie mają mózgu, albo jego części, bo utraciły go w wypadku. I jakoś żyją. Ciekawie o mózgu pisze profesor Vetulani na blogu vetulani.

Mózg jak każdy narząd trzeba oczyszczać. A najlepszym detoksem jest sen.


Czy sen jest nam potrzebny, czy to tylko strata czasu?

Już Szekspir pisał, że Sen jest balsamem dla duszy, a Tadeusz Kotarbiński Sen jest to skracanie sobie życia w tym celu, aby je wydłużyć.

Sen to czas porządków. Sen składa się z 5 faz, ale najważniejsza jest faza REM – snu głębokiego. Mózg w czasie snu nie przerywa pracy, a niektóre obszary są bardziej aktywne niż w ciągu dnia. Mózg w ciągu dnia zbiera i przetwarza informacje, by w ciągu nocy je konsolidować. Nocą następuje odnowa i wymiana komórek, a to wpływa na układ odpornościowy.

Nasi przodkowie spali 6-6,5 godzin na dobę. Kładli się spać dopiero gdy temperatura spadała i było chłodno. Budzili się godzinę przed wschodem słońca. Brak snu przez 10-14 dni powoduje śmierć człowieka. Zbadali to pseudolekarze, którzy wymyślają tortury.

Ważna jest jakość snu. Trzeba spać wygodnie i w ciemnym pomieszczeniu. W miastach jest widno w nocy i może dlatego tak wielu ludzi ma problemy ze snem.

Właściwy czas snu to 7,5 godzin. Gdy sypiamy regularnie dłużej (8-10 godzin) to wzrasta ryzyko zachorowania na serce i raka, i zgon w ciągu 6 lat. Sen krótszy niż 5 godzin może prowadzić do podwyższonego ciśnienia. Starsi ludzie tak mają. Ale oni boją się, że mogą umrzeć podczas snu i śpią czujnie w nocy, a w dzień drzemią.

Mówi się, że sen to brat śmierci. Wg mitologii greckiej bogiem marzeń sennych był Morfeusz. Jego ojcem był bóg snu Hypnos, stryjem bg śmierci Tanatos. Morfeusz miał dwóch braci: Ikeleosa boga koszmarów sennych i Fantasosa – boga snów o zwierzętach i przedmiotach.

Morfeusz przybierał w snach postać ukochanej osoby.

Gothe w Fauście pisał (s.118):

To właśnie czarów mocą jest nieznaną:

wszyscy w niej widzą swoją ukochaną.

Sen jest istotny dla naszego zdrowia, dlatego też coraz więcej jest akcji typu: Noc zakupów, Noc muzeów, nocne bieganie, nocne jazdy na motorach, na rolkach, nocne imprezy, bale i wiele innych. Bo chodzi o to, żeby nasze mózgi nie oczyszczały się z toksyn. Nie wypłukane podczas snu szkodliwe substancje sprzyjają chorobie Parkinsona i Alzheimera. Człowiek niewyspany jest podatny na różne choroby, jest rozdrażniony. Ale kogo to obchodzi.

Każdy rodzic wie, że chore dziecko szybciej wraca do zdrowia jak się wyśpi. Naukowcy też to wiedzą, bo teraz można obrazować zmiany zachodzące w mózgu na żywym człowieku. Podczas snu płyn mózgowo-rdzeniowy podwaja swą objętość i wypłukuje szkodliwe substancje. Duże obszary mózgu są wyłączone, a neurony się kurczą, żeby zrobić miejsce dla tego płynu.

Człowiek wyspany jest w dobrym nastroju. Dobry nastrój może nam poprawić metoda wibracji fal mózgu koreańskiego filozofa, muzyka i adepta sztuk walki Ilchi Lee. Ciekawostka, ja nie próbowałam Myśli na dobry nastroj

A po co nam jest drugi mózg? Może jest w nas druga istota, o której nie mamy pojęcia.

Na pewno miałeś takie sytuacje, że strach ci skręcał brzuch. Wystarczyło kilka oddechów i następowało rozluźnienie. Każdy kto praktykował pranajamę wie, że oddychanie „do brzucha” rozjaśnia umysł. Martwisz się czymś, nie wiesz co robić to zrób kilka takich pełnych oddechów, a się o tym przekonasz sam. Jakbyś wlewał wodę do dzbana i wylewał.

To co mieszka w jelitach steruje metabolizmem, odpornością, psychiką. Naukowcy odkryli, że istnieje autonomiczny jelitowy układ nerwowy. W jelitach wytwarza się 90% serotoniny (hormonu szczęścia), neuroprzekaźnika, który dba o dobry nastrój, prawidłowy sen, przemianę materii, odczuwanie bólu. Niedobór serotoniny może powodować depresje.

Oba mózgi są ze sobą połączone za pomocą nerwu błędnego, najdłuższego nerwu czaszkowego. Ciekawe dlaczego 90% sygnałów płynie od jelit do mózgu, a tylko 10% z mózgu do jelit. Ważne sprawy ma do przekazania mózg jelitowy i to on rządzi. ;) Czyje polecenia wykonuje mózg w głowie?

Człowiek może żyć z częścią jelit. Wykonuje się operacje wycięcia sklejonych czy chorych części jelit, i wtedy ludzie odżywiają się pozajelitowo. Nie znam nikogo takiego i nie wiem jak długo tacy ludzie żyją. Czy to znaczy, że brak im drugiego mózgu?

W procesie trawienia najważniejsze procesy zachodzą w jelitach. Najpierw w dwunastnicy, czyli części jelita cienkiego tuż za żołądkiem. Z dwunastnicą łączą się 2 przewody. Z wątroby idzie żółć, która rozkłada tłuszcze, a z trzustki płynie sok trzustkowy, który rozkłada białka i węglowodany. Potem pokarm idzie kilka metrów przez jelito czcze i kręte. Potem to co nie zostało wchłonięte i strawione idzie do jelita grubego (1 m). Jelito grube zaczyna się kątnicą z wyrostkiem robaczkowym, potem jest okrężnica wstępująca, poprzeczna i zstępująca, a potem esica i odbytnica. Tutaj bakterie rozkładają resztki i produkują związki bakteriobójcze, przeciwzapalne, witaminę B12, K, tiaminę i ryboflawinę. Przyswajane są elektrolity i składniki mineralne jak wapń.

Oczyszczanie jelit lewatywą można przeprowadzać najwyżej dwa razy w roku. W jelitach znajdują się bakterie niezbędne do przetwarzania pokarmu i jest ich prawie 2 kg.

Czy homoseksualiści, którzy wykonują lewatywy codziennie przed seksem pozbywają się tych bakterii? Czy dlatego tracą odporność i chorują na AIDS?

Jelita nie lubią gwałtownych zmian i ekstremalnych diet. Zawsze gdy wystąpi jakaś anomalia powinno się pójść do lekarza. Gdy masz biegunkę można zjeść węgiel lub pół słoika jagód (zawsze mam w lodówce), a w razie zatwardzenia zjeść namoczone suszone śliwki. Ja kiedyś spróbowałam jeść jabłko i popijałam zimną wodą. To są działania doraźne, gdy nie ma problemu z jelitami. Kupowanie preparatów z reklam bez konsultacji z lekarzem grozi ciężką chorobą.

Jelitom szkodzi każda kuracja antybiotykami. 7 dni kuracji zaburza florę jelitową, która odbudowuje się do 2 lat. Przez antybiotyki hodujemy zły nastrój, stany lekowe i depresyjne.

Negatywne emocje jak złe postępowanie, złe myśli i zamiary oraz chęć wcielenia ich w czyn wpływają negatywnie na pracę jelit. Do zaparć prowadzi przede wszystkim chciwość, natomiast potępianie innych – do biegunki.

W ramach 10% przekazu z mózgu do jelit zażyczyłam sobie zmianę pory wypróżniania. Zwykle do wc chodziłam po południu lub wieczorem. A postanowiłam zmienić porę na rano między 5 a 7 godziną, co jest związane z zegarem biologicznym. Po 3 dniach miałam dzień postoju, a potem wc odwiedzałam ok. 9 rano. Po 5 dniach nastąpiła regulacja i wypróżniam się ok. 7 rano, jak wstanę.

Bardzo ważna jest obserwacja co z nas wychodzi. Dlatego mój ojciec nie pozwolił zrobić remontu łazienki, bo nie ma teraz wc z półką. Dzięki temu wcześnie odkrył nieprawidłowości.

Codziennie jesz to codziennie się wypróżniaj, najlepiej rano. W pożywieniu powinien być błonnik. Nie trawimy go, ale jest potrzebny do przesuwania pokarmu przez jelita. Powinno się unikać pożywienia wzdymającego, czyli ostatnio chleb nasz powszedni ma takie właściwości.

Ponieważ oba mózgi są ze sobą połączone, aby być zdrowym musisz zadbać i o sen i o zdrowe jelita. Nie da się myśleć pozytywnie mają zaparcia czy biegunki. Gdy doprowadzisz do porządku jelita to świat wyda ci się piękniejszy. Jak mnie.

 

Dbajmy o nasze mózgi, to będziemy mieli pogodne myśli i będziemy zdrowi.

 

 

środa, 29 czerwca 2016

Ostatnio napięcie w rodzinie rośnie, bo zbliża się coroczne badanie PSA. Podobno lekarz powiedział, że jest gorzej i konieczna będzie chemia. Dziwne. Nie mamy wyników na papierze, tylko słowo lekarza. Nic dziwnego, że ojciec boi się iść na to badanie. Czytałam w internecie, że połowa mężczyzn po negatywnym badaniu okazała się zdrowa. Po co komu tak wadliwe badanie? Stresuje tylko potencjalnych klientów. Podobnie jest z darmową mammografią, która zawsze wykazuje jakieś nieprawidłowości, które trzeba weryfikować.

Lekarz ojca napomyka coś o chemii. To chyba kolejny wyznawca stereotypu "Co cię nie zabije to się osłabi". Chyba dlatego ludzie godzą się na trucie, bo nie umrą od razu. Ile jest warte życie pacjenta?

Jak w każdym zawodzie są dobrzy i źli. Lekarze nie są wyjątkami, są wśród nich mierni i świetni.

Od setek lat nic się nie zmienia. Lekarze zabijają, a ludzie śpią i nieświadomi umierają.

Akurat czytam Fausta i pasujący cytat:

Zgoła nie zasłużyliśmy—ojciec ze synem,

aby lud ich zasługi uwieńczał wawrzynem.

Mój ojciec, widzisz, parał się ciemnymi siły—

w jego pracowni w tyglach się rodziły

one leki i maści, czarodziejskie brednie,

które w nocy spłodzone, leczyć miały we dnie.

Ogółem biorąc był to człowiek sprawiedliwy,

który wierzył w te swoje obłąkańcze dziwy —

wierzył—więc był spokojny i czysty w sumieniu.

Owe lwy i lilije żenione w płomieniu

na łożu madejowym rozciągał i smażył,

aż królewnę rumianą w retorcie uwarzył.

Lecz gorzej, kiedy chorych tym wywarem leczył,

boć, rzecz jasna—nikogo tym nie zabezpieczył

przed śmiercią, wprost przeciwnie, dużo zdziałał złego,

umierali—nie wiedząc przez kogo i z czego;

w dolinach tych i górach z ojcowej poręki

najsroższe były mory i największe męki;

ja sam, ojcowym zarażony szałem

tysiącom te trujące leki podawałem.

A dzisiaj, o, ironio! ofiarują serce

i wielbią—chwałą darzą—kogóż to? mordercę!

(źródło: "Faust" Johann Wolfgang von Goethe, tłum. Emil Zegadłowicz, wolnelektury.pl, strona 26)

Nic dodać nic ująć.

Musiałam dzisiaj iść do urzędu, bo nie wszystko da się przesłać przez internet. Dużo się zmieniło. Urzędnicy nie są już bezczelni i chamscy i sprawy załatwiają szybko. Gdybym nie poszła to bym nie widziała napisu na elewacji urzędu.

Nie spodziewałam się pytania egzystencjalnego w takim miejscu. Chociaż, chodzi tu raczej o wartość godziny pracy, a nie życia. Wszystko można policzyć. Inaczej kosztuje godzina w zdrowiu, inaczej godzina w chorobie, inaczej godzina bogatego, inaczej biednego. Życie ma najwyższą cenę dla nas samych i jest bezcenne. Bo każdy z nas ma tylko jedno życie. Na razie.

Przypomniał mi się film z Justinem Timberlake "Wyścig z czasem". To ten film z licznikiem czasu na przedramieniu. Powiedzenie "nie mam czasu" nabiera zabójczego znaczenia.


Film opowiada o niedalekiej przyszłości, ludzie zarabiają czas, a ubodzy umierają w 25 roku życia. Czasu starczyłoby dla wszystkich, a jednak podział jest nierówny, jak zawsze. Ciekawe zdania wypowiada główny bohater. Pasują też w obecnej sytuacji ludzkości.

Wstawiam trailer, dla przypomnienia. Prędko go zabiorą. ;)

piątek, 27 maja 2016


Uważne oglądanie reklam jest pożyteczne. Zwiększona ilość reklam magnezu bardzo przypomina stare reklamy nurofenu (na zatoki, na ból pleców, głowy). Mamy teraz magnez dla kobiet, dla mężczyzn, dla sportowców, na stres, na skurcze i magnez dla dzieci (perfidne). Po niezależnych badaniach stwierdzono, że wszystkie rodzaje preparatu zawierają to samo, a różnią się tylko opakowaniem i oczywiście ceną. I zabroniono reklam wprowadzających w błąd. Choć pozwolono przepakować ten środek w jednolite opakowania i sprzedać. Kara 1,7 mln dolarów (miało być 6 mln). Więcej tu Nurofen

Akurat wpadła mi w ręce stara książka prof. Juliana Aleksandrowicza i Ireny Gumowskiej "Kuchnia i medycyna". Pan profesor jest autorem stwierdzenia, że magnez jest królem życia, bo człowiek nie może być zdrowy bez magnezu. Polskie Towarzystwo Magnezologiczne nosi jego imię PTM 

Lekarze lubią się zrzeszać ;) Magnez potrafi działać dobroczynnie na wiele schorzeń, bo jest regulatorem naszego organizmu, kontroluje metabolizm, syntezę białka, rozmnażanie komórkowe, zapobiega powstawaniu kamieni nerkowych itd. Prawdziwy król.

W uprzemysłowionym świecie ludzie mają niedobory tego pierwiastka. Nie tylko brak go w pożywieniu, ale też wypłukuje się go przez alkohol, środki moczopędne i uspokajające. Na terenach, na których woda pitna jest miękka występują większe zachorowania na choroby serca.

Niedobór magnezu może powodować stany niepokoju, zdenerwowania, lęku, zniecierpliwienia, bezsenność, zmęczenie, bóle głowy, stres. Wstrzyknięcie (bardzo powoli) siarczanu magnezu obniża te dolegliwości.

Uważa się, że drgania powiek, skurcze mięśni czy drętwienie kończyn to brak magnezu. Ale też mogą to być objawy odwodnienia, choroby nerek, niewydolności żylnej, dolegliwości neurologicznych, czy choroby mózgu. Idź do lekarza i sprawdź co ci dolega, bo rzucając się na suplementy możesz przeoczyć poważną chorobę. Można zjeść tony magnezu, ale jeśli organizm nie jest zdolny do jego przyswojenia i użycia w metabolizmie komórki, to tak jakby magnezu nie było. Braki magnezu mogą być spowodowane chorobą tarczycy, przytarczyc czy przysadki.

Dbajmy o dostarczanie magnezu w pożywieniu. Wiadomo, że najwięcej magnezu jest w kakao. Pisałam już o tym tu Kakao-i-etykiety


Możesz trafić na oszukane kakao, na dosładzane czekolady z olejem palmowym. Ja pogryzam ziarna kakaowca, palone, bez żadnych dodatków, gorzkawe, pyszne. Lubię takie smaki.

Zimą jedz kasze i płatki owsiane, fasolę i groch, a nie będziesz miał niedoborów magnezu. Tej zimy zjedliśmy 3 kg kaszy gryczanej, zwykłej i palonej.


Zawartość magnezu w różnych produktach zbadano wiele lat temu.


Tę tabelę powielają wszystkie książki nawet te wydane niedawno.  Naprawdę nic się nie zmieniło? A może nikt już tego nie bada.

Są jeszcze spowalniacze wchłaniania magnezu. Gdy pijemy colę to żaden magnez nie zostanie wykorzystany przez organizm. To samo dotyczy tłustych mięs, kwasu szczawiowego (nie gotować długo warzyw) i fosforowego (ryby).

Samodzielna suplementacja pomoże ci, ale bardzo powoli. W jednej tabletce jest bardzo mało substancji czynnych, a pełno wypełniaczy. Żeby zauważyć poprawę, trzeba by łykać tabletki przynajmniej miesiąc. Czy żelatyna jest wege? Lepiej idź do lekarza i zrób badania, jak się źle czujesz.


Nie wszystkie dodatki zostaną wydalone z moczem. Większość zostaje w tkankach, a ludzie gorzej się czują. Nie wiedzą dlaczego. Talk stosujemy zewnętrznie, po co mamy go połykać. Policz sobie ile tego łykasz codziennie. Myślisz, że to nie ma wpływu na twoje zdrowie?

Przecież połknięcie kilku tabletek nie sprawi, że stres zniknie.

Najgorsze suplementy to mieszanki, bo organizm przyswaja tylko jeden pierwiastek, a wątroba i nerki męczą się przetwarzając wszystko. Za dużo magnezu osłabia mięśnie, nie przesadzaj. Zdrowiu sprzyja równowaga. Jedz wszystko w małych ilościach.

Organizmowi człowieka potrzeba połowę ilości magnezu co wapnia. Jeśli wapnia w stosunku do magnezu jest za dużo, to odczuwamy niedobory magnezu. A jeśli magnezu jest za dużo w stosunku do wapnia, to mamy niedobory wapnia. Dla zdrowych kości i zębów spożywaj produkty zawierające więcej magnezu niż wapnia.

 

Reklamy kształtują myślenie ludzi na temat zdrowia.

A uważne ich oglądanie ma wpływ na nastrój. Przynajmniej mój. Bo może jednak skoro "wszyscy mają katar, chore zatoki, żylaki ..." to może i ja. Więc zrobiłam pełną morfologię. Wyszła świetne. Nic mi nie jest. To tylko reklamy. Coraz gorsze, wykorzystujące dzieci by sprzedać wszystko. Kiedy się zaczną pozwy w sprawie kłamliwych spotów?

 

 


piątek, 11 marca 2016

Na tę chorobę zachorowała moja mama. Dziwne, bo 20 lat temu już ją miała i przechorowała. To ostra choroba podobno zakaźna, którą wywołuje Varicella-zoster virus. Ten sam co ospę wietrzną – wiatrówkę. Niby zaraźliwa, ale nikt więcej z rodziny nie zachorował. Coś tu nie gra.

Choroba jest bardzo bolesna. Trzeba leżeć i czekać na wyzdrowienie 2 tygodnie.

Oczywiście sprawdziłam w książce co ta choroba mówi o człowieku.

Zawsze sprawdzam z nadzieją, że autor się pomylił i nie ma racji. Dlatego też między innymi zajęłam się numerologią, żeby wykazać brak jakichkolwiek prawidłowości.

 

Półpasiec – chory przeżywa silną złość wobec jakiejś sytuacji lub osoby. Ma poczucie, że musi się płaszczyć i nie może żyć tak, jak chce. Czuje ogromną gorycz. To co się dzieje, boli go, ale lęk uniemożliwia mu stawienie czoła sytuacji. Ciało wysyła ostrzeżenie, gdyż system nerwowy jest coraz bardziej zainfekowany tym, w jaki sposób chory przeżywa tę trudną dla siebie sytuację.

 

To cytat z tej książki:

 

Wiele drobnych dolegliwości usunęłam stosując wskazówki autorki (np. złamanie). Więc polecam. O innej książce Lisy Bourbeau pisałam TUTAJ

Półpasiec nie pojawił się znienacka. Od około pół roku mama bardzo się przejmuje wiadomościami z telewizji. Boli ją to co się dzieje. Ogląda wszystkie programy informacyjne, potem nie może spać w nocy, bardzo wszystko przeżywa. Wiele razy z nią rozmawiałam, ale ona nie słucha. Mnie nie interesują te tematy, ojciec wychodzi z domu na spacer, więc ona nie ma z kim pogadać. Próbuje nas wciągać w dyskusję. Tylko, że jaki sens ma rozmowa o czymś na co my nie mamy wpływu. Higiena psychiczna jest najważniejsza. Większość ludzi to wie. Ale są osoby, które angażują się w sprawy, o których nie mają pojęcia, łykają wszystko co powiedzą w tv. Nie odróżniają prawdy od kłamstwa, nie znają kuluarowych ustaleń.

Właściwie to choroba była tylko kwestią czasu.

Mama wykupiła leki za 100 zł, leży i cierpi. Ma czas na zastanowienie się. Oczywiście powiedziałam jej dlaczego zachorowała i kazałam nie oglądać tv. Na szczęście w sypialni nie ma telewizora, więc siłą rzeczy nie będzie oglądać wszystkiego. Ona ma taki charakter, że wszystkim się przejmuje. Niestety. Nie ona jedna.

Wiadomo, że medycyna leczy ciało, ale to nie ciało jest prawdziwą przyczyną choroby. Leczenie objawów powoduje, że choroba "pływa" i atakuje po kolei co słabsze narządy.

Główna przyczyną wszelkich dolegliwości i chorób jest zbyt wielka siła naszego ego. Ego składa się z wielu przekonań, których nie jesteśmy świadomi. Żeby nie chorować, żeby osiągać swoje cele trzeba zmienić sposób postrzegania wielu spraw, zmienić swoje myślenie. Czasem się tego nie da zrobić szybko, ale już próba zmiany czyni cuda.

Najważniejszą rzeczą jest zaakceptować siebie samego, czyli WYBACZYĆ SAMEMU SOBIE. Przecież to wokół nas kręci się nasz świat.

O wybaczaniu napisano wiele książek. O jednej, takiej niewielkiej, już pisałam na blogu, ale nie mogę znaleźć wpisu.

Radykalnego wybaczania nie próbowałam, bo jakoś tego nie poczułam. Lubię prostotę.

Dla określenia przyczyny problemu autorka radzi ustalić blokady: fizyczną, emocjonalną, mentalną i duchową.

Podaje też etapy jak przeprowadzić wybaczanie.

  1. Zidentyfikuj swoje emocje (co czujesz wobec siebie lub kogoś)

  2. Weź na siebie odpowiedzialność (zawsze masz wybór jak reagować)

  3. Zaakceptuj innych i stań się elastyczny (postaw się w ich sytuacji i odczuj co przeżywają)

  4. Wybacz sobie (daj sobie prawo do lęków, przekonań, słabości i ograniczeń, bo taka jesteś)

  5. Pragnij prosić o wybaczenie (szczerze)

  6. Idź na spotkanie z osobą, której dotyczy wybaczanie (można pominąć)

  7. Nawiąż więź z przeszłością (przypomnij sobie wydarzenia w relacjach z osobą, która miała nad tobą władzę:  z ojcem, matką, dziadkiem, nauczycielem itp.)

Ten mechanizm opisałam na blogu wiele razy, a niedawno przy okazji wygranej w lotto. Byla-kumulacja

 

Uzdrawiasz relację i idziesz do przodu. Więcej się nie oglądasz za siebie. Nie ma po co.

Pokochać siebie to wziąć odpowiedzialność za swoje życie, dając sobie prawo przeżywania wszelkich doświadczeń.

Gdy chorujesz, gdy twoje życie stoi w miejscu, gdy czujesz marazm, coś cię hamuje w realizacji marzeń to zacznij wybaczać. Najpierw innym, potem sobie, bo to jest najtrudniejsze. Zobaczysz potem jak hamulce puszczają, a twoje życie nabierze tempa.

 

Mamy teraz 2016 rok = 9. Dziewiąty rok to idealny moment na pożegnanie się z niechcianymi osobami, sytuacjami, chorobami. Będą wychodzić na jaw różne "grzechy" jednostek, które spłoną w ogniu – żywiole roku Małpy.

I to obserwujemy. Mamy Wałęsę, któremu brak pokory i dalej manipuluje (umie to znakomicie). Mamy też Zelnika, który prosi o wybaczenie. Mamy też oszustkę Szarapową, która wszystkie sukcesy zawdzięcza dopalaczom, ale udaje niewinną. Nie ma się co dziwić, gdy w grę wchodzą miliony. Taka z niej bizneswoman. Będzie tego więcej, bo rok się dopiero zaczął. Każdy inaczej się zachowuje. Jedni będą chorować i umierać, inni się zmienią.

Nie stawaj po żadnej stronie, bo nie wiesz wszystkiego. Możesz sobie zaszkodzić pluskaniem się w szambie.

 

Bądź zdrowy.

Bądź szczęśliwy.

Bo życie masz tylko jedno.

 



piątek, 18 grudnia 2015

Gdy człowiek zachoruje na poważną czy ciężką chorobę to myśli, że jak zmieni dietę, weźmie tabletki, czy napije się ziółek to wyzdrowieje.

Do wyzdrowienia potrzebny jest czas. Zwykle dość długo trwa powstawanie choroby. Nic nie dzieje się szybko. Owszem były niepokojące sygnały, ale przecież trzeba iść do pracy, ignoruje się znaki.

W rodzinie często wszyscy jedzą to samo, a tylko jedna osoba choruje. Tak jak w moim domu zachorował tylko ojciec. Często po jedzeniu miał zgagę i pił wtedy sodę oczyszczoną. Aż dostał zapalenia otrzewnej i trafił pierwszy raz na stół operacyjny. Sody już nie pije, zresztą nikomu tego nie polecam.

Po raku prostaty mój ojciec nie tylko stara się zmienić swoje postępowanie i odzywki, ale też wzmacnia swoją odporność. On wie, że nikt go nie wyleczy. On sam musi zadbać o swoje zdrowie.

Zioła wspomagają organizm, ale nie leczą.

Mój ojciec stosuje herbatki z mieszanek ziołowych wymyślonych i przetestowanych przez ojca Klimuszko. On już nie żyje, a wielu autorów ukradło jego receptury i podaje jako swoje.

Herbatka wspomagająca organizm wyniszczony przez chorobę nowotworową. Ojciec zaczął ją pić po raku nerki.

Gdy po 10 latach zachorował na raka prostaty zaczął pić też specjalną nalewkę, którą nazwałam herbatką ;)

Po operacji prostaty częstym powikłaniem jest nietrzymanie moczu, czy przetoka. Nie mam pojęcia co to jest, ale chyba nie muszę się na tym znać.

Człowiek po raku musi dbać o dobry stan swojego organizmu. W razie czego nasze ciało jest mądre i sobie poradzi, tylko trzeba mu dać czas i wspomóc je, np herbatkami. Od ostatniego raka minęły już chyba 4 lata i jest dobrze.

Może komuś się przydadzą te przepisy. Zdrowie i długie życie są najważniejsze.

A słońce nieustannie pojawia się na moim niebie.

 Święta coraz bliżej :)

 

 

piątek, 11 grudnia 2015

Zawsze łatwiej jest pisać o osobach, których już nie ma. Wychodzą wtedy na jaw różne rzeczy na ich temat i łatwiej zrozumieć jacy byli naprawdę.

Ostatnio przeczytałam kilka wypowiedzi znanych osób i musiałam coś o tym napisać.

Znane osoby z upodobaniem udzielają wywiadów i opowiadają różne rzeczy o sobie. Często też ujawniają swoje choroby. Nie mam pojęcia w jakim celu, bo to dobre dla nich nie jest.

Dawno temu uważano, że pierwszą przyczyną choroby są warunki zewnętrzne. Zagrzybione mieszkania, ciężka praca na zmiany, powodowały reumatyzm, artretyzm czy lumbago. Teraz warunki się poprawiły, a ludzie nadal chorują na te choroby. Jeśli ktoś mieszka w Czernobylu lub blisko wysypisk śmieci to będzie miał problem ze zdrowiem. Nie pomoże żadna dieta i ćwiczenia.

Podstawową przyczyną wszelkich chorób są emocje i nasze myśli o sobie samym.

Wiele chorób widać w naszym ciele i znając ich źródło łatwo można się ich pozbyć.

U Olafa Lubaszenki wyraźnie widać ranę upokorzenia przez maskę masochisty.

Kiedyś był szczupłym i zdolnym człowiekiem.

"Przez pewien czas aktor kontrolował swoją masę ciała." Lubaszenko

Czyż nie pisałam o tym w notce o maskach? Człowiek nie może kontrolować się całe życie. Gdy ujawnia się jego właściwa osobowość, wtedy ciało się zmienia.

Otyłe osoby są bardzo wrażliwe (bez tej cechy trudno być artystą). I tyją, żeby się otoczyć ochroną, tłuszczem. Przez ten tłuszcz nikt się nie przebije, żeby zranić. Takie osoby mają trudność z dotarciem do siebie, nie wiedzą czego tak naprawdę chcą. Wtedy może pojawić się depresja. Bo jaki ja mam cel w życiu skoro nie wiem do czego jestem zdolny, nie wiem co robić, w którą stronę pójść. Najlepiej zamknąć się w domu, bo wtedy nikt cię nie skrzywdzi. Jesz dużo, bo nie chce ci się już tego kontrolować. Olaf teraz zrzuca kilogramy. I do czego to doprowadzi? To są działania zewnętrzne, skutek choroby duszy, a nie przyczyna. Zabrał się za siebie od końca. A nie prościej cofnąć się do dzieciństwa i przypomnieć sobie kto i z jakiego powodu nas upokarzał, uświadomić to sobie i powiedzieć, że już mnie to nie boli, było, minęło i tylko mi szkodzi. Wybacz jej i sobie. Osoba, która upokarza nigdy nie choruje, żywi się energią osób, które krzywdzi.

Jeżeli Olaf tego nie zrobi zobaczymy efekt jojo. Wszyscy (z kilkoma wyjątkami) biorący udział w spektakularnych metamorfozach telewizyjnych na całym świecie mają nawrót do tuszy. Bo nic nie zrobili dla swej duszy, rana ciągle w nich tkwi. Można się bronić przed tym uruchamiając maskę kontrolującego. To takie skomplikowane, a przecież klucz do zdrowia jest prosty. Wystarczy tylko go zastosować. Olaf zrzucił kilkadziesiąt kilogramów i się uśmiecha. Nadrabia miną, bo widać, że skupia się nad ciałem. Jak mu nie wyjdzie, to zwali wszystko na depresję i nie będzie się musiał wysilać.

Zobaczymy co będzie.

Kolejna osoba, która ostatnio ujawniła swoją chorobę to Anita Lipnicka. Oznajmiła ostatnio, że może już umrzeć, ale żal jej dziecka. Więcej tu Lipnicka

Trzy lata temu zdiagnozowano u niej guza ślinianki przyusznej. Więc go wycięto. Gdy nic więcej nie zrobiła ze sobą, to jak zamiatanie pod dywan. Choroba wróci i wróciła. Wzięła życie "w swoje ręce" czyli bez przerwy koncertuje. To jakby chciała zagłuszyć głos w niej, że może pora zmierzyć się z emocjami. Jest szczęściarą, bo choroba ma konkretne miejsce. Łatwo znaleźć przyczynę. Choroby w obrębie szyi to problemy z porozumieniem się, szczęka to złość, uraza, żądza odwetu. Co spowodowała choroba? Czy są problemy z gryzieniem to osoba powstrzymuje się przed korzystaniem w pełni z życia i za własnymi pragnieniami. Jeśli osoba ma problem z wypowiadaniem się to gromadzi w sobie zbyt wiele złości, które uniemożliwiają jej wyrażanie się w zadowalający sposób. Należy skończyć z przesadną kontrolą, pozwolić sobie być sobą, realizować swoje pragnienia, a nie męża, dziecka czy rodziców.

Cytat z wywiadu "Artystka szybko pogodziła się z losem." A niby dlaczego, czyżby nie chciało się już żyć. Przecież jest młoda. Warto zmierzyć się ze sobą, ze swoimi uczuciami, żeby dotrzeć do przyczyny choroby. Bliska osoba powie nam jacy jesteśmy naprawdę, bo my wielu rzeczy nie widzimy.

Kolejna chora osoba uważa, że jego choroba jest nieuleczalna. Ja bym powiedziała: "na razie". Ktoś kto tak uważa powinien się położyć i czekać. To przecież bez sensu. Piszę tu o Bronisławie Wildstein

"Wildstein zaznacza, że choroba nie wpływa na jego przemyślenia i życiowe decyzje." I tu się myli. Choroby nie biorą się znikąd. Wszyscy pracujemy na nie.To nasza zasługa lub kara, w zależności jak to widzimy.

Znałam dwie osoby, które miały białaczkę. Obie były pazerne, materialiści do 10 potęgi. Tak się złożyło. Białaczka to choroba krwi, atakuje system odpornościowy. Taka osoba ma niską samoocenę, nie umie bronić siebie, ciągle jest w stanie walki. Powinna zaufać sobie, swoim zdolnościom i możliwościom. Najlepiej spytać kogoś bliskiego o to jacy my jesteśmy. Nie pytaj jeśli nie jesteś gotowy na prawdę. Być może wartości materialne mają dać jej bezpieczeństwo. Nie wiem, ale warto się temu przyjrzeć i wyzdrowieć, a nie zwalać na nieuleczalność i jeszcze się z tym pogodzić. Testament zawsze warto napisać.

Na koniec historia ostatniego "wyskoku" Sinead O'Connor. Artystka próbowała popełnić samobójstwo, ale nie dała rady. Prosiła o pomoc, bo napisała list pożegnalny na FB. Tu jej historia Sinead


Uznała, że "Nie ma innego sposobu, aby zdobyć jakikolwiek szacunek." Ciekawe ;)

Trafiła do szpitala. Jej przypadek jest ciekawy. Ona wskazuje na rodzinę, jako źródło swoich kłopotów. Fani ją kochają, a rodzina nie. To boli najbardziej. Z tego bierze się uzależnienie od alkoholu i używek. Po nich niczego się nie czuje, dusza nie boli. Nie pomogą kliniki odwykowe, lepiej udać się na psychoterapię i zacząć żyć naprawdę. Ona chyba naprawdę się nie lubi, ma tyle brzydkich tatuaży. Użala się nad sobą, bo dla nikogo nie jest ważna. A może najlepiej zacząć od siebie i się pokochać. Potem inni się przyłączą.

Można też mówić o chorobie i nie być chorym nie miala raka

Człowiek chory zadaje sobie pytanie: "dlaczego ja zachorowałem na tę chorobę?" I to jest dobre pytanie. Nic nie dzieje się przypadkiem. To, że ktoś zachorował to ma sens i jest rezultatem wcześniejszego życia, myśli, wyborów, ocen.

Jeśli nie chcesz dotrzeć do siebie to chociaż MYŚL O SOBIE ZAWSZE DOBRZE. Cokolwiek robisz, to nie oceniaj się, nie poniżaj siebie, nie użalaj się nad sobą. Nie mów: tak musi być. Może tak, ale każdy ma wolną wolę i może robić co zechce. Może być zdrowym, a nie chorym. Wybór należy do ciebie.

Choroba ma zawsze źródło w życiu osobistym, prywatnym, rodzinnym. Może przejawiać się potem w życiu zawodowym, ale źródło jest jedno. Popularność, fani, kasa nie sprawią, że się lepiej ktoś poczuje. Jeśli tak, to na chwilę. Potem światła sceny gasną i zostajemy sami z rodziną, lub bez.

Użalanie się nad sobą, swoim losem, zwalanie winy na innych do niczego nie prowadzi. A wręcz nam szkodzi. Ocknij się. Inni to tylko lustro. Wykorzystaj ich dla własnego dobra. A będziesz zdrowy.

Kiedyś czytałam jak ktoś mówił, że choroba to najlepsza rzecz jaka kogoś tam spotkała. Dziwne stwierdzenie. Bo lepiej przecież być zdrowym, a nie chorym. W chorobie nie ma nic dobrego, chyba, że w szpitalu spotkała kogoś ...:)

Brak chorób to też sygnał. Może być tak, że choroby rozwijają się w ukryciu, bez objawów. Chociaż gdy ktoś jest zdrowy ale np. ciągle smutny, to powinien zbadać płuca.

Miarą zdrowia jest wychodzenie z choroby. Każdy się przeziębia, ma katar, boli go głowa itd. Wystarczy, że ktoś kichnie na nas, albo dotkniemy klamki, po chorej osobie. Gdy układ odpornościowy pracuje dobrze, to choroba szybko mija. Organizm sam się naprawia. Masz wtedy pewność, że ze wszystkim sobie poradzisz.

 

12.12.2015

Zabieranie się za odchudzanie zmieniając dietę i ćwicząc da efekt krótkotrwały.

To fakt opisany tutaj   grubasy 

Gdy zabierzesz się za siebie lecząc swoje rany, tusza zacznie sama znikać, bez specjalnego wysiłku.

 

 

niedziela, 29 listopada 2015

Rana porzucenia – występuje teraz bardzo często. Mówi, że rodzice nie mogą się zająć dzieckiem. Np. pojawia się nowe dziecko, rodzice spędzają w pracy całe dnie i nie poświęcają uwagi dziecku, śmierć jednego rodzica. Rana ta dotyczy rodzica płci przeciwnej i pojawia się przed 2 rokiem życia.

Maska, za którą chowa się osoba czująca się porzuconą to maska zależnego.

Sylwetka szczupła, przygarbiona, jakby potrzebowała pomocy i wsparcia. Ma duże, smutne oczy, nie wie co zrobić z rękami, brak jędrności ciała. Nie pomoże skalpel czy siłownia. Ma cichy głos, często zadaje pytania, ale potrzebuje wsparcia, a nie pomocy. Często czuje smutek, płacze.

Taka osoba jest podatna do bycia ofiarą, prowokuje trudności, zwłaszcza choroby. Każdą najbłahszą rzecz wyolbrzymia i dramatyzuje. Często zastępuje rodzica swojemu młodszemu rodzeństwu.

Gdy zależny ma wsparcie, czuje się kochany. Udają, że wszystko jest w porządku, gdy w ich związku wszystko się wali, bo boją się opuszczenia. To tak jak znana autorka kryminałów -Agata Christie. Ona tolerowała zdrady 2 swoich mężów w obawie przed samotnością.

Wydaje mi się, że dzieci celebrytów mają często te ranę. Dziećmi zajmują się nianie i inne osoby, bo rodzic "nie może", bo robi karierę.

Zależny nie może znieść, że ktoś ich nie lubi, mogą nie chcieć mieć własnych dzieci, żeby być niezależnymi. Może dużo jeść i nie tyć, popaść w bulimię. Możliwa astma, cukrzyca, depresja, migreny, czasem choroby rzadkie i nieuleczalne (na razie).


Rana upokorzenia daje o sobie znać między 1 a 3 rokiem życia. Rodzice upokarzają, poniżają, zawstydzają, porównują dziecko. Zwykle dotyczy to jedzenia i zachowania czystości. Dziecko wstydzi się, bo jest mu źle z tym co zrobiło.

Człowiek z taką raną zakłada maskę masochisty, bo chce cierpieć. Masochista ma duże ciało, którego się wstydzi, okrągłą twarz i szeroko otwarte oczy. Przez kontrolę swojej wagi rana ta często jest doskonale maskowana.

Masochista jest wrażliwy i najmniejsza rzecz może go dotknąć. Czuje się odpowiedzialny za nieszczęścia bliskich. Najmniej wsłuchuje się w swoje potrzeby, choć doskonale wie czego potrzebuje. Często jest duszą towarzystwa, wszystkich zabawia, śmieje się, także z siebie. Podświadomie się upokarza, a za tym kryje się strach i ból. Znam wiele grubych osób, które zawsze żartują, a to maska. Często używa słowa "mały" (mam mały problem, masz chwilkę czasu). Lubi małe rzeczy, nie chce mieć długów wobec innych.

Masochista ma okresy, w których czuje wolność i robi wszystkiego za dużo: za dużo je, za dużo kupuje, za dużo pracuje... Nie umie sobie poradzić z nadmiarem. Facet może mieć kilka kochanek, albo kilka prac i nie spędza czasu w domu. Ma silne poczucie obowiązku, uważa, że nie zasługuje na rozrywkę. Nagradza się jedzeniem.

Ubieranie się w obcisłe rzeczy, uwydatniające oponki, sugeruje, że rana jest głęboka. Gdy osoba kupuje ubrania w odpowiednich, dużych rozmiarach to następuje proces leczenia. Gdy przepracujesz tę ranę szybko schudniesz, bez wysiłku. Taką ranę musi mieć aktorka Kirstie Alley.

Masochista zwykle przyciąga osoby, które go upokarzają. Czuje wstręt do siebie, innych. Za wszelką cenę chce być lepszym.

Choroby: bóle pleców, problemy z oddychaniem, problemy z nogami, choroby wątroby, trzustki, gardła, skóry, serca.

Tę ranę najtrudniej sobie uświadomić i przyjąć do świadomości. Zarzucamy innym to wszystko, co robimy samym sobie, ale wolimy tego nie widzieć.


Rana zdrady jest obudzona między 2 a 4 rokiem życia. W tym czasie każde dziecko zakochuje się w swoim rodzicu, rozbudza się energia seksualna. Każdy powinien przejść kompleks Edypa. Dziewczynki uwodzą swoich ojców. Gdy rodzi się dziecko, matka zajmuje się tylko nim. Dziecko myśli, że może zastąpić jej ojca. Gdy z czasem dotrze do niego, że ojciec jest potrzebny, to nie wystąpi ta rana. Matki często mówią o synu "mój mężczyzna", uwodzą go. Nie wiedzą jaką mu robią krzywdę. Znam takie matki, które spały w jednym łóżku z nastolatkiem. Tacy synowie nigdy nie stworzą dobrego związku z kobietą, chyba, że po terapii. Jako zdrada jest przeżywane molestowanie seksualne. Żeby nie cierpieć tworzy maskę kontrolującego. Kontroluje, by być wiernym i odpowiedzialnym, by nie zostać zdradzonym.

Jeśli mężczyzna ma duże bary, bicepsy, to rana zdrady jest głęboka. Kobiety mają grube uda, wielkie pośladki, duży brzuch.

Kontrolujący jest silną osobowością, mówi to co myśli. Gdy spotka inną silną osobę, to się wycofuje. Często przerywa innym, wtrąca się, ale jemu nie wolno przerywać. Jest niecierpliwy, nie znosi powolnych ludzi, lubi wygrywać. Bywa agresywny i ma huśtawki nastrojów. Nie lubi się spóźniać i nie toleruje spóźnialskich i leniwych. Wtrąca się do rozmów innych, które go nie dotyczą.

Często kłamie, ale nie lubi być okłamywanym, nie donosi na innych, dba o dobrą opinię. Cierpi, gdy ktoś nie dotrzymuje zobowiązań. Źle znosi rozpad związku, to porażka i utrata kontroli.

Kontrolujący jedzą szybko, bo nie ma czasu do stracenia. Zanim cokolwiek spróbują to już doprawią solą.

Choroby: stawy, krwotoki, biegunki, paraliż, żołądek, wątroba, opryszczka.


Rana niesprawiedliwości rozwija się między 4 a 6 rokiem życia, w relacji z rodzicem tej samej płci. Dziecko odczuwa chłód rodzica, brak wyrażania uczuć. Maską, którą tworzy dziecko w reakcji na niesprawiedliwość, jest surowość. Zwykle zakłada ręce tak, żeby chronić splot słoneczny. Ukrywają uczucia.

Osoba surowa uważa, że inni mają więcej i na to nie zasługują. Ale jak ona będzie miała dużo to inni będą zawistni. Ciało ma proporcjonalne, nawet jak przytyje. Będzie zwalczał otyłość brzuszną i go wciągał. Kobiety noszą paski podkreślające talię, ale też, żeby nie odczuwać w pełni emocji (splot). Surowi to ludzie dynamiczni, ale sztywni, nieelastyczni. To optymiści, zaklinają rzeczywistość (będzie dobrze). Poszukują sprawiedliwości. Często mówią: zawsze, nigdy, bardzo, w ogóle, dobrze.

Bardzo boją się pomylić, często się czerwienią ze strachu przed pomyłką. Surowy nie lubi nic nie robić, gdy inni coś robią, bo to niesprawiedliwe.

W przypadku rany niesprawiedliwości brakuje poczucia, że na coś zasługujemy. Wiemy, że to nieprawda, ale tak czujemy. Pozwól sobie na kupno czegoś ładnego i niepotrzebnego, baw się, a nie tylko pracuj.

Surowy chce zasłużyć na to co mu się przytrafia, nie wierzy w szczęście tylko w ciężką pracę. (Jak dobrze, że ja nie mam tej rany, ale też nie mam samokontroli, bo za nią kryje się strach). Surowy ma obsesję na punkcie porządku.

Osoba taka rzadko choruje, kontroluje nawet czynności fizjologiczne. Często surowi wykonują zawód policjanta (mogą być sprawiedliwi).

Taka osoba powinna sobie uświadomić, że nikt nie jest w stanie kontrolować się przez całe życie.

Surowy jest osoba wrażliwą, ale nie lubi być dotykanym. Często porównuje się do innych i umniejsza swoją wartość. Szacunek, honor, duma są dla niego bardzo ważne. Lubi jedzenie słone i chrupiące, często jest wege.

Choroby: zapalenia stawów, wypalenie zawodowe, kręcz szyi, kurcze, żylaki, krosty, łuszczyca, wątroba, bezsenność, kłopoty ze wzrokiem, osteoporoza.

W życiu możliwe jest występowanie 2 lub nawet 3 ran w tym samym czasie, ale każda boli inaczej.

W książce jest jeszcze mowa o sposobach mówienia, siedzenia, wyborze samochodu, lękach, o odżywianiu się i możliwych chorobach, ale też o leczeniu ran i transformacji masek. Każdą ranę można przepracować.

Pierwszym krokiem ku wyzdrowieniu jest uświadomienie sobie wewnętrznej rany i zaakceptowanie jej.

Najlepiej zacząć od analizy swojej fizyczności. Ciało nigdy nie kłamie. Nasze ego robi wszystko, abyśmy nie widzieli ran. Ego przekonało nas do noszenia masek, bo one ratują nasze życie. 

Uzdrowienie zaczyna się od akceptacji.

A więc, żeby być sobą musimy wyleczyć swoje rany i zdjąć maski.

 

 




Oprócz Pudelka czytam inne strony, m.in. Forbes. A tam ciekawostka, artykuł o tym o co pytają ludzie sukcesu na rozmowie kwalifikacyjnej. Tu całość rozmowa

Dara Richardson-Heron, prezes najstarszej i największej światowej organizacji kobiet (YWCA) uważa, że najlepsi kandydaci na pracowników to tacy, którzy wiedzą dokładnie, kim są. I jeszcze mogą opisać siebie za pomocą jednego słowa. Oprah Winfrey uważa, że jeśli wiemy kim jesteśmy i czego chcemy od życia, to łatwiej jest nam realizować swoje cele. Itd.

Wniosek jest taki, że tylko osoby znające swoją wartość, myślące nieszablonowo mają szansę na dobrą pracę. Oczywiście jeśli stanowisko nie jest zajęte przez pociotki. Niektórzy chcą tylko zarabiać, a nie tworzyć coś nowego.

Jeśli nie chcesz byc gwiazdą    to bądź sobą.

No właśnie kim mamy być? Jak mamy się dowiedzieć kim jesteśmy, do czego mamy talent, w jakim zawodzie będziemy się najlepiej realizować?

Czy rzeczywiście musimy znać odpowiedź na te pytania?

Ostatnio czytałam wywiad z Danutą Stenką. I ona powiedziała:


Ona jest aktorką i może udawać na scenie i w życiu. Tylko, że to męczy i w końcu mamy siebie dość. Chcemy się ujawnić takimi jacy naprawdę jesteśmy. Dlatego co jakiś czas słyszymy jak ktoś ujawnia prawdę o sobie. Może złamać mu to karierę, ale wreszcie mogą spokojnie spać. Gdy wkładamy maskę nie jesteśmy sobą.

Jedna z książek Lise Bourbeau, którą mam, wyjaśnia co zrobić, żeby być sobą.

 "Człowiek rodzi się z głębokim przekonaniem, że powodem, dla którego pojawia się na świecie, jest to, aby być sobą i doświadczać jak najwięcej."

To pierwsze zdanie w książce. Mamy doświadczać w życiu jak najwięcej, aby zaakceptować i pokochać siebie. Jeśli przeżywamy w poczuciu winy, strachu, żalu i braku akceptacji, to będziemy ciągle powtarzać schematy.

Pamiętam jak tuż po rozstaniu z mężem byłam z siostrą na zakupach i jakiś sprzedawca wyraźnie się mną interesował. I moja siostra powiedziała, że przyciągam klony K. Uwielbiam takie sytuacje. Wtedy zastanowiłam się nad tym i to zmieniłam. Po prostu zaakceptowałam, że związku już nie, było miło, ale się skończyło i nie chcę powtórki z rozrywki. Wyciągam wnioski z tego co mnie spotyka. Nie znaczy to, że się zgadzam, ale akceptuję rzeczy takimi jakie są. Nie obwiniam siebie, ani nikogo innego i w pełni akceptuję każdą decyzję. Bo w momencie podejmowania decyzji myślę, że jest optymalna. Czasem po czasie okazuje się, że niekoniecznie miałam rację. Więc akceptuję skutki swoich decyzji i idę dalej.

A więc Lise ma rację, sama sprawdziłam.

Kayah śpiewała kiedyś, że córeczka miała być chłopcem, czy podobnie. Faktem jest, że niektórzy ojcowie czekają na syna. A tu rodzą się 3 córki. Gdy ojciec odrzuca córkę to w niej może się pojawić uraza. Wtedy powinna zaakceptować to, że ma urazę do ojca, a nie wybaczać mu, że on taki jest, nie oceniać.

Długo nie mogłam zaakceptować ojcu, że mnie bił. Starałam się mu wybaczyć, bo przecież był dzieckiem wojny, babcia żywiła platoniczne uczucia do innego (pisałam o tym na blogu) więc synowie (3) wychowywali się sami. Walczyłam z nim przez większą część mojego życia. Aż zrozumiałam i zaakceptowałam, że on taki był i już. Mnie tyłek już nie boli i nie będę pielęgnować urazy do niego, bo chcę być zdrowa. On chciał, żebym była inna, a ja stawiałam opór. Potem zauważyłam, że ja robię podobnie z innymi ludźmi, choć ich nie biję ;) Manipulowałam i robiłam wszystko, żeby ludzie robili to co chciałam.

Nauczyłam się siebie rozumieć i akceptować.

Każde dziecko od urodzenia zachowuje się w sposób naturalny dla siebie. Potem okazuje się, że rodzicom nie zawsze się to podoba i wymuszają na dziecku inne zachowanie, biciem, szykanowaniem, molestowaniem, upokarzaniem ... Dziecko się buntuje. A potem dostosowuje się, zakłada maskę i tworzy inną osobowość – taką jaką chcą dorośli. A potem dorośli dziwią się, że dzieci myślą o samobójstwie, czy sięgają po używki, żeby zagłuszyć wołanie duszy.

Wszystkie problemy w naszym życiu biorą się z 5 ran, a maski zakładamy, żeby ich nie widzieć, nie cierpieć.

Tworzone maski są widoczne w fizjonomii osoby. Ciało nie kłamie, jest inteligentne i sygnalizuje, że coś jest nie tak. Wygląd się nam zmienia, bo inne rany wychodzą na wierzch.

Autorka uważa, że najwięcej do przerobienia mamy z rodzicem, z którym dobrze się dogadywaliśmy dorastając.

Pierwsza ranaodrzucenie – pojawia się najwcześniej, nawet w w czasie ciąży (wpadka).

To głęboka rana, która mówi "nie chcę cię". Dziecko czasem odczuwa tę ranę nie dlatego, że rodzice go nie chą, ale z powodu uwag czy złości rodzica. Dziecko tak to odbiera. Osoba z taką raną nie jest obiektywna i wszystko bierze do siebie.

Gdy dziecko czuje się odrzucone przyjmuje maskę uciekającego, żeby uniknąć cierpienia. Zwykle ciało jest spięte i nieharmonijne, czegoś nie ma albo jest mniejsze niż powinno (np. pośladki, łydki, piersi), twarz i oczy są małe. Oczy sa puste, bo osoba ucieka w swój świat. Dziecko jest grzeczne, ciche i spokojne, a jednocześnie bardzo chce być zauważonym. Uciekający ma o sobie złe zdanie (marny, kiepski, do niczego) i wątpi w swoją wartość. Jest samotnikiem, nie ma przyjaciół. Nie przywiązuje się do rzeczy materialnych, bo bez bagażu łatwiej uciec, czy się schować. Ma skłonność do anoreksji, alkohol i narkotyki.

Rana ta pojawia się w relacji z rodzicem tej samej płci.

 

 


piątek, 25 września 2015

Wczoraj dowiedziałam się o śmierci znajomej. Spotykałyśmy się 3 razy w roku, więc nie była to osoba mi bliska. Ale dużo o niej wiedziałam. Była pasjonatką zdrowego jedzenia. Naprawdę o siebie dbała i nie chorowała na nic. Jednak w te wakacje źle znosiła upały, bolało ją w mostku, było jej duszno. Odżywiała się zdrowo (według prasy, tv i książek), więc to na pewno nic poważnego. I w sierpniowy piątek dostała zawału serca. Był tak rozległy, że nie było ratunku. Pogotowie przyjechało natychmiast, ale nic nie mogli zrobić. Kobieta zmarła, a miała 48 lat. Wszyscy są zszokowani.

Ludzie myślą, że jedzą zdrowe jedzenie więc powinni być zdrowi. Ale to złudzenie. Nie ma zdrowego jedzenia. Ten sam produkt dla jednej osoby jest korzystny, a dla innej zabójczy. Kiedy ktoś pozwie jakiś program tv o wprowadzanie ludzi w błąd?

Wczoraj też dostałam kilka gazet z gatunku „prasy kobiecej”. Już tego nawet nie czytam, tylko przeglądam. W większości są to artykuły sponsorowane, więc dla mnie bez wartości. Ale ludzie w to wierzą, i stosują. A potem chorują.

W jednej z tych gazet widzę coś takiego.


Nie wiem kto to pisze, ale mógł sprawdzić życiorysy wymienionych osób. To ważne, bo dwóch z nich zmarło właśnie na zawał serca.

Ojciec Andrzej Czesław Klimuszko, mój idol, urodził się 23-08-1905=28=10=1

Jako Jedynka inspirował ludzi i robi to do dziś, choć nie żyje od 35 lat. Wszystkie współczesne poradniki i książki o zdrowiu kopiują jego mieszanki ziołowe (właściwie kradną jego dorobek).

Klimuszko upierał się, że ziół nie należy gotować, tylko zaparzać przez 3 godziny. On to sprawdził i wiedział, że tylko tak przyrządzone zioła działają. Wszystkie jego mieszanki mają nieparzystą liczbę składników. Miał ogromną wiedzę. Był też jasnowidzem. Ze zdjęcia osoby diagnozował jej choroby i dawał zalecenie. Nigdy się nie pomylił. Pomógł wielu osobom. Ale sam sobie nie umiał.

Był nałogowym palaczem i pił dużo kawy. Chorował na płuca, ale zioła nie pomagały. Zmarł 25-08-1980 roku na niewydolność krążenia. Miał 75 lat.

Bronifrater, Ojciec Jan Grande, a właściwie Jerzy Majewski, był propagatorem zdrowego jedzenia. Okazało się to niewystarczające, bo w wieku 79 lat w dniu 9-04-2013 we wtorek zmarł nagle przed drzwiami swojego mieszkania na rozległy zawał serca.

Franciszkanin Ojciec Grzegorz Franciszek Sroka zmarł nagle w piątek 22 grudnia 2006 r. - na rozległy zawal serca. Miał 76 lat.

Nie znam ojców Benedyktynów.

Lekarze wiedzą, że najwięcej zawałów występuje w piątek albo w dzień wolny, albo na urlopie. Właśnie wtedy stres odpuszcza i następuje zator.

Gdy do mięśnia sercowego nie dochodzi krew i tlen, to ta część serca ulega martwicy. W tętnicy doprowadzającej do serca utlenowaną krew dochodzi do zatkania przez blaszkę miażdżycową. To skąd miażdżyca, skoro ludzie odżywiali się „zdrowo”?

Na kolejnej stronie jest odpowiedź – nowa piramida żywienia. Gdy ktoś będzie ją stosował to szybko zachoruje na jakąś chorobę autoimmunologiczną, albo dostanie zawału. Niewskazana dla dzieci.

Te zalecenia są naprawdę bezmyślne, ignorujące fizjologię człowieka. Złe proporcje. Powinno się jeść jedzenie zróżnicowane. Będzie więcej chorych, ale może o to chodzi.

Aktywność fizyczna jest dobra dla dzieci i młodzieży, które rosną. Dzieci z biednych domów są zdrowe i szczupłe. Dzieci bogatych rodziców są grube i często chorują, bo się mało ruszają. Rodzice wszędzie ich wożą. Spotkałam kiedyś takie dziecko, to nie wiedziało co jest za jego domem, bo nigdy tam nie był. Ludzie biegają po zdrowie, a na mecie znajdują śmierć przez zawał. Lobby sportowe jest bardzo silne, bo to krociowe zyski. Im człowiek starszy tym ruch ograniczony, spacery za to wskazane.

Produkty zbożowe i oleje nie są zdrowe. Pieczywo jest teraz głęboko zamrożone i w sklepach podpiekane. Przez to ma zmienioną strukturę i inaczej smakuje. Dodawanie ziaren jest zbędne, ale częste. Na drugi dzień takie pieczywo jest niejadalne. Oleje to produkt przetworzony, nienaturalny, często fałszowany. Dobry olej jest drogi i nie ma potrzeby częstego stosowania.

Warzywa i owoce – teraz kładzie się nacisk na jedzenie owoców, albo picie soków. Soki są dosładzane, więc dzieci sobie szkodzą i chorują – osłabiają śledzionę i trzustkę.Owoce powinno się jeść w małych ilościach i tylko sezonowe. Cytrusy są zbędne w naszym klimacie, bo silnie wychładzają. Jabłka dla osób starszych i chorych są niewskazane, bo zawierają pektyny. Mogą powodować zaburzenia żołądkowe. Od gruszek boli brzuszek - tak się kiedyś mawiało.

Warzywa jeść bez ograniczeń ??? To chore, wszystko w nadmiarze szkodzi. Surowe warzywa silnie wychładzają organizm, ludzie tyją i chorują. Nie łączy się owoców z mlekiem, bo niszczy to śledzionę i wątrobę.

Orzechy, rośliny strączkowe – nie chronią przed nowotworami, rośliny strączkowe wzdymają wątrobę i nie powinno się ich jeść za dużo. Orzechy jedzone w nadmiarze niszczą śledzionę i ochładzają.

Ryby, drób, jajka – Ryby wolno jeść raz w tygodniu i nie wszystkie gatunki. Jedząc surowe ryby jesteśmy zagrożeni pasożytami, mogą też zawierać szkodliwe substancje, bo oceany są już b.zanieczyszczone. Drobiu jeść mało, bo jest ochładzający. Zresztą ostatnio nie ma żadnego smaku, tak jest pojony wodą i chemią. Nawet przyprawy słabo pomagają. Jajka są idealny źródłem witamin i minerałów.

Nabiał – mleko to silny alergen. Twaróg można jeść tylko z masłem, śmietaną, przyprawami, cebulą, ale nie za często. Ser żółty jeść sporadycznie, bo to koncentrat wapniowo-białkowy, nadmiar wapnia niszczy organizm i wychładza. Jogurty owocowe zakwaszają organizm, niszczą śledzionę i żołądek. Podczas przeziębienia odstawić twarogi i sery  to choroba szybko przejdzie.

Kiedyś na śniadanie codziennie przez 3 lata jadłam jogurt owocowy z płatkami. Miałam często chrypkę, infekcje gardła. Ciągle musiałam przełykać ślinę, bo coś mi rosło w gardle.  Gdy przeczytałam Tombaka i odstawiłam jogurt wszystko minęło, nie mam żadnych problemów z płucami. A paliłam ;)

Czerwone mięso i słodycze – mięso jest konieczne dla osób osłabionych, anemicznych, pracujących fizycznie, sportowców. Nie powinno się z niego rezygnować, ale jeść czasami. Słodycze są zbędne, bo to czysta chemia.

Praca serca zależy od funkcjonowania śledziony i żołądka, a osłabiają je produkty surowe, kwaśne i zimne. Źle pracująca śledziona pobiera energię z serca. Stąd zawały u osób odżywiających się surowizną. Niby zdrowo, a umierają nagle.

Przy jedzeniu trzeba myśleć i obserwować własny organizm jak reaguje na różne produkty. Wtedy naprawdę będziemy zdrowi.

A to migawka z dzisiejszego dnia :)

Świat jest taki piękny:)

28-09-2015

Przypomniało mi się.

Często  zawał mają ludzie w piątek, albo na wakacjach. I o tym doskonale wiedzą kardiolodzy.

Tak było np. z Jamesem Gandolfinim, który miał zawał na wakacjach we Włoszech 19-06-2013 roku.


Paco de Lucia, znany gitarzysta zmarł na wakacjach w Meksyku 25-02-2014 roku.

Nic nie zapowiadało śmierci.

Artyści często tak pochłonięci są pracą, że nie mają czasu na odpoczynek. Pracują dzień i noc. A potem jadą na urlop i brakuje im adrenaliny. To nie stres powoduje zawał. Jedzenie też nie. To brak racjonalnego trybu życia. Praca musi być przeplatana wypoczynkiem, bo wtedy organizm się regeneruje. Trzeba słuchać swego organizmu. Ale ludzie na fali nie chcą stracić swojej szansy, a nie wiedzą, że mogą stracić życie.

 

 


wtorek, 22 września 2015

Nadeszła jesień. Moja ulubiona pora roku. Właśnie teraz co zasiałeś to zbierzesz. Natura się zmienia, ty też się zmieniasz. Tej pory roku nie mają na Florydzie, w Hollywood, czy na Filipinach.

To dobra pora roku dla ludzi, którzy dbają o swoje zdrowie, a zwłaszcza o odporność na choroby. Nic samo się nie dzieje.

Obroną organizmu przed chorobami zajmuje się tzw. układ immunologiczny, czy limfatyczny.

Budowa tego układu jest skomplikowana. Tworzą go:

  • Limfocyty, makrofagi, monocyty, komórki K - rozsiane są w ustroju, krążą we krwi i w chłonce oraz skupiają się w narządach limfatycznych.

  • Szpik kostny i grasica, śledziona, węzły limfatyczne, migdałki i rozsiane skupiska tkanki limfatycznej w postaci grudek chłonnych.

  • Błony śluzowe np.: przewodu pokarmowego, dróg moczowych, dróg oddechowych.

Niby to wszystko wiemy, ale skąd taki wysyp chorób „autoimmunologicznych”. Dlaczego organizm niszczy własne komórki i tkanki, atakuje sam siebie i chce popełnić samobójstwo.

Gdy zadbasz o siebie, to twój organizm nie zgłupieje i będzie dzielnie cię bronił przed chorobami. Zanim wydasz majątek na hity – kity, które zrujnują twoją wątrobę, trzustkę i śledzionę, przypomnij sobie o rodzimych owocach ziemi.

Zacznij od czosnku i cebuli. Te pokarmy znane są od zamierzchłej starożytności. Początkowo elity spożywały czosnek, a plebs jadł cebule. Później odwrotnie, tylko arystokracja spożywała cebulę, dla biedoty pozostał czosnek.

Ludzie, którzy jadają czosnek i cebulę w większych ilościach, mają w swoim krwiobiegu detromycynę – naturalny antybiotyk. Organizm produkuje antybiotyki własne, które są tak silnymi środkami bakteriobójczymi, że ludzie odżywiający się w ten sposób nie chorują. Bakterie nie mają do nich przystępu. Eteryczne olejki cebuli są zbawienne jeszcze pod jednym względem, nie tylko dlatego, że rozpuszczają krew, cebula dostarcza również siarki i te eteryczne olejki cebuli mają zbawienny wpływ na naszą śluzówkę.

Czosnek jest drogocenny, ale nie można przekraczać 2-3 średnich ząbków na dobę, bo rozdyma bardzo kanały wątrobowe. Jest silnie bakteriobójczy, zapobiega sklerotyzacji, uszczelnia naczynia krwionośne, zapobiega osłabieniu całego organizmu.

Bierzemy 3 średnie ząbki czosnku, kroimy na malutkie kawałeczki, położyć na chleb i posmarować masłem. Tylko masłem. Margaryny nigdy nie jedz, bo skrócisz sobie życie. Masło kupuj tylko w „złotku” lub „sreberku”, bo tylko takie zawiera witaminę A. Witamina ta nie ginie przez gotowanie czy smażenie, ale ginie w świetle. Masło można zrobić też samemu. Na koniec posyp taką kanapkę posiekaną natką pietruszki, która jest środkiem silnie moczopędnym, przeciwzapalnym, bardzo bogatym w żelazo i najbogatsza w witaminę C. Natka niweluje też ostry zapach czosnku. Taką kanapkę należy zjeść przed kolacją przez miesiąc. Potem zrobić tygodniową przerwę i kontynuować kurację.

Właśnie teraz czosnek jest najlepszy, nasz polski. Warto kupić cały warkocz na bazarze, bo taniej i mamy pewność, że to z naszych plantacji.

W naszej rodzinie, gdy byłyśmy dziećmi, ojciec robił nam taką kurację. Zawsze w soboty wieczorem. Podobało nam się to, bo dostawałyśmy pół bułki z czymś piekącym. Nie czułyśmy smrodu, bo jedli to wszyscy domownicy. Nawet jak ktoś złapał katar, to przechodził po 2 dniach, a inne choroby przechodziły łatwo i szybko. Gdy dziąsła są uszkodzone to pieczenie jest ostre. Wtedy wiesz, że trzeba iść do dentysty, albo zmienić szczoteczkę.

Gdy wybitnie nie trawisz czosnku to polecam kurację cebulą. Właściwie to nie kuracja, a nawyk jedzenie.

Już samo krojenie cebuli i wdychanie tego „gazu” zapobiega wystąpieniu gronkowca w zatokach, czy w oskrzelach. Wszystkie szczepy gronkowców i złocistych, i zieleniejących, i różne paciorkowce, odporne nawet na antybiotyki, nie opierają się eterycznym olejkom cebuli przesyconym siarką. I to ratuje organizm ludzki. Jeśli ktoś ma zapalenie spojówek na tle gronkowcowym, to jednego dnia ucierać chrzan na tarce, a drugiego dnia ucierać 2-3 główki cebuli i porządnie popłakać. Za tydzień wypłacze chorobę z siebie. Cebula jest też dobra na odciski, wrzody, czyraki.

W zimie cebulę powinni jeść wszyscy, przynajmniej co 3 dzień. Jedną dużą lub dwie średnie cebule kroimy na plasterki i solimy, żeby puściły sok. Potem polewamy oliwą lub olejem, jaki kto lubi, bo to ma nam smakować. Oliwa łagodzi też ostrość cebuli i chroni naszą wątrobę. Potem na godzinę zostawić pod przykryciem, żeby się dokonały cudowne procesy chemiczne. I w końcu można ją zjeść przed obiadem lub kolacją.

Wymienione wyżej kuracje są tanie i wykorzystuje się lokalne produkty. Chcesz być zdrowy to zapomnij o zamorskich frykasach.

Jesienią jemy polskie warzywa.

Dzięki temu, że była susza to polskie marchewki są w tym roku dłuższe i chudsze. Normalnie szukały wody i rosły wzdłuż, a nie wszerz. Łatwo je odróżnisz od tych z kontenerowców.  Polskie marchewki nawet po umyciu szczoteczką (jak te poniżej) nigdy nie będą takie jak w markecie. Trzeba by moczyć marchewki w ace lub chlorze, żeby były takie jak w markecie.

Warto też kupić koperek, bo teraz jest najtańszy i najlepszy. Można kupić kilka pęczków, umyć, pokroić i wysuszyć, albo zamrozić. Można wykorzystać pojemnik na kostki lodu, ale biały zafarbuje. Przez całą zimę mamy własny produkt, a nie węgierski. Zimą nigdy nie ma polskiego koperku w sklepach. W doniczce kiepsko się uprawia.

Natkę pietruszki można hodować w domu. Do doniczki z ziemią wsadza się końcówki korzeni pietruszki i podlewa. Można też wysiać nasionka do doniczki i trzymać na parapecie. Natką jest łatwa w uprawie. Ja jej nie suszę. Zużywam dużo, bo lubię potem wydłubywać z zębów. ;)

Żeby utrzymać odporność zapomnij o owocach cytrusowych zimą, bo wychładzają organizm.

 

 


sobota, 19 września 2015

Ruch jest niezbędny do funkcjonowania człowieka. Organizm bez naszej wiedzy wibruje, komórki tworzą się i umierają. Oprócz tego potrzebny nam jest celowy ruch – dla zachowania zdrowia. Dla tych co dużo siedzą najlepsza jest praca fizyczna, bo przyśpiesza obieg krwi, reguluje jej ciśnienie, wzmacnia mięsień sercowy, utlenia serce i mózg, usprawnia czynność wątroby, odnawia cały ustrój człowieka. Jednak nie każdy chce się męczyć fizycznie i pojawiają się choroby.

Kiedyś dzieci miały dużo ruchu na wolnym powietrzu i mało było zachorowań. Teraz dzieci są wożone przez mamusie wszędzie, są grube i chorują.

Ćwiczenia gimnastyczne wykonywane na komendę, wspólnie – niewiele dają korzyści, a nawet są szkodliwe, jak zauważył dawno temu Ojciec Andrzej Czesław Klimuszko. Każdy człowiek ma inny refleks, odmienne reakcje, indywidualne tempo ruchów i odruchów. Nakazy narzucane przez kogoś innego wywołują zamieszanie równowagi.

Dużo ludzi ćwiczy teraz jogę, ale najpierw powinni poznać ćwiczenia pod okiem mistrza (a tych niewielu). W przeciwnym razie joga może powodować zaburzenia psychiczne, a nawet można sobie pogorszyć zdrowie wykonując niewłaściwie asany.

Ludzie już dawno przestali żyć wg praw przyrody, boją się słońca, zatruli powietrze i wodę, zajadają się sztucznymi smakołykami w sztucznych opakowaniach. Sami sobie hodują raka.

Wczoraj zadzwoniła przyjaciółka zasięgnąć porad w sprawie raka nerki, bo ktoś z jej rodziny właśnie został zdiagnozowany. Ciekawe, że już wiadomo, że to rak złośliwy. Widocznie diagnostyka poszła daleko. Co ciekawe, ma już wyznaczony termin do szpitala, ale nic w swoim życiu jeszcze nie zmienił, jest gruby i ma raka.

Ludzie są leniwi. Myślą, że ktoś usunie z ich życia chorobę. Owszem, jeśli to rak nerki, to chirurg usunie guz, potem nerkę, zaszyje i wypisze do domu. Potem przez 5 lat zaprosi na badania kontrolne. Aż do następnego raka, bo przecież chory człowiek nic nie zmienił w swoim życiu.

Pozytywne myślenie nic nie pomoże, rak nie zniknie i umrzesz uśmiechnięty. A przecież chodzi ci o długie życie. Trzeba było myśleć pozytywnie całe życie wcześniej, a nie jak jest za późno.

Dzisiaj chciałabym przedstawić kilka ćwiczeń, które wykonuje mój stary ojciec, po kilku operacjach, w tym 2 raki. Ma się coraz lepiej, co jest nielogiczne, bo przecież jest coraz starszy. Byłam kilka dni na działce i go przyłapałam na ćwiczeniach.

To wygląda tak, że rano się budzi, odkrywa kołdrę i robi „rybkę” (w łóżku).

W leżeniu na plecach kładziemy dłonie na wysokości 4,5 kręgu szyjnego, zgiąć łokcie i całym ciężarem przylgnąć do podłoża (potylica, ramiona, biodra, łydki). Łóżko mój ojciec dawno wymienił na twarde. W tej pozycji wykonuje się kołysanie na prawo, na lewo, jak płynąca rybka. Ćwiczenie wykonuje się ok. 1 minuty, można wahnięcia liczyć, jak ktoś chce.

Potem wykonuje kolejne ćwiczenie „karaluszek”. To ćwiczenie to imitacja biegu, ale nie obciąża stawów i serca.

Podnosi się do góry ręce i nogi i potrząsa, jak przewrócony karaluch. Można robić nogami rowerek, a rękoma wkręcanie żarówki czy śruby. Wykonuj ok. 1 minuty. W ubiegłym roku po złamaniu nadgarstka zawsze rano wykonywałam to ćwiczenie, jeszcze zanim otworzyłam oczy. Po prostu drętwiała mi ręka i trzeba było ją jakoś rozruszać. Wszystko przeszło i jest dobrze.

Potem mój ojciec unosi obie nogi wyprostowane do pionu (90º), ręce dotykają kolan i stara się je jeszcze wyprostować. To ćwiczenie może być trudne dla osób otyłych, ale mój ojciec od 40 lat waży tyle samo, jest szczupły i gibki.

 

Minęły 3 minuty, mama jeszcze nie zdążyła wyjść z łazienki. Teraz dopiero ojciec wstaje i wykonuje uziemianie. Podnosi ręce do góry (wdech) i opada na pięty (wydech), aż ciało przelecą drgania. To wykonuje 3 razy.

To ćwiczenie jest znane z Qi gong i innych technik. Zwykle kończy cykl dowolnych ćwiczeń.

Pisałam o tym tu 8-aksamitnych-ruchow Można je wykonywać kiedykolwiek i być dowolnie ubranym, ale na boso.

Te ćwiczenia są zainspirowane Michałem Tombakiem (kompleks Nishi) i Ojcem Klimuszką. Nie są dokładnie te same, ale wypracowane i dostosowane do mojego ojca. Ojciec ćwiczy tylko rano i sam, czyli spełniony warunek dobrych ćwiczeń. Nie popisuje się przed nikim, bo nikt nie widzi. Ćwiczy we własnym rytmie, ale codziennie od czasu ostatniej operacji raka prostaty. A potem jedzie na ryby :)

Tuż po operacji ćwiczył w myślach, bo przecież miał szwy i czuł się fatalnie. Opowiedziałam mu o Louise Hay, która zaraz skończy 89 lat (8.10) i ma się świetnie (louisehay ). A była sparaliżowana i miała nie żyć. Zresztą już teraz naukowcy robią eksperymenty i opisują jak to mięśnie się wzmacniają, choć ćwiczenia wykonuje się w myślach.

Te ćwiczenia polecam każdemu dorosłemu (dla dzieci to za nudne), grubemu, staremu lub choremu. Żeby być zdrowym trzeba o to zadbać samemu.

Dbaj o siebie. I ćwicz.

 

 


niedziela, 06 września 2015

Tytuł trochę mylący, bo to będzie wpis o pieprzycy siewnej, zwanej potocznie rzeżuchą. Prawdziwa rzeżucha jest zupełnie inną roślinką. O kulturze sumeryjskiej pisałam niedawno tu, a chodzi o wykorzystanie naturalnych naczyń, w tym przypadku skorupek jajek. Roślinka pochodzi z Bliskiego Wschodu, więc być może to nie „chwyt reklamowy”. Od IV wieku p.n.e. minęło sporo czasu. Roślinka jest testowana w Polsce od XV wieku, więc jest dobrze rozpracowana.


Każdy zna tę niepozorną, śmierdzącą roślinkę. Pojawia się w wielu domach przed Wielkanocą. W moim domu pojawia się co jakiś czas przez cały rok, więc kupuję znaczną ilość właśnie na wiosnę. Potem trudno ją dostać w sklepie.

Uprawa tej roślinki jest bardzo łatwa. Wystarczy wysypać do naczynia trochę ziarenek i podlać, a potem tylko uzupełniać wodę, żeby podłoże było ciągle wilgotne. Ja polecam wysiać do skorupki po jajku. Wyłożyć watą lub ligniną i posypać. A potem gdy urośnie to jeść. Ilość wskazana i bezpieczna dla zdrowia to właśnie tyle, ile mieści się w skorupce, czyli łyżeczka. Właściwie rzeżuchę jemy jak kiełki, ale uprawiamy tylko do 9 dni. Bo potem ma gorzki smak i zakwita. Czasem jak wsypiemy za dużo ziarenek, to możemy po ścięciu jednej warstwy, poczekać aż wyrośnie następna i mamy wtedy drugi zbiór.

Pora roku też jest odpowiednia, choć niektórzy łączą rzeżuchę z Wielkanocą. I dobrze. Bo na wiosnę rzeżucha była pierwszą roślinką uprawianą i jedzoną w tym okresie. Może dlatego, że posiada wiele minerałów i witamin wpływających korzystnie na człowieka. Zimą ludzie odżywiali się monotonnie, zwykle jedzono kasze, pieczywo, czasem mięso, czasem owoce, które można długo przechowywać. Ludzie byli ociężali, mieli słabą przemianę materii, bo zimą to tylko przy kominku się siedziało, mało ruchu.

Gdy nadchodziła wiosna zaczęto wysiewać rzeżuchę. Nie bez powodu. Zaobserwowano, że jedzenie tej roślinki powodowało szybszą przemianę materii, bo ma ona ostry smak. Pobudza to wydzielanie śliny i większy apetyt. Dzieci – niejadki zaczynały jeść. Zmniejszały się brzuchy, bo poprawiało się krążenie (działanie odchudzające), ludzie nabierali więcej chęci do życia (działanie oczyszczające), skóra i włosy nabierały blasku (działanie odmładzające). Kiedyś ludzie nie mieli pojęcia o składzie roślin, a wiedzieli na co pomagają i czemu szkodzą.



Jedzenie rzeżuchy korzystnie wpływa na dziąsła, bo zawiera witaminę C. Ta roślinka w 100 g zawiera więcej tej witaminy (61-89 mg) niż cytryny (20-70 mg), pomarańcze (16-47 mg), grejpfruty (24-45 mg). A rośnie w naszym domku, a nie płynie miesiącami w kontenerach bez światła.

Witamina C jest bardzo ważna dla naszego zdrowia, bo podnosi ogólną odporność organizmu. Zapobiega chorobom, ale ich nie leczy. A już kwas askorbinowy, kupowany w aptece jest bezużyteczny. Nie jest przyswajany przez organizm tylko wydalany z moczem. Szkoda pieniędzy na suplementy.

Po zimie włosy, skóra i paznokcie są słabe, łamliwe. Gdy do jedzenia zaczęto dodawać rzeżuchę zauważono, że następuje poprawa wyglądu. Cera stawała się promienna, bo krew szybciej krążyła, włosy przestały wypadać, a paznokcie przestały się łamać. Teraz wiemy, że to zasługa siarki. Gdy rzeżuchy jest dużo, to można wyciskać sok i smarować zmiany na skórze, takie jak trądzik, wypryski, owrzodzenia. Sokiem można też smarować dziąsła, bo ma działanie dezynfekujące. Nie polecam picia soku z rzeżuchy, bo łatwo wtedy przedawkować. A rzeżucha ma działanie moczopędne, w końcu krew szybciej krąży. Osoby z nieprawidłową pracą nerek powinny jeść jej mało. Umiar, albo Hara-hachi-bu jak zawsze, wskazany.

Korzystne działanie rzeżuchy na skórę jest zasługą prowitaminy A, czyli karotenu. Rzeżucha (w 100 g) ma jej więcej niż sałata, pomidory, brzoskwinie, morele czy śliwki.


Ta witamina jest konieczna dla urody, czyli dobrego wyglądu skóry i dla oczu. Niedobór jej powoduje „kurzą ślepotę”, „gęsią skórkę”, zahamowanie wzrostu u dzieci.

Nadmiar tej witaminy jest toksyczny dla organizmu, a magazynuje ją wątroba. Powoduje krwawienie warg, swędzenie i suchość skóry, nadpobudliwość.

Jeśli masz takie objawy, to idź do lekarza i zrób badania. Suplementacja na własną rękę może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Jeśli nie odpowiada ci zapach tej roślinki, to poszukaj sobie innej. Nie ma sensu jeść coś co nam nie smakuje. Jeśli uprawiasz tę roślinkę, to w całym domu pachnie, specyficznie. Nie każdemu to odpowiada. Ale chyba jest ona lepsza i ma sprawdzone działanie niż opisane przeze mnie dziwne jedzenie . Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że ich „cudowne” właściwości to ściema. A na pewno działają niekorzystnie na mózg.

Rzeżucha ma jeszcze więcej mikroelementów, które wzmacniają działanie opisane powyżej. Warto ją jeść przez cały rok, co jakiś czas, na zmianę z natką. Ale w bezpiecznych ilościach i na surowo.

Gdy już jesteśmy przy skorupkach jajek, to powiem, że w moim domu prawie się ich nie wyrzuca. Dostają drugie życie, aż oddadzą to co zawierają.

Jajka przed jedzeniem się myje bardzo dokładnie w gorącej wodzie. Potem się ich używa do ciasta, jajecznicy czy innych dań. Jeśli skorupki są nieskazitelne to gotujemy je ok. pół godziny, uważać na wygotowującą się wodę. Potem pozbawiamy je błonki, łamiemy i tłuczemy w moździerzu. A potem używamy tego pyłku do posypania jedzenia. Bezpieczna ilość to połowa płaskiej łyżeczki. Nie wolno podawać tego dzieciom, bo mogą się zakrztusić. Proszek jest ostry i najlepiej dodać go do masła, albo twarożku, a ja posypuję np. pomidory, bo przyzwyczaiłam się. Mój ojciec stosuje to od lat. Nigdy nie miał złamań, ani zwichnięć, nie ma osteoporozy. To idealne źródła wapnia, aby dożyć późnej starości.

Gorszej jakości skorupki, np. z plamami, moczymy w wodzie, a potem podlewamy taką wodą kwiatki. Można też pokruszone skorupki dodać do ziemi, do kwiatków. Nic się nie marnuje.

Jedzmy jedzenie sprawdzone przez naszych przodków i rosnące w naszych domach, bez nawozów i szkodliwych substancji.

 

 


piątek, 07 sierpnia 2015

Zadzwoniła koleżanka i powiedziała, że ma dosyć zdrowego odżywiania, bo źle się czuje i od 2 tygodni wypróżnia się na zielono. Okazało się, że kupiła zielony jęczmień i pije to. Oprócz tego używa wszystko co reklamują jako zdrowe. A organizm odmawia, bo brakuje mu wartości odżywczych, jest rozregulowany i spadła odporność. Dlaczego człowiek przestał myśleć i odczuwać?

W każdej gazecie są takie artykuły.

To są hity?! Chyba kasowe, bo nie zdrowotne.

Amarantus ma być zamiennikiem dla pszenicy, ale dla osób chorych na celiakię. Tylko dla nich jest szkodliwy gluten, bo rujnuje jelito cienkie i powoduje anemię.

Większość ludzi na ziemi może jeść produkty zbożowe, ale nie je i sobie szkodzi. Gluten jest potrzebny i ludzie od wieków jedli pieczywo. Produkty „gluten free” są niesmaczne, super przetworzone i ubogie w składniki mineralne, witaminy B i błonnik. Mają za to dużo śmieci: zagęstników, emulgatorów, barwników i dużo sztucznego tłuszczu. Dlatego ci ludzie wpadają w trans jak słyszą gluten.

Zaprzestanie jedzenia chleba powoduje, że bardzo za nim tęsknimy. Bo człowiek ma intuicję, ale podąża za wahadłem mody. Potem zaczyna jeść pieczywo, a tu pojawiają się problemy gastryczne, bo organizm odwykł od produkcji enzymów do trawienia zboża. I człowiek myśli, że chyba pieczywo mu jednak szkodzi. I znowu odstawia.

W moim domu zjadało się bochenek chleba dziennie. Wszyscy byli i są szczupli, tolerujemy zboża, a nie tolerujemy głupoty.

W gazecie zapomnieli jeszcze o owocach goji, które mają „cudowne” właściwości (nie wiem jakie). Za tę „moc” musisz zapłacić 56 zł za kg. A w mojej rodzinie króluje siemię lniane, które kosztuje 4 zł za kg. Babcia i jej babcia zawsze powtarzały, że kobieta po 30tce musi zaprzyjaźnić się z siemieniem to nigdy nie zachoruje na choroby kobiece. I jemy siemię rozgotowane z płatkami, albo łyżeczkę mielonego popite wodą. I cera jest ładna i włosy i paznokcie. 14 razy taniej niż coś niewiadomego pochodzenia.

Cudowne właściwości różnych dziwadeł nie mają żadnego uzasadnienia w badaniach. Nikt tego zresztą nie bada. Wystarczy wyprodukować coś, dorobić historię i sprzedawać. Marketing. A ludzie coraz częściej chorują i szybko umierają. A ty masz nieustannie konsumować.

Gdy pijemy kakao nastrój nam się poprawia, gdy jemy jagody to wyostrza nam się wzrok, gdy jemy marchew to skóra się złoci. Samo przez się. Nie trzeba wiedzieć co jest w środku i co działa.

Kolejny koszmar to przypisywanie witaminie C cudownych właściwości. Czasy marynarzy ze szkorbutem minęły. Jeśli odżywiasz się w sposób urozmaicony to dostarczasz odpowiednią ilość wszystkich witamin. Wystarczy, że weźmiesz 1 tabletkę i witaminę C wydalisz w moczu. Bo nie chodzi o ilość, a o przyswajalność. Duża ilość witaminy C niszczy wątrobę i nerki (kamica). Ale kto by ujawniał te zależności. Ważna jest sprzedaż książek i suplementów. Dlatego jak nie umierasz to nie sięgaj po tabletki i „cudowne wynalazki”. I nie pomoże bieganie po zdrowie, bo na mecie możesz znaleźć zawał.

Anna Ciesielska napisała w książce Filozofia zdrowia, żeby być ostrożnym.

Czy zielony jęczmień powoduje zielone wypróżnienia? Dałam się wkręcić? ;)

Media trąbią o cudownych właściwościach bardzo drogich wynalazków, a nie piszą, że niszczy się obecnie w Indiach dziewięć nowych odmian makaronu błyskawicznego Maggi, który wyprodukował koncern nestle. Więcej tu Makaron

Dlaczego nie napisano na etykiecie makaronu, że zawiera ołów? Nie piszą też, że zawiera kurkumę, albo inne proszki udające jajka.

Na etykietach często nie ma tego co jest naprawdę ważne dla naszego zdrowia. Źle się czujemy po zjedzeniu czegoś „dobrego”, a na etykiecie nie ma nic podejrzanego.

Inspekcja sanitarna podaje, że co 3 kostka masła jest sfałszowana. Z etykiet nic nie wynika. Nie podaje się też, które to kostki masła są przepełnione olejami trans.

Czytanie etykiet nie pomaga, choć media wmawiają nam, że wszystko jest napisane.

Jedzmy to co znamy i po czym się dobrze czujemy. I będziemy zdrowi.

 

 


niedziela, 02 sierpnia 2015

Lubię kakao. Ale piję je gotowane na wodzie, bez cukru. Po ugotowaniu w tygielku ma aksamitny smak, jest takie miękkie. Ma prawdziwy smak, nie tłumiony cukrem czy mlekiem.

Od zawsze kupuję jedną markę kakao. Ale postanowiłam sprawdzić inne, które są na rynku.

Programuje się nas, żeby czytać etykiety, więc przeczytałam, ale nie pomogło mi to w wyborze właściwego produktu.

Wszystkie kakao dostępne na naszym rynku są odtłuszczone. Wszystkie są zapakowane szczelnie i nie widać koloru proszku. Kupujesz kota w worku, bo etykiety niewiele się różnią między sobą. A kakao owszem. Która etykieta wskazuje na najlepsze kakao?

Moje kakao jest to w środku. To pierwsze jest ohydne w smaku, nijakie, nie ma goryczki, a więc jest za bardzo przetworzone. Kolor ma odpychający, jakby już było w nim mleko. To trzecie też jest dobre, pochodzi z Ghany (trzeciego producenta na świecie).

Kiedyś ludzie pili kakao, bo poprawiało im nastrój. Kiedy jeszcze w sklepach było prawdziwe mleko, prawie każde dziecko piło kakao na śniadanie. I dzieci były radosne. Nikt nie miał depresji. Nikogo nie interesowało co kakao ma w sobie takiego, że tak działa. Ale odkąd fanatycy Kartezjusza doszli do głosu, muszą wszystko rozebrać na części i dowiedzieć się co ono ma w sobie. Otóż kakao ma ogromną ilość antyoksydantów – substancji chroniących komórki organizmu przed działaniem wolnych rodników, a te wywołują nowotwory, czy choroby układu krążenia. Przeciętny dorosły człowiek wytwarza w ciągu roku 1,7 kg wolnych rodników, które w sposób trwały mogą uszkodzić komórki. Nawet jak prowadzimy zdrowy tryb życia.

Kakao zawiera najwięcej magnezu niż jakakolwiek inna roślina. Dlatego chroni serce i poprawia cyrkulację krwi. To zawartość magnezu powoduje, że że kakao łagodzi skutki stresu i poprawia samopoczucie.

Kakao jest dobre. Ale nie możesz pić go za dużo, bo jest ciężkostrawne dla wątroby. Umiar we wszystkim jest wskazany.

Tylko, że te wartości odżywcze występują tylko w ziarnach kakaowca. Każda obróbka ziarna powoduje utratę wartości. Zostaje tylko smak i śladowe ilości składników mineralnych.

Dostępne jest na rynku surowe ziarno kakaowca.

To akurat jest z Dominikany, bo tam rośnie najmniej zanieczyszczone, bez chorób i szkodników. Te ziarna są surowe i nie każdy je lubi. Są też palone ziarna i łatwiej się je je na surowo i skorupka jest chrupiąca. Ale jak zjesz jedno takie ziarno, to od razu poczujesz się lepiej i stajesz się zadziwiająco wesoły i optymistycznie patrzysz na świat. Działanie odżywcze ziarna jest natychmiastowe.

Czekolada jest dziełem Olmeków, ludu mezoamerykańskiego, który wyginął 400 lat p.n.e. Potem tradycję kontynuowali Majowie i Aztekowie, którzy cenili ziarna bardziej niż złoto. Teraz też każdy woli być zdrowym niż bogatym ;)

Ziarno kakaowca trafiło do Europy w 1502 r. W czasie 4 wyprawy Krzysztofa Kolumba, który ukradł jeden ze statków Majów. Dziwił się, że Majowie mieli starannie poukładane i posegregowane ziarna. Nie znali języka, więc nie wiedzieli, że to był transport waluty. Wszystko wyrzucili za burtę. A potem buł Ludwik XIV, który w XVII wieku serwowana dworze kawę i czekoladę. W Polsce pierwsza kawiarnia pojawiła się w latach 20 XVIII wieku, za króla Augusta II Sasa. Przez tysiące lat czekolada była spożywana w formie pitnej. Teraz mamy tabliczki czekolady, którą trudno nazwać czekoladą, czyli po aztecku "xocoatl" – gorzki napój sporządzany z ziaren kakaowca. Współczesne czekolady zawierają odtłuszczoną miazgę kakaową z cukrem i tłuszczami utwardzanymi. Takie coś nie ma żadnej wartości odżywczej. Nie czytam etykiet i nie kupuję tego.

Kakaowiec to niewielkie drzewo, które daje ziarna przez cały rok.

Od ziarna do czekolady jest długa droga. Najpierw ziarna są zbierane, potem poddawane procesowi fermentacji i suszeniu. Potem ładowane są na statki i płyną do nas. W fabrykach ziarna są oczyszczane, potem usuwane są z nich bakterie i łuski. A potem są prażone i ten proces nadaje im smak i zapach. Potem ziarna są rozdrabniane i rozcierane na miazgę kakaową. Z miazgi na prasach pod bardzo dużym ciśnieniem wyciskane jest masło kakaowe. Powstaje tzw. kuch kakaowy, który mielony jest na proszek – kakao. Po takim procesie co może zawierać odżywczego?

Ziarna poddawane są działaniu wysokiej temperatury i powstaje akrylamid – kancerogenna neurotoksyna. Z odżywczego produktu zamienia się w substancję powodującą choroby nowotworowe, bezpłodność, uszkodzenie centralnego oraz obwodowego układu nerwowego. A więc korzystne działanie ziaren znika przez procesy technologiczne.

Nie zauważyłam, żeby na etykietach były napisane ostrzeżenia. Pij kakao, ale z umiarem. A najlepiej pogryzaj surowe ziarna, ewentualnie prażone.

W torebce noszę w dilerce kilka surowych nieprażonych ziaren, na wszelki wypadek. Poprawiają natychmiast nastrój. Polecam.

 

 


piątek, 01 maja 2015

Nareszcie skończył się miesiąc imprez i jedzenia restauracyjnego. Pora odpocząć i wrócić do równowagi.

Na ten długi czas wolny robiłam zakupy w markecie. A tam pełno warzyw i owoców, wymyślnych i z najdalszych zakątków świata.

Mamy:

pomidory z Holandii, Belgii

cukinie z Hiszpanii, Holandii

ogórki z Rumunii

ziemniaki z Grecji

paprykę z Hiszpanii

cytryny z Hiszpanii

tryskawki z Hiszpanii

grapefruity z Turcji

kokosy z Kostaryki

melony z Brazylii

limonka z Brazylii

awokado z Brazylii

kiwi z Włoch

imbir z Chin

koperek z Węgier (czy w Polsce nikt nie umie tego uprawiać?)

itd.

Nic nie kupiłam. Jeszcze nie pora.

Wzdrygam się jak słyszę gdy ktoś mówi, że się zdrowo odżywia, bo je warzywa i owoce. Nie będzie zdrowy ten, kto je bez ograniczeń warzywa, a zwłaszcza owoce.

 

Tradycyjna Chińska Medycyna (TCM) skupia się na niedopuszczeniu do chorób. Zaleca m.in. odżywianie zgodnie z porą roku i warunkami klimatycznymi. To druga ważna zasada żywienia, po umiarze (Hara-hachi-bu).

Właśnie skończyła się zima, więc jedliśmy warzywa i owoce, które można przechowywać w piwnicy. Takie warzywa długo zachowują zgromadzoną w lecie energię i są lepiej przyswajalne. Jeśli jadłeś zimą szklarniowe pomidory czy ogórki (tylko po co, bo są bez smaku) i owoce cytrusowe, to rozregulowałeś swój organizm. Takie jedzenie zimą powoduje, że organizm zaczyna się wychładzać. Człowiek zaczyna się pocić i tracić ciepło, łatwo wtedy o choroby. Jak się już przeziębisz to nie pij herbaty z cytryną, ale herbatkę imbirową, która ma naturę rozgrzewającą (yang). Z cebulą i czosnkiem też uważaj, umiar wskazany.

Wiosną należy stopniowo przechodzić na potrawy lżejsze (yin) jak zielony szczypiorek czy kiełki (dlaczego na tackach ze sklepu zawsze zalatują stęchlizną). Powoli odtruwamy w ten sposób organizm po ciężkostrawnych potrawach zimowych.

Nie powinno się jeść dużo surowych owoców i warzyw, bo mają naturę zimną i wilgotną, odświeżają i ochładzają ciało.

W naszym klimacie owoce nie są podstawą pożywienia, jedynie uzupełnieniem.

Owoce rosną u nas tylko latem, więc tylko wtedy powinniśmy je jeść.

Owoce z importu są zrywane zielone, niedojrzałe, płyną do nas w kontenerach, potem moczone w chemikaliach, żeby miesiącami mogły leżeć w marketach. Wartość odżywcza jest znikoma. Ostatnio wyrzuciłam grapefruita, którego kupiłam rok temu. Pisałam o tym opisując Martwe-jedzenie .

Owoce powinniśmy jeść tylko wtedy, gdy są świeże. Nie wolno dodawać do owoców cukru, śmietany, jogurtu i mleka. Jeśli nie smakują nam owoce „poprawione” to nie jedzmy ich. Taka mieszanka bardzo ochładza, wręcz wyniszcza organizm i powoduje jego zakwaszenie, a często też alergie. Zmuszanie do tego dzieci jest karygodne.

Kilka lat temu latem próbowałam jeść tylko surowe warzywa i owoce. Był upał, a ja trzęsłam się z zimna, ubierałam grube swetry. To pod wpływem jakichś rewelacji z internetu. Musiałam sprawdzić to na sobie. To jest szkodliwe dla zdrowia. Zresztą ci co propagowali raw food wyglądają niezdrowo, mają blada cerę, są smutni, oczy bez blasku. Na początku człowiek czuje się lekko, ale potem to już tylko gorzej.

Nie rób tego sobie. Dzieci zmuszane do jedzenia surówek do obiadu bardzo mocno protestują. Ja byłam do tego zmuszana, zmuszałam mojego syna, ale wnuków nie będę zmuszała. Surowe owoce powinny być jedzone jako odrębny posiłek.

Dzieci są mądre, a my im w tej sprawie nie ufamy?

Wmawia się nam, że owoce i warzywa to samo zdrowie. W nadmiarze wychładzają i osłabiają. A może chodzi właśnie o to, żeby produkować chorych ludzi?

Warzywa i owoce należy jeść ciepłe, gotowane lub ogrzane. Np. owoce gotujemy z przyprawami (jak cynamon, imbir, kardamon, goździki, miód) lub pieczemy w piekarniku (jabłka). Tylko nie w folii aluminiowej, bo chyba nie chcesz mieć raka mózgu (aluminium tam właśnie lubi się odkładać).

Na zimę róbmy powidła ze słodkich, dojrzałych owoców (moreli, śliwek, gruszek).

Starzy ludzie nie powinni w ogóle jeść owoców. A jeśli chcą to mało i na ciepło. Moja babcia (88) jadła prażone poszatkowane jabłka. Ona wiedziała, że zawierają pektyny i jedzone na surowo ją „wzdymały”. Inne składniki jabłek stały się mniej ważne. Proste.


Ciekawe, że to Amerykanie wyznaczają wytyczne do odżywiania, wymyślają piramidy żywieniowe, a posiadają najbardziej chore społeczeństwo i miliony grubasów chodzi po amerykańskich ulicach.

Strony w internecie, które wmawiają, że jedzenie owoców to samo zdrowie robią wodę z mózgu, działają nieodpowiedzialnie, są bezkarne. Nie czytaj co określony owoc zawiera, tylko jakie ma działanie i czy jest odpowiedni dla ciebie dzisiaj. Nie daj się ogłupiać. Po co ci magnez, potas, wapń, skoro się dobrze czujesz. Najpierw się zbadaj, a potem jedz odpowiednie jedzenie.

Każdy swój rozum ma. A jeśli widzi, że zamiast przypływu dobrego samopoczucia, ma alergię, czuje się osłabiony, jest mu zimno, to niech sam wyciąga wnioski. I leci do apteki albo do księgarni.

Reklamują żeń szeń jako „korzeń życia i wiecznej młodości”, cudowna roślina na wszystko, łącznie z rakiem, a ja go nie tykam. On podnosi ciśnienie i szkodzi sercu. Chińczycy zwykle mają je niskie. Ja mam ciśnienie normalne, więc po co mam je podnosić? Po co mi bezsenne noce. Bądź krytyczny.

TCM działa logicznie, jak jest ci zimno to się nie wychładzaj, tylko jedz ogrzewające potrawy. Każdą chorobę leczą indywidualnie. Co jest dobre dla jednego, może być trucizną dla innego. Ale tego nie wie pani, która kupiła olej (chyba z pestek dyni) na przerost gruczołu krokowego ;(

Dla zdrowia najlepiej jeść zrównoważone jedzenie, odpowiednie do pory roku i warunków klimatycznych. Zawsze masz możliwość przywrócenia równowagi swojemu organizmowi. A na pewno nie pomogą ci egzotyczne owoce czy warzywa. Lubię smak melona Galia, ale rocznie zjadam 2 i tylko latem. Przesadyzm jest niewskazany.

Zanim cokolwiek wsadzisz do ust to się zastanów.

 

 

Teraz czytam Filozofię zdrowia Anny Ciesielskiej i nieustannie Królickiego.

 

 


Tagi: owoce TCM
22:22, bajka107 , Zdrowie
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 lutego 2015

Kupowałam dzisiaj kaszę na zupę. Pani przede mną poprosiła o czystek. Zapytałam ją do czego jest on jej potrzebny. A ona powiedziała, że to na raka. Wyraziłam współczucie, ale ona powiedziała, że nie ma raka. To po co ona to kupuje? Bo czytała w internecie. Skończył się tydzień dobroci i tej pani nie powiedziałam, że jak kupuje coś na raka to jej podświadomość stanie na głowie, żeby ją zadowolić i znajdzie jakiegoś raka. Potem jechałam do klienta i na tablicy przed sklepem z ziołami bonifratrów było napisane: zioła na cholesterol, zioła na trawienie. Jak to się stało, że każdy może kupić zioła, stosuje na własną rękę i jeszcze dziwi się, że one nie działają. Brak wiedzy.

Czystka jest 20 gatunków i każdy działa inaczej. Żeby działał prawidłowo, trzeba wybrać odpowiedni rodzaj, odpowiednią postać (nalewka napar, wywar …) i ważna jest dawka. Zioła w małych dawkach mogą wywołać raka, a dopiero skondensowane mają działanie antynowotworowe. Tylko jaki sens ma stosowanie ziół gdy się raka nie ma?

Pełno jest w internecie stron o „zdrowym jedzeniu”. Są to strony szkodliwe, a nawet podłe. Niech im ziemia lekką będzie. Mam wrażenie, że pisze je jedna osoba, a potem jacyś agenci je kopiują. Kiedyś próbowałam dotrzeć do źródła informacji po linkach, ale zrobiła się pętla. To są zwykle informacje wyssane z palca, wprowadzające ludzi w błąd. Radzę unikać. Wmawiają ludziom, że jest lek na raka, a sami nie mają o raku zielonego pojęcia. Niech powiedzą to tym, którzy umarli niedawno. Cel takich stron jest jeden – chaos. Szkoda czasu na sprawdzanie tych objawień. Warto szukać prawdziwej wiedzy, a jest w sieci.

Zdrowie to stan organizmu człowieka. Na talerzu jest jedzenie, ale jak ono wpłynie na nasze samopoczucie to sprawa indywidualna. Każdy z nas jest inny i czego innego potrzebuje.

W eksperymentach na niemowlętach z 1928 r. (C.M.Davis - cafeteria-feeding experiment), podawano im przez 6 miesięcy 30 rodzajów pokarmów do wyboru. A niemowlaki wybierały te, które dla nich były odpowiednie. Czasem zestawy były szokujące, ale lekarze uznali, że zawierały to co potrzebne maluchom. Gdy byłam dzieckiem to stojąc w łóżeczku lizałam ścianę, bo potrzebowałam wapna. Wiele dzieci tak robiło. Dzieci mają instynkt.

Natomiast dorośli są istotami nawykowymi, a nie instynktowymi. Można im wmówić wszystko.

Robiono badania na temat kolorów jedzenia. Podano kilku osobom galaretkę cytrynową, ale miała czerwony kolor. I wszyscy mówili, że ma smak malinowy albo wiśniowy. Jedli oczami.

A jak smakuje to? To tylko dodatek atramentu z kałamarnic, a jak zmienia wygląd.

Czyżby znali już nowe osiągnięcia elektroniczna lyzeczka która zmienia smak jedzenia.

W latach 20 tych po fazie zakazu jedzenia surówek, nastąpiła faza karmienia prawie samymi surówkami, po czym nastąpiła faza płatków owsianych, które znowu okazały się szkodliwe dla przyswajania wapna. Opakowania płatków mają więcej wartości odżywczych niż ich zawartość (cytat z filmu). Potem była faza nabiału, dobrych bakterii, jogurtów, ale wzrosła zachorowalność na górne drogi oddechowe (tam się odkłada kazeina).

Ludzie myślą, że jak to zdrowie z talerza zjedzą to będą zdrowi. Zrobiono wszystko, żeby ludziom wmówić, że zdrowie jest na zewnątrz człowieka np. na talerzu albo w siłowni.

Moja babcia żyła 88 lat i jadła co lubiła lub na co ją było stać, nie ćwiczyła, ale chodziła i nie miała celulitu. Żyłaby dłużej, ale spadła z krzesła stojącego na stole, bo chciała zawiesić zasłonki w oknie. Jadła na małym talerzu i po kolei każdy produkt.

Zdrowie to cecha człowieka i to na pewno nie jest życie bez chorób. Jeśli nie masz widocznych chorób, ale ciężko ci wstać rano z łóżka, nie chce ci się iść do pracy czy szkoły, kłócisz się z ludźmi, bo coś ci przeszkadza, po jedzeniu pora na drzemkę, wieczorem fotel – pilot – tv, to na pewno nie jesteś zdrowy. Organizm nie jest w równowadze. To pierwszy sygnał - weź swoje zdrowie w swoje ręce. Zaopiekuj się sobą.

A może jesz toksyczne owoce morza

Każdy człowiek ma układ pokarmowy, ma żołądek, śledzionę, jelita, wątrobę. Jednak każdy jest inny, co innego lubi jeść, niektóre rzeczy mu szkodzą inne nie.

Nigdy w dziejach świata nie było takiego czasu, kiedy człowiek większość swego czasu poświęcał na ciało. Przesadnie. Dlaczego ludzie żyją aby jeść, stosują wymyślne ćwiczenia, operacje plastyczne, tony kosmetyków?

Za stan swojego zdrowia obwiniają różne produkty z zewnątrz.

Tak dzieje się np. w przypadku chleba. Kiedyś ludzie modlili się: Boże, chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. A teraz dobrowolnie z niego rezygnują. A przecież wiadomo, że to nie chleb, a zmodyfikowane ziarno i dodatki polepszające jego wygląd, smak i długoletniość. Gorące pieczywko z marketów przypłynęło do nas z daleka, głęboko zamrożone, o trwałości kilkuletniej. Po upieczeniu ma trwałość kilka godzin, bo potem smakuje nijako.

Mięso też jest złe, ale nigdy ludzie nie jedli mięsa codziennie i w ogromnych ilościach. Człowiek zawsze szanował każde życie i zabijał zwierzęta z szacunkiem, nie zakłócając ekosystemu. Dietetycy, opłacani przez koncerny, wmawiają ludziom, że mięso z kurczaka jest lepsze niż inne mięso. Tylko zapominają, że to mięso nie ma żadnej wartości odżywczej. Kurczaki, krowy, świnie nigdy nie widziały słońca, stoją w zamknięciu i tyją.

Zgadnij, które puszki w marketach pochodzą z lat 70 tych z USA? Kukurydza, pomidory, czy mleko sojowe? A może jeszcze co innego.

Życie zwierząt upodlono, a rośliny zmodyfikowano. Jedzenie jest martwe i wyjałowione. Organizm człowieka nie umie sobie z tym poradzić. Dlatego lekarze prognozują, że ludzie będą więcej chorować. Dla nich to dobrze.

Jedzenie to lekarstwo, jak mówił Hipokrates. A zaleca się jeść 5 razy dziennie. To dlaczego chcesz 5 razy dziennie jeść leki? Ojciec Grande, który był gorącym tego zwolennikiem zmarł 2 lata temu na zawał, a był młodszy od mojego ojca, który miał 2 raki i żyje. Nie je 5 razy dziennie, ale tyle ile chce, gdy jest głodny. Myśli.

Gdy chodziłam do szkoły to jadłam 10 razy dziennie, albo więcej. Gdy sprzątałam ze stołu naczynia po obiedzie, to zawsze w kuchni zjadałam jeszcze kanapki. Zjadłam tonę chleba, a byłam chuda jak patyk.

Zaleca się jedzenie różnorodne, każdy posiłek to ma być co innego, a najlepiej w jednym posiłku różne struktury i smaki. Czy nasze żołądki to śmietniki? Trawienie różnych produktów powoduje ogromny wydatek energii, większość nie zostaje strawiona i leci w jelita. Moda na kuchnię molekularną nie służy zdrowiu, bo zmienia strukturę jedzenia, nie ma tam życia, jest tylko zlepek różnych smaków.

Czy drukowane jedzenie, które będzie zawierało witaminy, będzie zdrowe?

 

Przeciętny człowiek musi jeść, żeby żyć. Wczoraj słuchałam wywiadu z panią, która opowiadała o życiu w obozie koncentracyjnym. Oni jedli byle co, spleśniałe kawałki chleba moczonego w wodzie, a jednak przeżyli. To co ich trzymało przy życiu?

Ich karmiła nadzieja na wolność, pozytywne myślenie. Może wyobrażali sobie, że jedzą marchewkę, a ich ciało nastrajało się na te wibracje. W końcu rzeczywistość jest kwantowa. Zakochani mało jedzą, bo żywią się miłością, nie dbają o jedzenie.

Gdy na pierwszym planie stawiamy jedzenie, zdrowe czy chore, to musi to doprowadzić do zaburzeń. Ludzie rekompensują sobie nudę, samotność, depresję, bezradność, nienawiść do siebie pochłaniając tony jedzenia. Otyłość nie jest stanem naturalnym człowieka. Nadwaga to pragnienie śmierci, a przejadanie się to forma samobójstwa. Oczywiście przy współudziale bliskich. Nastolatka, która waży 300 kg i nie wychodzi z domu, jest żywiona przez rodzinę. To porażka i zamknięty krąg. Takim grubasom potrzebna jest pomoc psychologiczna, a potem dopiero zmiana nawyków jedzeniowych.

Popularne na świecie od 16 lat programy odchudzające robiły furorę, bo efekty były spektakularne. A po latach te osoby wróciły do poprzedniej wagi i mają dodatkowe schorzenia, więcej tu grubasy

To są smutne programy, bo z ludzi chorych i nieszczęśliwych robi się show.

Smutny jest też dziarski dziadek, który pokazuje swoje jedzenie i mówi co w nim jest, antyoksydanty, tłuszcze omega itd. Kiedyś ludzie nie znali składu produktów, a wybierali jedzenie dobre dla nich. Żeby nie wiem jak dobra była kasza jaglana, to nie będę jej fanką. Zjem, ale szału nie ma. Nie lubię Baracka, bo nie lubi buraków, a ja lubię. Gdy zrobią badania i powiedzą, że są szkodliwe to ja i tak będę je jadła, bo lubię.

Wszystko zaczyna się od świadomości, czyli systemu zarządzania człowiekiem. Myślenie musi się zmienić, a reszta to dodatek. To co jesz, nie jest szkodliwe samo w sobie. To twoja WIARA, że jest szkodliwe, czyni je takim. Nie szukaj zdrowia na talerzu, nie szukaj szczęśliwych kur, ani świnek „humanitarnie” zabitych.

Jedzenie nie da ci szczęścia, nie karm się złudzeniami.

A to wspomniany na początku krupnik. Nie ma wyglądu restauracyjnego, ale jest pyszny, bo gotowany z miłością. Trochę zostało na jutro ;)

Nie żyj złudzeniami. Obudź się :)

 

 

 



niedziela, 28 grudnia 2014

Czy na pewno mamy XXI wiek?

Ludzkość cofa się w rozwoju, a ludzie są głupsi niż wieki temu. Za ważne uznają błahostki i ulegają iluzjom. Zupełnie jak w filmie „Lot nad kukułczym gniazdem” (w środę 31 grudnia minie 39 lat od premiery filmu). Koledzy – pacjenci przeżywali mecz, który komentował Jack Nicholson. Tylko, że telewizor był wyłączony. Piękna scena :) Jeśli nie oglądałeś tego filmu to polecam. Stary ale doskonały.

I tak jest teraz, wszyscy jesteśmy ogłupiani i wierzymy w to co nam mówią, niczego nie sprawdzamy. Skupianie się na ciele, wyolbrzymianie jednej z potrzeb fizjologicznych, odciąga nas od ważnych rzeczy.

W filmie „Powrót do przyszłości” 21 października 2015 roku powinniśmy mieć nieboautostrady i maleńkie pizze, które po nawodnieniu w piecyku, w ciągu 3 sekund zamieniały się na pyszne jedzenie. Nic się nie sprawdziło, nie będzie latających samochodów, a jedzenie stało się najważniejszą czynnością człowieka.

Przyjemności cielesne przeszkadzają w używaniu rozumu z trzech powodów – rozpraszają go, krępują i są mu przeciwne.” to słowa Tomasza z Akwinu. Uważał on, że nie jest tak, że ciało trawi, a dusza myśli. To człowiek trawi i człowiek myśli. Człowiek to całość. I o tym wiedzą Chińczycy od tysięcy lat. Jedzenie, które spożywasz wpływa nie tylko na ciało, ale i na duszę, na zmysły.

Ciało to nie tylko mechanizm, jak chciał Kartezjusz w 17 wieku, twórca dualizmu duchowo cielesnego. Podkreślał on różnicę między ciałem a umysłem. Ciało ludzkie, podobnie jak ciała zwierząt, jest mechanizmem. Wg niego nie można umysłem zmienić swojego ciała, a przecież to nieprawda. Wszystko chcemy mieć zatwierdzone naukowo i w to wierzymy. A przecież udowodniono nieistnienie amerykańskich naukowców. Ich nie ma, pozostali tylko naukowcy do wynajęcia, którzy za odpowiednie wynagrodzenie udowodnią to co zechce zleceniodawca. Coś co było kiedyś szkodliwe, teraz będzie dobre. Jak np. jajka, kawa. Za dużo cholesterolu zabija, a za mało prowadzi do chorób mózgu. Zmiana nawyków, zawsze jest „udowodniona naukowo”, jak np. tu sniadanie

Jedzenie ma mały wpływ na zachorowanie, bo choroba zaczyna się w głowie. Chyba, że najesz się napromieniowanej żywności. W mojej rodzinie wszyscy jemy to samo, ale tylko ojciec zachorował. Jednak ludzie ciągle myślą, że jedzenie może leczyć. Owszem, ale tylko w niewielkim stopniu.

George Harrison był wegetarianinem, a zachorował na raka krtani, potem przerzuty do płuc, potem do mózgu i po 4 latach umarł. Mój ojciec je to co mu smakuje i żyje ponad 15 lat od wycięcia zrakowaciałej nerki i chyba już 5 lat od raka prostaty.

Gdy mafia bierze się za coś to wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Najpierw wmówiono nam, że każdy musi być na jakiejś diecie. Jak byłam dzieckiem, to na diecie były chore ciotki, czy sąsiadki. Ja nie byłam i nie jestem na żadnej diecie, bo moja podświadomość uznałaby, że jestem na coś chora. Kto szuka ten znajdzie. Ale słowem tym segreguje się ludzi. Słyszymy, że ktoś schudł na diecie, ktoś przytył na „złej” diecie … Nikt się nie zastanawia co to znaczy.

Wymyślono wiele różnych diet, wiele skopiowano np. z tradycji sufich, o których pisałam tu Sufi

A wszystko to dla kasy, na pewno nie dla zdrowia.

Karl Lagerfeld, niezwykle utalentowany człowiek, który schudł 40 kg, powtarzał, że nie stosuje żadnej diety, tylko je co dla niego dobre. On nie je nic na przyjęciach po pokazach, a jedzenie takie nazywa plastikowym. Jednak pije ogromne ilości coli light (podobno bardzo szkodliwa), a żyje i nie choruje.

Jeżeli stosujesz jakąś dietę to jesteś chory. Na pewno na głowę. Jeśli myślisz, że możesz żreć i chudnąć, że będziesz zdrowy jak przeczytasz skład na opakowaniu, to obudź się i pomyśl.

Potem wymyślono „zdrowe jedzenie”. Jedni jedzą drogie zdrowe jedzenie, a inni jedzą jakie - chore?! Kilka lat temu kupiłam chleb orkiszowy w sklepie ze zdrową żywnością. Miało być mega zdrowe, a nie było. Już po pół godzinie od zjedzenia dostałam biegunki. Moja podświadomość mi podpowiedziała, że to ja jestem chora, bo zaszkodziła mi zdrowa żywność, a moje ciało jest zatrute. Może tak, może nie. Więcej nie kupiłam.

Kupiłam kiedyś 4 rodzaje jajek: „trójki”, „zera”, bez stempla na rynku i dostałam też jajka od prawdziwych kur, które widziałam w Jeziorsku. Ugotowałam je i porównałam. Niczym nie różniły się od siebie pierwsze trzy. Czyli więcej płacę za opakowanie. Jajka ze wsi były zupełnie inne, bo różniły się już z wyglądu skorupek – każde było inne. Białko było wiotkie, przezroczyste, a nie ubite, żółtko za to kruche. W smaku też była różnica, bo było delikatniejsze. Te numery to chyba wskaźnik do ustalania cen. A ja nie przepłacam za ten sam produkt, choć udaje wolnobiegający.

Bardzo łatwo wmówić ludziom, że coś jest zdrowe i mają to jeść. Jest bardzo dobra seria dokumentalna „Jedzenie, które zarabia miliony”. Polecam. Z niego dowiedziałam się, że więcej wartości odżywczych mają opakowania niż same płatki.

 

A to ostatni mój zakup z takiego sklepu. Produkt z 3 certyfikatami.

 

To są otręby żytnie. Nie mają smaku, ani wyglądu. Wywaliłam.

W Wysokich Obcasach znana kucharka powiedziała: „rolnictwo ekologiczne powoli, ale wciąż się rozwija.” Powaliło mnie to stwierdzenie. Przecież 15 lat temu wszystko było dobre. Co się stało, że rolnicy nie są już frajerami i nic nie produkują?

Przekonałam się na sobie, że jedzenie nazwane „zdrowym” mi nie służy. Nie tylko mnie, o czym piszą tu chora zywnosc

Zorganizowana grupa zmusiła ludzi do przywiązywania ogromnej wagi do jedzenia. To prawie religia. Każdy musi się określić co je. To ogromny biznes i nie można go nie kontrolować.

Książki kucharskie, blogi, celebryci biorą czynny udział w reklamowaniu dziwnych produktów do jedzenia. Wmawiają nam ,jakie to ważne. Ostatnio nawet dzieci angażuje się do tej kampanii. Oglądałam 8-12 latki w konkursie kucharskim, ale to horror. Te dzieci nie są gotowe na przyjmowanie krytyki, płaczą. To było straszne przeżycie.

Kiedyś byliśmy w restauracji i czekaliśmy na zamówione jedzenie. W tym czasie słyszałam tłuczenie garnkami w kuchni, huk upadających naczyń, sztućców, kelnerka była naburmuszona, atmosfera była nerwowa, personel biegał, krzyczał itd. Gdy dostaliśmy jedzenie to zauważyłam, że ono drgało i pulsowało, a przecież to nie była galareta. Nic nie zjedliśmy i wyszliśmy. Nie mogło to być dobre. A po latach to samo widzę w tv. A ludzie się cieszą, gdy usłyszą bluzgi w kuchni. Paranoja. Przecież takie jedzenie zabija.

Kiedyś wypróbowałam 2 przepisy bogini kuchni. Było niedobre, ciekawe dlaczego. A potem usłyszałam, jak na procesie ta pani mówiła, że pije wino i pali marychę, żeby przetrwać trudne dni. Sąd się zdziwił, że takie sposoby ma 40 letnia kobieta, że pozwala swoim dzieciom palić zioło w domu. Jej dzieci są nieszczęśliwe, a ona dalej gotuje w tv. Nie dla mnie.

Modny stał się wegetarianizm. Jaki ma to wpływ na naszą planetę można przeczytać tu wyżywienie Bardzo dobry artykuł.

Dlaczego nagle mamy jeść tylko roślinki? Bo są już gotowe do roli jaką mają spełnić.

 

Ludzie podświadomie czują, że zmiany w strukturze roślin im szkodzą. Nie ma ratunku, wszystko jest zaplanowane.

Czym różnią się roślinki z gmo od tego szajsu dla dzieci?

Będzie coraz więcej chorób i chorych. Lekarstwem może być UMIAR.

będzie c.d.

 

 

niedziela, 21 grudnia 2014

Kiedyś w „Jodze hormonalnej” przeczytałam, że jedzenie przechowywane w lodówce nie ma żadnej energii – jest martwe. Lepiej jeść suszone niż mrożone. Uwierzyłam, bo to logiczne.

A potem przypomniałam sobie, że w praktyce to niby martwe jedzenie jest pyszne i daje dużo energii. Kilka razy w roku jeździliśmy do rodziny mamy do Chorzowa. Ciotka wyjmowała coś z zamrażarki i gotowała dla nas coś ciepłego do jedzenia. Zanim się umyliśmy i zjedliśmy coś słodkiego, na stole czekało na nas pyszne jedzonko. Właściwie z niczego i w dodatku mrożonego ciotka wyczarowywała naprawdę dobre jedzenie. Gdy tak się nad tym zastanowić, to ważne jest nastawienie w czasie gotowania, a nie same produkty. Ciotka nigdy niczego nie próbowała, ona chciała, żeby smakowało i to wystarczyło. I wszyscy byli szczęśliwi.

Ostatnio nacisk kładzie się na czytanie etykiet. Powstała grupa ludzi, którzy nazywają siebie foodisami. Oni wierzą, że zdrowe jedzenie da im zdrowie. A przecież to zupełnie nie jest ze sobą powiązane. Ci co zdrowo się odżywiali umierają tak samo jak ci co nie zważają na to co jedzą, jak Jobs, Niemen i Braunek.

Oto ich dekalog

Dziwne, że jest taka wiara w słowo pisane. Czy na etykietach było napisane: „sól drogowa”, czy zamiast mięsa wołowego pisało konina? Czy napisano, że w mleku kozim jest mleko krowie? Dlaczego zmuszono producentów do stosowania jajek w proszku, przecież proszek to czysta chemia. Ludzie kochają żyć złudzeniami, że producenci będą pisali prawdę. Przecież liczy się zysk, a nie prawda. A kary są wliczone w koszty. Czy ktoś odpowiedział za ujawnione fałszywki?

Kolejna wskazówka: ilość składników na metce. Co za uproszczenie.

W tv reklamuje się taki makaron – 2 składniki. Czyż ten skład nie jest podejrzany? Co w tym makaronie jeszcze jest, że się nie rozgotuje nigdy, ale tego nie ma na etykiecie.

A ja kupuję taki, z jajkami – 3 składniki, z małej wytwórni ok. 30 km od mojego miasta, z terminem ważności pół roku.

Dalej mamy wystrzegać się cukrów prostych. Zgadzam się, ale to jest niemożliwe. Ostatnio szukałam soku do picia na przyjecie. Na każdym kartonie było napisane: słodzone cukrem lub syropem glukozowo-fruktozowym lub słodzikiem. Nie da się tego pić codziennie, a już dla dzieci powinno to być zakazane.

Teraz wmawia się dzieciom: „jedz owoce i warzywa, a będziesz zdrowy”. Owoce zawierają fruktozę i nie wolno ich jeść dużo. Będziemy mieć dużo grubych i chorych dzieci.

 

Dalej jest o tłuszczach. Margaryny są trujące, zwłaszcza te udające eko lub zbijające cholesterol, czy „dobre dla serca”. A przecież cholesterol nie jest przyczyną chorób serca. Skupienie na tłuszczach nasyconych jest absurdem. Unikanie tłuszczów nasyconych na korzyść jedzenia o wysokim pułapie tłuszczów omega-6, powoduje epidemię stanów zapalnych naczyń krwionośnych, co prowadzi do chorób serca i innych cichych zabójców. Ludzie powinni jeść tłuszcze zwierzęce, a nie omega-6. A tak dzień po dniu powoli wyniszczają się. Margaryna niszczy śluzówkę, bo zawiera sztuczny kwas masłowy.

Wszyscy rzucili się na oleje i oliwę. Śmieszne jest jak kucharz w tv wlewa oliwę tłoczoną na zimno na patelnię i to podgrzewa. To po co była tłoczona na zimno? Zresztą oliwa jest najbardziej fałszowanym produktem. Oliwki do jej produkcji, gdy są spleśniałe, myje się detergentami. Piszą o tym we włoskiej prasie, i nie tylko.

http://www.independent.co.uk/news/world/politics/fake-food-criminal-gangs-move-from-drugs-to-a-new-underground-economy-9147486.html

Dopiero w punkcie 6 mamy sedno dobrego żywienia, czyli nie jedz czegoś po czym źle się czujesz. Próbowałam jeść owoce morza, ale po pół godzinie trzymania w ustach, wypluwałam gluty. Nie mogę i nie będę tego jeść. Nie ma sensu się zmuszać. Teraz jest reklama w tv, w której człowiek zamawia gorącą pieczeń, a dostaje zimne śledzie. Przesłanie: jesteś głupi i nie wiesz co dobre, masz to jeść choć ci to nie smakuje, ja wiem lepiej.

Nie bądź idiotą i nie jedz tego co ci szkodzi.

Potem mamy dobrej jakości potrawy. Czy aby na pewno?

Gdy jesz pomidor z twarożkiem to szybciej się starzejesz i będziesz miał chore stawy. Jakość produktów ci nie pomoże.

Niejedzenie mięsa nie gwarantuje zdrowia. Wegetarianie chorują i umierają.

Kiedyś jako dziecko byłam kilka razy na wsi. Nikt tam nie męczył zwierząt, zabijano je z czcią, nigdy na zapas. A potem płacono hodowcom, żeby już niczego nie hodowali. Zaczęto „produkować” mięso ze zwierząt w wielkich gospodarstwach. I zaczęło się męczenie i torturowanie. Zawsze gdy mam zjeść jakieś zwierzę to błogosławię je i dziękuję, że oddało życie, aby mnie nakarmić. Nie ma nic gorszego niż zabijanie i wyrzucanie. Jak to zabite zwierzątko musi się czuć, gdy jego śmierć poszła na marne. :(

Ryb nie jem odkąd BP zatruło Zatokę Meksykańską (2008), a potem po Fukushimie. Ponieważ woda jest ciągle radioaktywna, to wszystko co w niej żyje także. A ryba też ma oczy i czuje, tylko nie krzyczy.

Na koniec mamy przekąski. Co to w ogóle jest? Człowiek powinien jeść a nie przekąszać. Suszone owoce zawierają dużo siarki, a więc jeden dziennie ci nie zaszkodzi. Powinny być moczone we wrzątku przed zjedzeniem. Orzechy są dodatkiem do potraw, czy ciast, a nie powinny być osobnym posiłkiem. Chyba, że masz nieodpartą na nie ochotę. Może w ten sposób twój organizm daje ci znać, że tego właśnie potrzebuje.

Moja lista jest krótka. Jem to co jest dobre. Znajoma, która piła zielone gluty zmarła, nie pomogło jej na nic, a było niedobre. Po co się tak umartwiała.

Zamiast na składniki patrzę na producenta i omijam te marki.

Lista trochę nieaktualna, Winiary już jest w Nestle.

A tu płyną pyszne świeże owoce i warzywa. Czym jest konserwowany ryż, że nie pleśnieje podczas tak długiej podróży?

Owoce w tych kontenerach nigdy nie widziały światła słonecznego. Za to często kąpią się w chemicznych miksturach. Banany i ananasy są od tego lepsze. Niech żyje chemia i fizyka! A wszystko odkłada się w naszych organizmach.

A tu 7 miesięczne owoce.

Cytryna już się zepsuła, ale grejfrut jeszcze mam. Wyrzucę go, bo po roku niewiele się zmienił. Mogłabym go trochę pomoczyć, żeby nabrał kształtów ;)

 

CDN.

 



środa, 10 grudnia 2014

Byłam dzisiaj u lekarza. Lepiej się upewnić, że nie chodzę z grypą. Jak to było z Jamesem Brownem. Przeziębił się jakoś na początku grudnia, ale ciągle pracował, a jak osłabł to okazało się, że ma zapalenie płuc i umarł. Odszedł prawie 8 lat temu 25 grudnia.

Okazało się, że mam zapalenie krtani, a lekarstwem jest niemówienie. Mogę brać jakieś tabletki do ssania, ale one nie leczą. Wzięłam też pastylkę musującą na odkrztuszanie. „Lek” zawiera dużo substancji słodzących i aspartam. Był tak niewyobrażalnie słodki, że musiałam popić to świństwo szklanką wody, dzisiaj popiłam to wódką i zaraz spuszczę to w sedesie. Ciągle popełniam ten sam błąd. Myślę, że w aptece są leki, a tam tylko preparaty, które mają ze mnie zrobić stałego klienta.

W płucach nie ma szmerów, jestem zdrowa. Tylko jak przestać mówić? Będę więcej pisać, aż mi przejdzie.

Moja lekarka rodzinna jest szefem poradni, w której się rehabilitowałam i musiałam jej wyrazić wdzięczność i pochwalić tamtych lekarzy i fizjoterapeutów. Okazało się, że przede mną była pani, która nie była zadowolona właśnie z tamtych zabiegów. A przecież byłyśmy w tym samym miejscu, mniej więcej w tym samym czasie. Dlaczego ona ma inne odczucia niż ja? Każdy pacjent ma swojego terapeutę i czuje się, że oni wiedzą co robią. Nie dość, że są mili to jeszcze fachowcy. Zupełnie inaczej niż w innych ośrodkach, gdzie każdy zabieg prowadzi kto inny.

Te 10 dni zabiegów były bardzo pouczające. Spotkałam wielu ludzi, ale najmniej w moim wieku. Najwięcej było sportowców, aktualnych i byłych z mikrourazami, albo z uszkodzonymi stawami. Sporo było pań 60+ ze zmianami zwyrodnieniowymi. Pojawiają się w przychodni 2 razy do roku, a czasem kończą w piątek zabiegi, a w poniedziałek idą na te same zabiegi do szpitala. Te panie traktują je jak darmowe spa, często nie przychodzą, omijają zajęcia, traktują zabiegi bardziej towarzysko a nie zdrowotnie. Mogą mieć potem jakieś uwagi, że im się nie polepsza. Potem tacy jak ja, z wypadku nie mogą się pilnie dostać. Moje nastawienie było – wyzdrowieć. I było jak u Hitchcocka, najpierw ból, a potem jeszcze większy ból. Oprócz zabiegów, których się nie czuło jak laser, krio i pole, była też manipulacja. Fizjoterapeuta wciskał się między każdą kosteczkę w nadgarstku, rozciągał ścięgna, wymuszał ruchy, które umie zdrowa ręka. Po każdym takim dniu była widoczna poprawa. Teraz rękę mam sprawną w 90%, robię prawie wszystko, a minęło tylko 4 miesiące od złamania, a 11 tygodni od zdjęcia gipsu.

Najwięcej znajomych mam z pola elektromagnetycznego. W małym pokoju są 4 stanowiska i trudno nie gadać przez 15-20 minut i patrzeć się w ścianę. Ludzie naprawdę mają problemy zdrowotne, a takie zabiegi pomagają im jakoś funkcjonować. Po każdej takiej serii zabiegów trzeba zrobić przerwę, bo one nie są obojętne dla naszego organizmu. To nie spa, a leczenie.

Wszystko OK. A jednak inni widzą tę samą rzeczywistość inaczej. Prawda ma różne oblicza. Polecam film „8 części prawdy”. Zanim zacznie się modelować swój świat, trzeba zmienić swoje nastawienie do tego świata, do siebie i innych. To pierwszy krok.

Jeśli przyciągasz nieciekawych ludzi, wikłasz się w nieciekawe sytuacje, to najpierw pomyśl co ty myślisz o sobie i o świecie. Musisz siebie bezwarunkowo lubić, a przynajmniej akceptować i myśleć, że wszystko co cię spotyka jest dla ciebie dobre. Zwykle musi upłynąć trochę czasu zanim w lustrze świata odbije się twoja nowa wizja. Więc nie zniechęcaj się. Myśl tylko o dobrych rzeczach i jak wszystko ku temu zmierza.

A potem gdy pójdziesz np. do lekarza to okaże się, że kolejki są, ale dla ciebie znajdzie się miejsce, a lekarz będzie bardzo pomocny. W pracy współpracownicy będą milsi, a ci z gruntu źli odejdą. Będziesz trafiał na miłych klientów. Na egzaminie spytają cię akurat tego czego się nauczyłeś i umiesz doskonale. Oczywiście będą się zdarzały sytuacje nieciekawe, ale to tylko jako test dla ciebie. Czy ty na pewno zmieniasz swoje myślenie, czy udajesz. Gdy nauczysz się kontrolować swoje nastawienie to już tylko krok od ustalania reguł dla twojego świata.

Bądź szczęśliwy, masz przecież zmysły, możesz czuć wszystko, a duchy tego nie mogą i ci zazdroszczą ;)


I możesz wszystko.

 

 



poniedziałek, 24 listopada 2014

I żyję. I czuję się lepiej niż rano.

Byłam na pierwszej rehabilitacji ;)

Najpierw podpisałam 3 oświadczenia i poszłam.

Pierwszy zabieg polegał na omiataniu powietrzem mojego nadgarstka. Podobno zimnym, ale ja nie czułam. Widocznie jest jeszcze w środku stan zapalny. Potem był masaż. Rękę miałam wyginaną we wszystkie kierunki i masowaną. Stawiałam nieznaczny opór, bo przecież nie mam pełnego zakresu. Było bardzo fajnie. Sama nie zrobiłabym takiego masażu. Czułam jak coś w środku odpuszcza.

Potem był laser. Banalne. Przykłada się do ręki miejsce przy miejscu gruby „pisak”, ale on nie pisze. A na koniec włożyłam rękę do takiego koła i przez 15 minut tak siedziałam. Nic nie czułam. Podobno to są jakieś prądy.

Dobrze, że miałam książkę, więc mi się nie nudziło. I tak minęła mi godzina. Gdybym nie złamała ręki, to bym ten czas inaczej zagospodarowała. Nic to.

Dowiedziałam się, że dobrze, że nie złamałam łokcia, bo on się dłużej goi, a rehabilitacja pomaga, ale bardzo powoli. A ja tylko złamałam "dalszą kość promieniową z przemieszczeniem".

Tak więc znowu dobrze trafiłam. Zanim poszłam na zabiegi myślałam, żeby trafić do mistrza świata w rehabilitacji. Ale przecież nie ma takich zawodów ;) Nieważne.

Już po jednym zestawie zabiegów mogę wkręcić żarówkę, a przedtem taka rotacja ręki była niemożliwa. Zadziwiające, że tak pomogło.

Służba zdrowia jest jaka jest, ale jak masz dobre nastawienie to trafiasz akurat do tych dobrych wyjątków.

Mój znajomy skaleczył się w palec. Oczyścili mu na pogotowiu, ale palec był zaogniony. Potem kolejne wizyty i było coraz gorzej. On nie lubi lekarzy, więc w jego lustrze odbija się to czego oczekuje. Gdy palec miał być amputowany, to nie poszedł i moczył go w mieszankach ziołowych, które znalazł w internecie. Wierzył, że internet mu pomoże. I pomógł. Palec ma, tylko trochę krzywy.

W czasie I wojny żołnierze na polu bitwy obsikiwali sobie rany i one się goiły. Wiem to na pewno. Czy to tylko wiara, czy konieczność, a może to naprawdę pomaga.

Jeszcze tylko 9 zabiegów i ręka będzie jak nowa. Bo ja tak myślę. I tak będzie. W końcu potrzebne są mi dwie ręce.

 

 


 




wtorek, 07 października 2014

Świat był zawsze i będzie zawsze. Ludzie rodzą się i umierają. Umierają matki trojga dzieci i bezdzietne kobiety. Czy to sprawiedliwe? Dlaczego świat nie stanął? Bo nic się nie stało. Wszystko w porządku. Taka kolej rzeczy.

Woda płynie, ptaki śpiewają, słonko świeci. Jak dzisiaj w parku w centrum miasta.

Zawalił się świat w rodzinach, w których doszło do tragedii. Bez względu na status materialny czy popularność.

O ile śmierć to ruletka, o tyle choroby mają swe źródło w naszych myślach o sobie i innych.

Z artystami jest problem, bo oni kreują swój wizerunek. Poza bliskimi nikt nie wie jacy oni naprawdę są. Tylko przyjaciele mogą wygarnąć im prawdę i powiedzieć: przestań, zmień się. Ale przyjaciół trzeba mieć. A może ktoś obcy, nieznajomy powie prawdę.

Każdy kto choruje jest samotny w swoim bólu. Nikt poza nami samymi nie zna prawdy. A często my sami siebie oszukujemy, karmimy się złudzeniami, śpimy.

Nie oglądam seriali więc nie znałam aktorki, która ostatnio zmarła. Jakiś czas temu dowiedziałam się o niej i jej chorobie od przypadkowej osoby, która była pewna, że choruje od farby do włosów, którą ta aktorka reklamowała. Zresztą tę sytuację niedawno opisywałam na blogu. Ludzie myślą, że to co widzą w tv to prawda. Dotyczy to nie tylko starszych.

Choroby trzustki, śledziony i wątroby powoduje:

Podwyższona drażliwość, wybuchowość, gniew, wściekłość, nienawiść, zrzucanie winy na innych, pycha i zarozumiałość, egoizm, zatracanie się w świecie iluzji, w mrzonkach, obrażanie się na los, życie, na otaczających nas ludzi i sytuacje, stałe rozdrażnienie.

Te cechy muszą być nagminne, a nie sporadyczne.

Przeczytałam wywiad, którego aktorka udzieliła Vivie. Polecam przeczytać cały, bo mówi wszystko o niej i dlaczego zachorowała. W tym wywiadzie potwierdzają się wyżej wymienione cechy.

Np. mówi Zaczęłam więc pracować nad sobą, żeby nie ściągać tyle złej energii, która niszczy, kiedy masz w sobie złość. Teraz zaczynam to kontrolować. (...) Dawniej, kiedy facet zajechał mi drogę, wyzywałam go w myślach od najgorszych. A przecież można tego człowieka jakoś wytłumaczyć, zrozumieć – był zamyślony albo ma jakiś problem domowy, albo po prostu nie jest dobrym kierowcą.”

Ona była mądrą osobą i przeczuwała co powinna robić. Przecież wymieniła negatywne cechy, których nikt w niej nie widział. Każdy widział tylko pogodę ducha i uśmiech. Trudno jest bez przerwy udawać. Ja się boję ludzi, którzy zawsze są happy, bo oni są z innego świata.

Potem mówi: „Wyzbywam się więc złych emocji, które nagromadzone we mnie sprawiają, że cierpią na tym najbliższe mi osoby. Staram się więc nie ulegać impulsom, nie złościć, być po prostu na co dzień życzliwą. To działa w obie strony, bo im ja jestem lepsza dla siebie, tym jestem lepsza dla innych. Czynienie dobra powinno przede wszystkim dotyczyć nas samych.

A więc najbliżsi wiedzieli.

Udawała przed sobą, że nie jest poważnie chora mówiąc: najbardziej chciałabym wyjść z tej sytuacji, w jakiej się teraz znajduję, i móc funkcjonować tak, jak funkcjonowałam do tej pory.

Swoją chorobę określała jako „sytuacja”. To jest straszna wypowiedź. Świadczy o strachu i niepewności. A jak walczyć z sytuacją? Właściwie to ona walczyła z paparazzi, a nie z chorobą.

Artyści oddają się szołbiznesowi. A to przecież wahadła, które czerpią energię z eksploatowania gwiazd. Ona chciała, żeby wszystko było na jej warunkach, a tak się nie da. Wahadło nie popuści, nawet po śmierci czerpie energię. Jej działania były niespójne. Wrzucała fotki na FB, a potem awanturowała się za publikowanie innych zdjęć. Brak konsekwencji. Nie miała wsparcia nikogo. Zresztą, czy ona kogokolwiek by posłuchała?

Z Korą jest inaczej. Ją media śledzą i publikują fotki z najbardziej intymnych sytuacji w szpitalu z kroplówką lub w domu w lesie. A ona nic. Ona wie jakie są reguły. Takie są wahadła. Dasz rękę to wciągną cię w całości.

Ostatnio oglądałam dokument o modelkach, które kiedyś były sławne. Zapamiętałam jak jedna z nich powiedziała, że jej syn, teraz nastolatek podziękował jej, że nie robiła sobie zdjęć nago. Bo to mądra kobieta. Teraz jego koledzy na próżno przeszukują internet i nie mają co wyśmiewać. Kto chciałby, żeby zdjęcia matki wisiały w pokoju kolegi. Czy nasze celebrytki o tym myślą?

Zdefiniowanie choroby to pierwszy krok do uzdrowienia. O chorobie mojego ojca dowiedzieliśmy się gdy miał iść do szpitala. My i on doskonale wiedzieliśmy, że ma raka nerki. Rozmawialiśmy o tym, to nie był temat tabu. Szukaliśmy rozwiązań. Pamiętam jak mama kazała mi spojrzeć w karty czy nie ma zagrożenia. Wtedy jej powiedziałam, że nic mu nie będzie jeśli nie pójdzie na chemię. Ojciec tak właśnie się zaprogramował. Za duże pieniądze pozbył się prawej nerki i był pewien, że pozostała nerka da sobie radę. Miał taki wewnętrzny zamiar, który nie znał wątpliwości. Nawet nie wiedział, że to Transerfing, zresztą ja też wtedy nie. Lekarz nawet mu tego nie zaproponował, bo od ojca biła pewność siebie.

Jeśli nie umiesz nazwać choroby to idź do psychologa, żeby to oswoić. Bez tego nie da się żyć z chorobą, a już o wyzdrowieniu nie ma mowy. Jak nie masz nikogo bliskiego z trzeźwą głową to koniecznie idź do psychologa. To powinno być obowiązkowe, zamiast trucizny do żyły.

Jeszcze jedno zdanie mną wstrząsnęło: Chcę jeszcze trochę pożyć. Bardzo głęboko wierzę, że mi się uda”.

No i dostała co chciała. Trochę pożyła. Ona nie chciała wyzdrowieć. Nie padło takie zdanie. Wiara w Boga to za mało. Trzeba być pewnym, że się będzie zdrowym. Mój tata już się tego nauczył. Trwa to 15 lat. Co pół roku robi badania. Ostatnio w poniedziałek odebrał wyniki i są w normie. On wie jakie myśli i przekonania są dla niego niedobre i nad tym pracuje. Bo nie walczy się z chorobą tylko pracuje nad sobą. Bóg nie uzdrawia tylko pomaga, stawia na naszej drodze osoby, które są nam w stanie pomóc, podrzuca ciekawe książki itd. Kiedyś zastąpiłam drogę chłopakowi, który chciał wejść na jezdnię, a nie widział nadjeżdżającego samochodu. Musiałam go uratować. Być może Bóg – czyli siła wyższa, kazała mi tak postąpić, żeby uratować go przed kalectwem lub śmiercią. Nie da się z Bogiem iść na kawę, to trywializowanie tej siły. Z Bogiem lepiej być w dobrych relacjach. Jest taki dowcip: człowiek mówi do Boga, dlaczego tak mnie karzesz, mam takie ciężkie życie? A Bóg na to: bo cię nie lubię.

A wahadła nadal bujają. Nie ma szacunku dla rodziny, wiwisekcja trwa. Media wyciągają wszystkie intymne informacje z najdalszej przeszłości. Znajdują się niby-przyjaciele, którzy wcześniej nic nie zrobili, a teraz udzielają wywiadów. Oni widzieli to co ona im chciała pokazać, to tacy powierzchowni znajomi. Przechwalają się kto z nich pierwszy się dowiedział o chorobie. Lekarze mówią teraz, że był to rak łagodny, więc powinna przeżyć. Czy lekarze mogą ujawniać tajemnicę po śmierci? Gdzie poszła etyka. Każdy jest teraz najmądrzejszy, a kobiety nie ma.

Trudno powiedzieć komuś co ma robić, zwłaszcza jak jest sławny i bogaty. Raczej nie zrozumie. I będzie się okłamywał, że przecież jemu nic nie będzie, bo jest wyjątkowy. Wielu już zgubiła pycha, czy brak pokory. Choroby nie biorą się z powietrza. Muszą najpierw zaistnieć w naszych myślach. Problem jest w naszych przekonaniach i to dostajemy. Trzeba je traktować poważnie, a nie robić sobie jaj jak np. Morrissey (wokalista The Smiths). Poklepywanie też nie pomaga.

Dzisiaj dostałam skierowanie do rehabilitanta. Każdy powtarza, że będzie dobrze, ale, żeby było dobrze szybko, to trzeba nad tym pracować. Powiedziano mi, że się nie dostanę, bo wszystkie miejsca do końca roku są zajęte. Ale ja mam inne przekonania. Skoro moja ręka jest niesprawna to potrzebuję wskazówek jak mam ćwiczyć. Dla mnie miejsce będzie. Zadzwoniłam i miejsce się znalazło. Bo ja byłam pewna, że tak będzie. Nie mam problemu z wewnętrzną pewnością i nikt nie jest w stanie mnie z tej pewności wytrącić. A mój ojciec dał sobie wyciąć nerkę, potem prostatę, ale nie da sobie założyć gipsu, bo się boi. Gdy coś się dzieje, to robi okłady i bandażuje. Czy to nie zabawne, przeżył dwa raki, a boi się gipsu ;) Chyba mnie i moją siostrę podziwia ;)

 

 


Tagi: rak trzustka
23:24, bajka107 , Zdrowie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 października 2014

Dziwne, ale w czasie gdy miałam gips na ręce zmieniły się moje upodobania jedzeniowe. Na początku myślałam, że to sugestia, ale nie. Jedne produkty mogłabym jeść bez przerwy, a na inne nie mogłam patrzeć. Zaufałam sobie i po 6 tygodniach mogłam pozbyć się dodatkowego kilograma.

Tydzień temu byłam u lekarza, a on chciał mi wypisać zwolnienie. To był chyba żart. Powiedziałam mu, że nie chcę zwolnienia tylko zdjęcia gipsu! Zaprowadził mnie na gipsownię i powiedział do pracownicy: zdejm te resztki gipsu. Od razu go polubiłam, bo lubię złośliwość w granicach normy. Przecież wycięłam tylko trochę, a większość dźwigałam półtora miesiąca. Potem poszłam na prześwietlenie. Okazało się, że jest zrost. Znowu próbowałam się tłumaczyć, ale on uciął, że było minęło i ważne, że się kość zrosła. Też tak myślę i za to go też polubiłam. Dowiedziałam się też, że niektórzy noszą gips nawet 8 tygodni, więc mam szczęście :) Po co też tak często się naświetlać RTG. 6 razy wystarczy.

Ręka bez gipsu jest wiotka. Skóra trochę pomarszczona. Zaczęło mi brakować tego gipsu, bo czułam się w nim bezpiecznie. Od momentu wypadku do dzisiaj ani przez sekundę nic mnie nie bolało, nic mnie nie swędziało, a tylko troszkę upijało, ale to sobie przycięłam.

Zanim wróciłam do domu kupiłam stabilizator (63,-) i jeszcze w aptece go założyłam, a także żel do smarowania (47,-), bo ręka była spuchnięta.

A teraz dieta na dobry zrost kości, czyli zawierająca wapń, białko, witaminę D, fosfor i magnez.

Niestety nie lubię nabiału, z wyjątkiem żółtego sera i kefiru. Ser jadłam, a kefir wylałam, bo się przeterminował. Nie mogłam się zmusić do picia. Dwa razy kupiłam twarożek, ale też poszedł do śmieci. Co ciekawe, nie mogłam patrzeć na ciemne pieczywo. Jadłam więc zwykły baltonowski chleb. Można powiedzieć, że tego wapnia nie dostarczyłam sobie za dużo. Warzyw w ogóle nie jadłam, z wyjątkiem kapusty. Z owoców jadłam tylko winogrona, śliwki i jagody. Jagód zjadłam 5 kg, a mogłabym je jeść bez przerwy.

Ciekawe, bo one są dobre na oczy, a nie na złamania. Ich pozytywny wpływ na wzrok pierwsi zaobserwowali piloci RAF-u w czasie II wojny światowej, lepiej widzieli w ciemnościach gdy wcześniej zjedli dżem jagodowy. Naukowcy od razu to zbadali i potwierdzili, że jagody wspomagają regenerację rodopsyny – barwnika w siatkówce oka, odpowiedzialnego za widzenie po zmroku i przy niskim natężeniu światła. Wysoka zawartość antocyjanów powoduje, że jagody uszczelniają ścianki naczyń krwionośnych i przeciwdziałają stwardnieniu tętnic. Może dlatego właśnie jadłam tyle jagód, a potem borówek amerykańskich. A może dlatego, że był sezon ;)

Z kawy nie zrezygnowałam i piłam jedną na śniadanie. Potem robiłam sobie napój z galaretek. Z jednego opakowania robiłam litr napoju, czyli 3 szklanki. Wypiłam już 50 i piję nadal, bo coś mnie suszy. Lekarze uważają, że picie galaretek nie ma wpływu na szybsze zrastanie kości i zalecają jakieś tabletki. Żelatyna jest raczej na stawy, a nie kości, ale piłam i piję.

Białko dostarczałam tak jak zwykle w zupach na wywarach mięsnych. Jadłam też kurczaki gotowane lub smażone, ale tylko 2 razy w tygodniu, bo nie lubię za często. Kolagen musiał być, ale to nie pomogło, bo mięśnie trochę zniknęły.

Najwięcej dostarczyłam sobie fosforu i witaminy D.

Mogłabym bez przerwy jeść szprotki w oleju. Zjadłam też 1 makrelę i sardynki. Ale szprotki były najpyszniejsze. Ach ten olej i te kręgosłupy ;)


Miałam szczęście, że było słonecznie i ciepło, więc witaminy D3 miałam pod dostatkiem. Organizm sam produkuje tę witaminę pod wpływem promieni słonecznych. Oczywiście, jak największa powierzchnia skóry była odsłonięta i bez kremów z rdzą i nanocząsteczkami. Starałam się przebywać na słońcu między 10 a 14, żeby jak najwięcej skorzystać. Nie opalałam się tylko spacerowałam. Gdy było mniej słońca piłam tran z rekina.

Na słodycze zupełnie nie miałam ochoty. Jadłam tylko po kilka daktyli dziennie, bo suszone są bardzo słodkie. To nie tylko słodki deser, ale źródło potasu, żelaza, fosforu, magnezu, chromu, działają przeciwzakrzepowo (widocznie było mi to potrzebne) i zwalczają stany zapalne, które niewątpliwie miałam.

Miałam też dobry nastrój :)

Szybko zleciało.

 

 


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

W czwartek, 14 sierpnia złamałam rękę :)

Nie ma przypadków, a ja się chyba o to prosiłam. Od kilku tygodni rozważałam jak by to było, gdybym miała nogę w gipsie. Jak ja bym się poruszała po mieście i w ogóle. Przy schodzeniu ze schodów pobolewało mnie kolano, a moje srebrne kolczyki ciemniały jak je nosiłam. To taki mój osobisty barometr. Gdy je noszę, a następnego dnia muszę je czyścić tzn. że będę chora. Tak mam. Spodziewałam się czegoś. Tego dnia od rana było jakoś dziwnie. Gdy szłam do klienta i przechodziłam obok marketu to zgasło 5 świateł na ścianie sklepu. Poczułam się jak Keanu Reeves w Constantine. Była tam taka scena gdy zgasły latarnie uliczne. Tak mi się skojarzyło. Potem zjadłyśmy duży obiad i poszłyśmy do parku. Na półpiętrze zorientowałam się, że nie wzięłam telefonu, więc się wróciłam. Gdy odłączałam z kabla to zadzwonił klient i rozmawiając z nim wyszłam z domu. Potem o godz. 16.44 upadłam i złamałam lewą rękę. Wstałam, spojrzałam na nią i stwierdziłam, że jest złamana, bo była spuchnięta i lekko się przesunęła. Nic nie bolało. Pojechałam na pogotowie, o 17.44 zrobiono pierwsze zdjęcie. Lekarz stwierdził, że to złamanie z przemieszczeniem i kazał jechać do szpitala. Pojechałam. Problemem był obiad, który zjadłam, bo musiałam czekać 6 godzin. Nudziłam się i rozmawiałam z pacjentami, kierowcami karetek i znajomymi telefonicznie. Powiedziałam do mojej ręki: kochana ręko, wyzdrowiej, bo jesteś mi potrzebna. Znalazłam 1 grosz. Na szczęście. Chyba się obudzę po tej narkozie. Gdy wkłuwano mi wenflon poprosiłam lekarza, żeby mi zrobił ładny opatrunek, żeby nie był ciężki, bo za 2 dni idę na wesele i muszę włożyć sukienkę. O 21.44 obudziłam się z gipsem na ręce. Bardzo ładnie zrobiony, cienki, zupełnie mi nie przeszkadzał. Po obserwacji o 22.44 wyszłam ze szpitala. Ciągle nic mnie nie bolało. Siostra spytała czy ja usiadłam gdy wróciłam do domu po telefon. I wtedy przypomniałam sobie, że pierwszy raz w życiu nie usiadłam i nie policzyłam od 7 do 1. Taki mamy zwyczaj w mojej rodzinie i zawsze o tym pamiętamy. Teraz to już nikt nigdy o tym nie zapomni.

Piątek spędziłam na nauce ubierania, mycia i chodzenia z ręką na temblaku. Wszyscy mi usługiwali, co na początku było przyjemne. W sobotę było wesele. Nikt mi nie powiedział, że pić nie wolno więc piłam najpierw wódkę, a potem duuużo szampana. Tak profilaktycznie, bo mogła mnie zaboleć ręka. Zresztą z góralkami to ja nie miałam szans. W niedzielę w poprawiny był grill i piłam dalej wódkę i piwo. Ciągle mnie nic nie bolało. Widoczna część ręki była spuchnięta i sina. Było to w końcu mocne uderzenie. A złamanie typowe i najczęstsze (Collesa).

W poniedziałek poszłam do poradni szpitalnej i doświadczyłam jaki system jest beznadziejny. Nie było miejsc. Gdy gatunek ludzi zwany rejestratorkami zniknie, to nie będę płakać. Poszłam do mojego lekarza rodz. po zwolnienie, a w piątek dostałam się do innego specjalisty. Zrobiono mi kolejne fotki, stwierdzono, że nic się nie przesunęło. I tyle. Lekarz nawet nie spojrzał na siniaki i nic nie doradził. Ponieważ suszyło mnie bardzo to dziennie piłam 2 litry galaretek. Teraz trochę mi przeszło, ale pić się chce. Chyba po tym znieczuleniu.

Przez ten tydzień miałam gości z zagranicy i zamiast ich obsługiwać to sama byłam przez nich obsługiwana. Wczoraj pojechali i wszystko wróciło do normy.

Spotkałam też sporo ludzi, którzy kiedyś coś złamali i składano im kości w mordowni, czyli w tym szpitalu, w którym ja byłam. Lekarze nie potrafią dobrze złożyć kości, widziałam powykrzywiane nadgarstki i łokcie. To jakiś horror. Mam tam nie iść na rehabilitację, bo szkodzi zdrowiu. A dyrektor tego szpitala dostał nagrodę za wybitny wkład w rozwój ochrony zdrowia. Ciekawe co mieli na myśli, bo na pewno nie dobro pacjentów. Ten szpital ma b. złą opinię wśród ludzi, ale kogo to obchodzi. Ważne, że kasa płynie.

I w tym szpitalu złożono mi kości ;)

Jedyna nadzieja w ręce, która ma wyzdrowieć. Nic mnie boli, nie swędzi, widocznie się dobrze znieczuliłam.

Tak z ciekawości sprawdziłam tranzyt na dzień wypadku. Nie znam się jeszcze dobrze, ale miałam 6 kwadratur! Marsa do Księżyca (stąd te złe przeczucia), Merkurego do Marsa (pokrzyżowanie planów), Księżyca do Mc, Saturna do Urana (niespodziewane), Jowisza do Neptuna i Wenus do Neptuna. Jak się więcej dowiem to przeanalizuję to dokładniej.

Musiało się coś wydarzyć i dobrze, że to tylko złamanie i tylko lewa a nie prawa ręka. Szczęście w nieszczęściu.

A co o wypadku pisał Kurt Tepperwein w książce Co choroba mówi o tobie? Dokładnie to co czułam. Wypadki wywołujemy nieświadomie, być może straciliśmy w czymś umiar, wpadliśmy w szał, utraciliśmy nad czymś kontrolę lub panowanie i w wyniku tego wypadliśmy z drogi, lub nie potrafiliśmy zahamować. Dokładnie tak się czułam – jak nie wiadomo w którą stronę pójść to trzeba się zatrzymać. Jeśli nie zahamowałeś odpowiednio wcześnie jest to oznaką, że pędzisz przez życie (lub przyśpieszasz sytuacje, swój rozwój), że stwarzasz niebezpieczeństwo sam dla siebie. Ewidentnie zboczyłam ze swej drogi życiowej. Człowiek odczuwa wewnętrzną potrzebę zmian, ale brakuje odwagi, aby wykonać decydujący krok.

Prawo rezonansu niezawodnie czuwa nad tym, aby każdy stawał do konfrontacji tylko z takim działaniem, jakie sam wywołał lub uczynił koniecznym.

Ma rację. Muszę pomyśleć.

A wczoraj śniło mi się, że wyjęłam sobie rękę z gipsu, jak z futerału. Taka cienka się zrobiła ;)

Jeszcze tylko 5 tygodni. Wytrwam.

 

 

 



 
1 , 2 , 3
bajka107@gazeta.pl